Florentino: czas rozpisać wybory
Pedro Morata - MARCA
Mbappé, Valverde, Tchouaméni, Vinícius, Arbeloa, Mourinho… wszystko, byle tylko nie skierować uwagi na sam szczyt, na Florentino. Jak powiedziałby Mourinho: dlaczego? Rozpisanie wyborów być może nie leży w interesie Florentino, ale leżałoby w interesie Realu Madryt. Wokół tego tematu panuje ogłuszająca cisza i autocenzura, którą można wytłumaczyć wyłącznie strachem albo logicznym szacunkiem do jego dorobku. Florentino Pérez jest jednak przytłoczony wydarzeniami i skutkami własnych decyzji. W takiej sytuacji, gdy zakończy się sezon, prezes Realu Madryt powinien pojawić się na konferencji prasowej z pytaniami, a nie tylko odczytać wcześniej przygotowany tekst. Obawiam się jednak, że do tego nie dojdzie. Prawdopodobnie nie będzie nawet wystąpienia, podczas którego przeczyta kartkę. Zobaczenie i usłyszenie Florentino w takim scenariuszu niesie za sobą ryzyko. Gdyby jeszcze miały paść pytania, ryzyko byłoby dużo większe. Nikt nie zadaje sobie pytania, dlaczego Florentino od dłuższego czasu jest tak nieobecny? W Realu Madryt widać oczywistą pustkę przywództwa, ponieważ lidera dotyka nieubłagany upływ czasu, ma 79 lat, a do tego dochodzą maniery i złe nawyki właściwe człowiekowi, który od ponad 20 lat sprawuje prezesurę.
Oczywiste jest, że znowu „ich rozpieścił”. Podczas gdy cały chór głosów, piór i komentatorów, którzy są albo jesteśmy wokół Realu Madryt, zajmuje się ustalaniem lub typowaniem nazwiska nowego trenera, tak naprawdę należałoby wybrać nowego prezesa. Real Madryt potrzebuje nowego prezesa o wiele bardziej niż nowego trenera. To oczywistość widoczna gołym okiem, ale ten temat jest tabu. Nikt nie może podważać wielkości jego historycznych rządów, jednak obecne pozostawiają wiele do życzenia. W Realu Madryt liczą się tylko wyniki i zwyciężanie. To filozofia Florentino. Problem w tym, że nie stosuje jej wobec samego siebie. Dwa sezony bez trofeów i ten chaos, którym obecnie jest szatnia, nie przetrwałyby kosy Florentino. Xabi Alonso jest ostatnim przykładem. Florentino zwolniłby samego siebie, gdyby zastosował wobec siebie własne kryteria.
Gdyby nie chodziło o Florentino i gdyby mowa była o klubie, który nie ma właściciela, bo nie jest spółką akcyjną, a więc nie można wyrzucić ani wybrać właściciela-prezesa, obecna sytuacja Realu Madryt aż krzyczałaby o rozpisanie wyborów.
Wiem, że dla Florentino to nie jest najlepsze rozwiązanie, bo odejście z Realu Madryt po dwóch takich sezonach nie jest czymś, na co zasługuje, i nie byłoby sprawiedliwe. Jeżeli jednak użyjemy jego miary, tutaj nie chodzi o to, co leży w interesie ludzi, lecz o to, co leży w interesie klubu. Wszyscy mówią, że klub jest ponad każdym, ale w praktyce wszyscy stawiają go poniżej własnego ego albo własnego interesu.
Real Madryt potrzebuje nowej krwi, nowej energii, jasności umysłu na stanowisku prezesa, braku dawnych bitew i rachunków z przeszłości, które nadal tkwią w teraźniejszości. Czy nikt nie dostrzega, że Real Madryt stał się klubem postarzałym i niesympatycznym przez wojny niemal ze wszystkimi, do tego dochodzi jeszcze to, co Vinícius generuje swoimi sprawami?
Tak właśnie jest, ponieważ klub jest odbiciem swojej prezesury. Widać wyraźne zmęczenie i oczywisty koniec cyklu. Ta opinia nie jest oportunistyczna i nie wynika wyłącznie z obecnej sytuacji. Ci, którzy śledzą moje teksty w dzienniku MARCA albo program Directo Gol w Gol Play TV, czytali i słyszeli ode mnie to samo wiele miesięcy temu, jeszcze przed odpadnięciem z Albacete. Ostatni był ten tekst, w którym kierowałem uwagę na to, że nadszedł moment, by zająć się sukcesją po Florentino.
Mówię to z ogromnym szacunkiem, a nawet życzliwością, myśląc o sposobie, w jaki Florentino powinien zostać zapamiętany. Jeszcze jeden sezon podobny do dwóch poprzednich i ubrudzi swój ogromny dorobek. Później minie czas, a on daje perspektywę, by bardzo docenić jego dzieło, ale teraz Florentino będzie cierpiał. Być może będzie miał szczęście albo trafne decyzje pozwolą mu odwrócić sytuację w następnym sezonie i wygrać Ligę Mistrzów. To jednak bardzo ryzykowny wybór.
Uważam, że wokół Florentino są ludzie, którzy mogą wykorzystywać jego chwile słabości, oraz wielu innych, którzy nie mówią mu niewygodnej prawdy. Ani jedni, ani drudzy nie życzą mu dobrze. „Ten, kto naprawdę cię kocha, sprawi, że będziesz płakał”, słyszałem przez całe życie w moim domu. I nadszedł moment, by ci, którzy naprawdę dobrze mu życzą, powiedzieli mu pewne rzeczy z czułością, ale też stanowczo. Wielu ich nie powie, żeby nie stracić obecnego statusu, stanowiska, pensji albo możliwej przyszłości.
Gdy dochodzi się do takich momentów, człowiek zaczyna wierzyć, że otrzymał boskie zadanie, by nie zostawić prezesury w niewłaściwych rękach, i że ma niebiańską misję, bo tylko on może ochronić Real Madryt przed złymi ludźmi. Kiedy wchodzisz w taką pętlę, potrzebujesz kogoś, kto wsadzi ci głowę do wiadra z lodem.
Nie ma znaczenia, jaki trener przyjdzie, bo problemem jest autorytet, jaki da mu prezes. Zidane, którego Florentino próbował sprowadzić po raz trzeci, już w swoim czasie jasno wskazał problem: „Odchodzę, bo nie czuję zaufania klubu”, czyli Florentino. Gdy Cristiano nie przedłuża kontraktu z Realem Madryt, Florentino stawia krzyżyk na Jorge Mendesie. Gdy Ancelotti popada w niełaskę w oczach Florentino, ten pozwala, by ciągnięto po ziemi nazwisko trenera z największą liczbą trofeów w historii Realu Madryt, bo już go nie chroni i pozwala, by komentatorzy, ci jego, rozpoczęli medialną jatkę. Tak samo stało z Xabim Alonso. Gdy Florentino nie spodobały się pewne rzeczy u Xabiego, zostawił go samego. Real Madryt nie może być uzależniony od kaprysów, emocji albo manii 79-letniego prezesa, który sam powiedział, że w pierwszym etapie zrezygnował, „bo rozpieścił piłkarzy”. Teraz mamy ich łapiących się za koszulki, okazujących trenerowi brak szacunku przy zmianie albo pływających jachtami, gdy drużyna się wykrwawia. Sytuacja się pogorszyła. A co gorsza, kto powie Florentino „nie” przy jakimkolwiek nowym ekstrawaganckim pomyśle?
Jak wygląda relacja między dwoma głównymi dyrektorami klubu, José Ángelem Sánchezem i Anasem Laghrarim? Jak na codzienność wpływa ta oczywista, nienormalna sytuacja, w której Florentino ma słabość do swojego protegowanego Anasa Laghrariego, który oficjalnie nie jest nikim w Realu Madryt, oraz do José Ángela Sáncheza, człowieka, który spędził w klubie pół życia?
Właśnie tu trzeba skierować uwagę, a nie rozpraszać się kroniką towarzyską. Logiczne w obecnej sytuacji byłoby pełne zresetowanie wszystkiego. Nie ma prawnego obowiązku, by to zrobić, bo mandat trwa do stycznia 2029 roku. Nie sądzę jednak, by obecny scenariusz za tym przemawiał.
Ostatnie wybory rozpisano tuż po udanym sezonie 2023/24, w którym z Ancelottim wygrano Ligę Mistrzów, La Ligę i Superpuchar Hiszpanii, a po roku 2024 dołożono Superpuchar Europy i Puchar Interkontynentalny. Pięć trofeów w roku kalendarzowym 2024. Wtedy Florentino rozpisał wybory, ale były one potajemne. 5 stycznia 2025 roku, dzień przed świętem Trzech Króli, rozpoczął proces wyborczy, a 19 stycznia był już ogłoszony zwycięzcą. W 14 dni załatwił sobie kolejne pięć lat prezesury, mając wtedy 78 lat.
W 2009, 2013, 2017, 2021 i 2025 roku zgłosił się tylko on. Ostatnim możliwym rywalem był Villar Mir w 2006 roku, a w ostatniej chwili jego kandydatura została unieważniona. 20 lat bez alternatywnego kandydata. Obecne wybory załatwia się w dwa tygodnie, bez realnej możliwości przedstawienia programów, odwiedzenia stowarzyszeń, zorganizowania wydarzeń czy przeprowadzenia debat. A jeśli ktoś zdoła się zgłosić i spełnić wymogi w dziesięć dni, później zostaje tylko 14 dni na głosowanie i wybór. System jest pomyślany tak, by kandydat nie miał czasu na nic.
Wybory powinny zostać ogłoszone z wyprzedzeniem, żeby madridismo miało miejsce, przestrzeń i czas, by dobrze wybrać, wysłuchać kandydatów i ich poznać: tego, którego mógłby poprzeć Florentino, czyli swojego protegowanego Anasa Laghrariego z prezesem mającym nazwisko, ale bez władzy, oraz pozostałych, którzy się zgłoszą. Jak już pisałem, na pewno pojawi się kandydat, który nie jest z otoczenia Florentino, ale nie jest też jego wrogiem. Kandydat, który ma 195 milionów euro potrzebnego poręczenia, 20 lat stażu i hiszpańskie obywatelstwo, bo tego wymagają statuty.
Real Madryt trzeba wywrócić jak skarpetę. Socios Realu Madryt, prawdziwi właściciele klubu, muszą móc pomyśleć, porównać, a Florentino powinien dać im szansę zmiany kursu klubu poprzez wybór innego prezesa albo pozostanie przy tym samym czy jego delfinie. Sytuacja tego wymaga, wręcz o to krzyczy. A teraz, jeśli chcą, możemy zająć się nazwiskiem następnego trenera, ale to temat całkowicie drugorzędny w porównaniu z tamtym.
Po priorytecie, jakim jest ustalenie tego, co najlepsze dla klubu, rozumiem, że trzeba zająć się tym, co najlepsze dla człowieka takiego jak Florentino, który zasługuje na godne i bardzo honorowe odejście. Prezes, który przez 22 lata w dwóch etapach wygrał 37 trofeów w piłce nożnej i 29 w koszykówce, musi być uczciwy i sprawiedliwy wobec samego siebie. Jego rodzina i ci, którzy naprawdę go kochają, powinni mu w tym pomóc, jeśli mogą albo jeśli się odważą. Florentino potrzebuje uczciwej pomocy. I oni o tym wiedzą.
Wcześniejsze felietony Pedro Moraty:
Florentino (lub jego protegowany) będzie mieć rywala w kolejnych wyborach
Panie Florentino, pan subsydiował Barçę Laporty kwotą 517 milionów euro
Panie Laporta, Barçę zdyskredytowało tylko czterech jej prezesów
To niecodzienny widok: Florentino przegrywa 0:5 poza boiskiem
W ciągu pięciu lat bez dźwigni Real Madryt traci ponad 300 milionów, a Barça ponad 600
Palec, który uniemożliwia dostrzeżenie słońca w Realu Madryt
Komentarze (8)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się