Advertisement
Menu
/ lequipe.fr

Zidane cz.3: Benzema jest jak młodszy brat, którego nigdy nie miałem

Zinédine Zidane kończy dzisiaj 50 lat. Z tej okazji udzielił na początku maja wywiadu dziennikowi L’Équipe. Przedstawiamy jego pełne tłumaczenie. Oto jego trzecia i ostatnia część.

Foto: Zidane cz.3: Benzema jest jak młodszy brat, którego nigdy nie miałem
Fot. L’Équipe

Zidane cz.1: Wolej z Glasgow nigdy nie wyszedł mi drugi raz
Zidane cz.2: Trenowanie PSG? Nigdy nie mów nigdy

W wieku 20 lat, kim był Yazid, który przeszedł z Cannes do Bordeaux?
Wiedziałem, że to się realizuje. Że spełniam marzenie o profesjonalnym futbolu. Że to złapałem. Że mogę być z nimi. Powoli to się działo. Nie jest tak teraz. Wtedy było mniej kontraktów profesjonalnych.

Jak David Bettoni twój przyjaciel od już ponad 35 lat z Cannes, stał się twoim asystentem w Realu Madryt?
W Cannes spotkałem moją żonę Véronique i przyjaźń z Davidem. Pozostawaliśmy w kontakcie. Potem jeździłem do Cannes, gdy prowadził juniorów. Czasami długo się nie widzieliśmy, ale pozostawaliśmy zjednoczeni. Tak właśnie było, jesteśmy przyjaciółmi. Zawsze dbamy jeden o drugiego. Nasze powiązanie stopniowo dojrzewało w naszych głowach i w końcu powiedzieliśmy: „Ruszamy”. Podążył za mną do Realu.

A jaki był Zinédine Zidane w wieku 30 lat?
To był Madryt, Real, wisienka na torcie. Byłem po wygraniu Ligi Mistrzów i kończyłem mój pierwszy sezon tam. To piękne móc wygrać w wieku 30 lat praktycznie wszystko.

Tuż po tamtej Lidze Mistrzów przyszedł mundial w Japonii i Korei Południowej, który poszedł mniej dobrze [Francja odpadła w grupie]. Żałujesz, że tam pojechałeś?
Nie. To część mojej podróży. To najtrudniejsze momenty w karierze, ale trzeba je też przeżyć, by cieszyć się resztą. Poleciałem do Japonii sam, trenowałem sam, ale wina jest tylko moja. 15 maja wygrałem Ligę Mistrzów, 18 maja urodził się mój syn, pobyłem dzień z rodziną i 20 maja leciałem do Japonii. Po kilku dniach zagrałem w sparingu z Koreą Południową. To wszystko po kompletnym i intensywnym sezonie, ale czułem euforię. Podobało mi się to, chciałem być z kolegami. Roger Lemerre i chłopaki mówili mi, żebym zaczekał, ile potrzebuję i że mamy czas... To ja naciskałem. Powinienem był się wyciszyć. Zagrałem z Koreą i pociągnęło mnie coś w udzie. Po tym spędziłem dużo czasu poza grupą. Oni byli na treningach, a ja na rehabilitacji. Wychodziłem na boisko sam, oni mieli odprawy... Wszystko wtedy zrobiłem źle, ale próbowałem wrócić na ostatni mecz. Nie pokazałem jednak niczego dobrego w starciu z Danią.

Kiedy zacząłeś myśleć o zakończeniu gry dla Francji?
W rzeczywistości byłem bardzo bliski zakończenia wszystkiego w 2004 roku. Wszystkiego.

Wszystkiego? Reprezentacji i nawet Realu Madryt?
Wszystkiego, w wieku 32 lat. Jednak to trwało w mojej głowie tylko sekundę.

W jaki sposób?
W trakcie pierwszej wolnej przerwy na reprezentacje. Miałem kilka dni wolnego, więc pojechałem na wakacje z żoną i synami. Wykorzystałem ten czas, czułem się genialnie. Jednak wróciłem i pierwszym, co sobie powiedziałem: brakuje mi czegoś. Muszę wrócić do reprezentacji. Sekundę trwało to mówienie: koniec ze wszystkim. A po trzech dniach stwierdziłem, że wracam do reprezentacji.

Jednak twoja przerwa od kadry potrwała ponad rok, bo od przegranego ćwierćfinału EURO z Grecją w 2004 roku do sparingu z Wybrzeżem Kości Słoniowej w sierpniu 2005 roku. Dlaczego tyle czekałeś, gdy byłeś zdecydowany na powrót już rok wcześniej?
Nie mogłem powiedzieć: „Wracam już teraz”. Miałem też rozmowy z Makélélé i Thuramem, którzy także skończyli grać dla reprezentacji. Spotkaliśmy się. Gadaliśmy i gadaliśmy. Oni czuli ten sam brak. Ostatecznie zdecydowaliśmy się wrócić razem. Tego chcieliśmy ja, Claude i Lilian. I wtedy dostaliśmy na to szansę.

To nie Raymond Domenech chciał, żebyś wrócił?
Przyjechał się ze mną spotkać, ok. Jednak to moje pragnienie sprawiło, że wróciłem! Kropka.

Nic innego nie doprowadziło do tego powrotu?
Były inne nieracjonalne rzeczy... Jednak ja jestem taki, że patrzę na racjonalność. Miałem rozmowy z Lilianem i Claudem. Brakowało nam reprezentacji. Wróciłem, założyłem koszulkę i lecimy. Było wspaniale.

Awansowaliście na mundial w Niemczech w 2006 roku. Jak przeżyłeś start turnieju z remisami ze Szwajcarią i Koreą Południową jako kapitan?
Było trudno. Do tego byłem zawieszony na decydujący mecz z Togo. Musieliśmy wygrać, a zaczęliśmy źle. W drugim meczu zostałem zmieniony...

Nie spodobała ci się zmiana za Trezegueta...
Domenech zdjął mnie, by wprowadzić Trezegeuta. Ale kto miał skorzystać na tej zmianie w doliczonym czasie gry? David? Nie było to jasne i dlatego się wkurzyłem, o czym go poinformowałem. Wiele wydarzyło się też wcześniej. Opowiadano historie o moim powrocie, które nie były prawdziwe. Zdecydowałem się odtworzyć wszystko od początku. Zdecydowaliśmy się na to razem. Tak zrobiliśmy i ruszyliśmy dalej.

I wtedy Francja w 1/8 finału odpaliła zwycięstwem nad Hiszpanią. Dlaczego?
Mieliśmy do tego klucze. W 100%. Przebywaliśmy ze sobą, codziennie przed meczem. Znaleźliśmy swoje miejsce i było wspaniale. Sprowadziliśmy sobie nawet specjalne kiełbaski z Berlina, które wszyscy lubili! Wspaniałe momenty, siedzieliśmy przy stole po cztery godziny. Osiągnęliśmy prawdziwą jedność. To był malutki zajazd kilka kilometrów od naszego hotelu. Atmosfera była wspaniała.

Po awansie w ćwierćfinale po pokonaniu Brazylii tańczyłeś już na stole.
Żebym wszedł na stół i tańczył, naprawdę musi dziać się coś wyjątkowego! Jak tylko w pokoju są dwie inne osoby, nie zrobię czegoś takiego... Więc zrobienie tego przed czterdziestoma, to była euforia. Kiedy oglądamy tamte obrazki, widać atmosferę, jaka była między nami. Było magicznie. Ribéry i Jacque Chirac, coś niesamowitego! Franck wygłosił przemowę do prezydenta, jak gdyby był jego kolegą z podwórka. Wszyscy się śmiali. Nie mogłem w to uwierzyć.

Czym dla ciebie osobiście był ten mecz z Brazylią?
Na pewno jeden z moich najlepszych w reprezentacji. A grałem kontuzjowany.

Kontuzjowany?
W meczu z Hiszpanią doznałem kontuzji. Uraz powstał w trakcie mojego trzeciego gola pod koniec meczu. Miałem guza na udzie. Prawie nikt nie wiedział. Wykonaliśmy badania i mówią mi, że nie zagram z Brazylią... Mówię: „Co? Nie ma mowy, że nie zagram z Brazylią”. Sztab medyczny zrobił wszystko, co było możliwe, bym zagrał, bo ja bardzo chciałem wystąpić w tym meczu. I zagrałem! Każdy mecz mógł być moim ostatnim. Miałem to tak wbite do głowy, że było niemożliwe, żebym nie zagrał przeciwko Brazylii. Musiałem wykorzystać każdą sekundę.

I widzieliśmy, co się wydarzyło. Dałeś techniczny recital.
Był bardzo mocny, tak.

W półfinale wygraliście z Portugalią po twoim golu z karnego. A finał z Włochami zacząłeś od panenki w karnym...
Była 7. minuta, zostawało 83. Musiałem spróbować. Nawet jeśli przestrzelę, mamy czas. A przed sobą miałem jednego z najlepszych bramkarzy na świecie w postaci Gigiego [Buffona]. On mnie znał. Musiałem go zaskoczyć. Potrwało to w głowie z 10 sekund. Nigdy nie wykonałem karnego panenką. To nie był jednak brak szacunku. Wiem, że niektórzy bramkarze tak do tego podchodzą, ale tutaj tak nie było. Nie zrobiłem tego, by kogoś upokorzyć. Chciałem strzelić gola.

Poza tym karnym, co pamiętasz z tamtego przegranego po karnych finału?
Ten finał to nie był nasz najlepszy mecz, szczególnie mój pod względem osobistym, ale cóż... Jest, jak jest. Zdarzyło się, co się zdarzyło. Była ta panenka i była moja główka, którą Gigi obronił. Mogłem go przełamać i byłoby 2:1 dla nas. Potem było już dla mnie średnio. Nie jestem z tego dumny.

Możesz wrócić do tego uderzenia głową w Marco Materazziego?
Tamtego dnia moja mama była bardzo zmęczona. Rozmawiałem z siostrą kilka razy dziennie. Wiedziałem, że z moją mamą nie było dobrze, ale to nie było też nic poważnego. Jednak się martwiłem. Byłem skupiony na meczu, ale to były takie sprawy, które przepychają się o bycie ważniejszą. Presja, takie tam. On nie powiedział nic o mojej mamie. Często powtarzał, że wcale nie obraził mojej matki. To jest prawda. Ale obraził siostrę, która wtedy była przy mamie. Na boisku zawsze istniały obelgi. Wszyscy ze sobą gadają, czasami w zły sposób, ale nic z tym nie robisz. A tam, tego dnia, zdarzyło się, co się zdarzyło. Coś wywołał, gdy powiedział o mojej siostrze Lili. W jednej sekundzie poszło... A potem musisz to zaakceptować. Nie jestem z tego dumny, ale to część mojej podróży. W tamtym momencie byłem delikatniejszy. Czasami w takich chwilach możesz zrobić coś, co nie jest dobre...

I tak zakończyłeś karierę.
Tak to zakończyłem. Thierry Gilardi miał rację w swoim komentarzu, mówiąc: „Nie w taki sposób”. Ale tak było i tak jest. Było mi trudno, ale taka była moja kariera. Historia mojego życia. Jak moje dwa gole w finale w 1998 roku. Dlatego mówię, że reprezentacja Francji nie jest dla mnie skończona. Nie chcę tego tak skończyć. To się nie skończyło.

Jak podszedłeś do swojego przedwczesnego zakończenia kariery w 2006 roku?
Wykorzystałem to, aby być z dziećmi, żoną i rodziną. Cieszyłem się zawożeniem i odbieraniem synów ze szkoły, za wspólnymi śniadaniami i obiadami. Przez dwa lata naprawdę się tym wszystkim cieszyłem. Potem zacząłem pytać siebie, co dalej. Myślałem przez sześć miesięcy czy rok.

Który trener powiedział ci jako pierwszy, że zostaniesz szkoleniowcem?
Nikt. Nawet ja nie miałem o tym pojęcia.

Co wtedy myślałeś?
Chciałem zostać w futbolu, ale nie myślałem o trenowaniu. Dlatego rozpocząłem kurs na menadżera sportowego w CDES [francuskie Centrum Ekonomii i Sportu] w Limoges, który trwał 2,5 roku. Powoli doszedłem do tego, że to nie jest to. Czułem, że zaczynam tęsknić za piłką. I wtedy zacząłem kształtowanie się jako trener. Wtedy stwierdziłem: „Coś się tu dzieje”. Jeździliśmy po klubach w ramach wyrabiania certyfikatu profesjonalnego trenera z Guyem [Lacombem], Franckiem Thivillierem i Patrickiem Pionem, którzy byli za nas odpowiedzialni w Federacji. Był też dyrektor techniczny François Blaquart. Byli bardzo sympatyczni. To wielcy ludzi, wobec których mam świetne uczucia. Mieliśmy praktyki w Marsylii Bielsy i Bayernie Guardioli. Ja byłem jego przyjacielem. Zawsze mieliśmy dobre stosunki. Uwielbiam z nim dyskutować o małych szczegółach. Z Pepem zawsze rozmawialiśmy o tym samym. I nie byłem tam, by mu przeszkadzać, ale by poprowadzić samego siebie. Odkryłem pewne sztuczki, szczególnie w stosunkach z innymi osobami na czele z twoim piłkarzem. Podobał mi się też wyjazd do Lorient na przygotowania i do Rennes, gdzie miałem rozmowy z Christianem Gourcuffem. Obserwowałem i słuchałem, ale potem wszyscy mówili mi, że mam robić to, co mówi mi przeczucie i co czuję. Wybrałem trochę z tych i tamtych, ale ponad wszystkim postawiłem na organizację: jak przygotować się do mniejszego meczu, dlaczego w tym momencie robisz to, a dlaczego w tym okresie więcej pracujesz na trawie. Nie miałem wiedzy o przygotowaniu zawodników, ale znałem się na futbolu.

Wyobrażałeś sobie kiedyś życie poza futbolem?
Nigdy. To kocham, to moja pasja, na tym znam się najlepiej. Ponad wszystkim niczego nie opuściłem, wszystko zrobiłem po kolei. Czułem, że to mój obowiązek. Nie chciałem wolnej przejściówki. Nigdy nie powiedziałem: „Jestem Zidane i za to dadzą mi dyplom trenera”. Chciałem wejść w prawdziwe kształcenie trenera. Pomyślałem też o wszystkich trenerach, którzy nie nazywali się Zinédine Zidane. Musiałem okazać szacunek także im poprzez ten kurs. Jest mnóstwo ludzi, którzy są świetni i którzy mają pomysły, ale nie będą tego robić, bo nie ma wystarczająco dużo miejsca. Ja dostałem szansę na ten wielki trening z tymi wielkimi gośćmi. Wykorzystałem swój status, ale w sumie przygotowywałem się do tego ponad trzy lata.

W Realu też szedłeś stopniowo bez przeskakiwania etapów.
Zacząłem u boku Florentino Péreza. Prezes pokazał mi różne rzeczy. Spojrzałem na to z tej perspektywy i wziąłem, czego potrzebowałem. Ci ludzie dali mi wiele w tym względzie, że odkryłem różne środowiska.

Jaką rolę w twoim życiu odegrał twój doradca Alain Migliaccio?
Znam go od Bordeaux, praktycznie od 30 lat. On wtedy miał u siebie wszystkich najlepszych piłkarzy. Z czasem Alain stał się dla mnie kimś więcej niż agentem. Został doradcą, zaufanym człowiekiem i przyjacielem. Kimś dyskretnie mi pomagającym, ale który też zrobił tak wiele w piłce. Zawsze mi towarzyszył. Nigdy nie mieliśmy żadnego kontraktu. Zawsze wszystko robiliśmy na słowo i zaufanie. Taka operacja nie jest już możliwa. Alain zawsze był w moim otoczeniu.

Czy trzeba być tak wielkim piłkarzem jak ty, aby jako trener mieć szacunek takich graczy, jak Cristiano Ronaldo czy Karim Benzema?
Pomaga, że to przeżyłeś. Jednak ponad wszystkim nie możesz chcieć być większy niż oni. Jesteś trenerem, nie ma problemu. Ty wyznaczasz drogę, ale z drugiej strony, nie możesz ich drażnić. To oni robią różnicę na boisku. Ja w tym względzie nie mam ego. Przeżyłem wiele sytuacji, w których trenerzy i zawodnicy chcieli być więksi od reszty. W pewnym momencie to przestaje działać.

Czy takie gwiazdy są łatwiejsze do prowadzenia?
To, co powiem wyda się proste, ale im więksi i ważniejsi piłkarze, tym będzie łatwiej. Tak jest w rzeczywistości. Oni wiedzą, co robią. Są skupieni. Wiedzą, gdzie zmierzają. A ja wiążę się z nimi poprzez konkretny mecz, konkretne akcje, taktykę i rywala. To jest też powód, przez który kochałem i kocham zarządzanie wielkimi piłkarzami.

Co przekazywałeś tej dwójce i innym? Szczególnie pod względem technicznym.
Karim nie musiał się rozwijać w tym względzie. Jednak lubił zostać na boisku po treningu grupowym. Przed bramką dałem mu 2-3 rzeczy, ale to była wymiana. Mój sztab i ja zazwyczaj zostawaliśmy z 1-2 zawodnikami. Nawet z bramkarzami. Ja dalej się tym tak samo cieszę. Ciągle mam nogi! Robiliśmy radosne ćwiczenia. Wyzwania. I ciągle często wygrywałem. Wchodziłem też do gry w dziadka. Uwielbiam przebywać z moimi piłkarzami i z nimi grać. To też sposób, by coś przekazać. Jednak byłem z crackami, to sama śmietanka. Nie musiałem wiele przekazywać im pod względem osobistym. O technice, żebyś tak nie uderzał... Nic z takich rzeczy. Nie trzeba było. Głównie pracowałem nad drużyną.

W przypadku Benzemy to wykracza poza boisko?
Istnieje to uczucie. Karim jest jak młodszy brat, którego nigdy nie miałem. Ja byłem ostatni w rodzinie.

Aż do tego stopnia?
Nasza relacja stale rosła. Poznaliśmy się, gdy przyszedł do Realu, a ja byłem doradcą prezesa i potem drugim trenerem u Carlo [Ancelottiego]. Następnie widywaliśmy się rzadziej, ale wysyłaliśmy sobie wiadomości. On jednak wiedział, gdzie jestem. Wie, gdzie jestem też teraz.

Co sądzisz o jego sezonie?
Nie zaskakuje mnie. To po prostu ciągłość. Wiedziałem, że jest zdolny do tego, co teraz robi. Przez cały czas w Realu grał bardzo dobrze. Chodzi o to, że on jest po prostu nadzwyczajny!

Czy w tym roku zostanie twoim następcą jako kolejny Francuz ze Złotą Piłką?
Nie mówię tego tylko ja, że trzeba dać mu tę nagrodę, ale mówi o tym cały świat! To jest bardziej niż zasłużone.

Jakie dzisiaj masz stosunki z Realem Madryt?
Ciągle mam z nim połączenia. Gdy tylko jestem na miejscu, idę na stadion. Mam swoją lożę. Moi synowie i przyjaciele też z tego korzystają. Byłem też na Stade de France na finale z Liverpoolem.

Twój dublet Liga Mistrzów - La Liga z 2017 roku był najbardziej intensywnym momentem w karierze trenerskiej?
Był bardzo silnym momentem, bo był najtrudniejszym. Fantastycznie jest wygrać Ligę Mistrzów, ale najcięższe i najpiękniejsze po całym sezonie jest wygranie ligi. Kiedy rozgrywasz 38 kolejek i zostajesz mistrzem, jest wspaniale. Liga Mistrzów jest prestiżowa, wielu woli wygrać ją, ale trudność ligi sprawia, że ona jest jeszcze bardziej cudowna. Ona nagradza codzienność, przygotowanie do każdego meczu, do każdego treningu. Liga Mistrzów to 13 meczów przy stale rosnącej intensywności. Piłkarze muszą być na miejscu, a szczególnie w wielkich spotkaniach w dwumeczach. Jednak w lidze musisz być na miejscu przez cały czas. Więc ta dwójka, ten dublet z 2017 roku, to coś ogromnego.

Jaka była akcja, która wywołała u ciebie największe emocje na ławce?
To też jest trudne. Gol Bale'a z Liverpoolem? Cristiano z Juventusem? To samo, ich przewrotki, po prostu... Jedziesz do Turynu, wygrywasz 3:0 w taki sposób... Miałem halucynacje. Tam przeżywasz mocne chwile jako trener. Jest też kolejny gol Cristiano, gdy wygraliśmy w Rzymie w moim debiucie na ławce w Lidze Mistrzów. Wszyscy piłkarze do mnie przybiegli, wpadli mi w ramiona. To było poruszające. Czułem to i widać na obrazku, że jestem jak dziecko. Przeżywałem te momenty jako piłkarz i to jest inny poziom, gdy jesteś trenerem.

Gdybyś musiał wybrać jedenastkę z piłkarzy, jakich prowadziłeś w Realu, na kogo byś postawił?
Nie mogę nikogo tak wyróżnić. Ja w każdym razie najbardziej cieszyłem się na treningach, naprawdę. Mecz nie był tak radosny, bo na końcu czekał ten wyrok. Dziwnie tak mówić, ale mecz to bardziej skupienie się na akcji, jest presja, naciskasz na piłkarzy. Zawsze pozostawałem spokojny, ale w trakcie meczu jest gorąco. A trening z tymi zawodnikami to było po prostu coś wyjątkowego. Naprawdę była w nich radość. Cieszyłem się oglądając te małe gierki. Modrić, Benzema, Kroos, wszystko na jeden kontakt. W sezonie 2016/17 na treningach miałem ból głowy, żeby złożyć jedenastkę. Z 22-23 piłkarzy, jacy trenowali, wszyscy mogli grać. Wiedzieliśmy, że mamy tych 7-8-9, ale wybranie ostatniej dwójki było bardzo trudne. Mówiłem: „Widziałeś, jaki ten miał tydzień?”. Wszystkie opcje były rozgrzane. To jest trudność trenera: musi podejmować decyzje. To jednak jego praca.

A gdybym zapytał o jedenastu zawodników, z którymi grałeś w klubach i reprezentacji?
Nie wiem... W każdym razie na pewno z przodu wystawiam Brazylijczyka [Ronaldo]. W bramce też Bartheza. Potem na prawej stronie jest taki problem, że grałem z wieloma mocnymi zawodnikami. Zasługują na to wszyscy obrońcy z kadry 1998-2000: Laurent Blanc, Thuram, Desailly, Liza [Bixente Lizarazu]. Wszyscy byli twardzi. Wręcz straszni! Nie lubię wyróżniać jednego czy drugiego, ich ogólny poziom był tak wysoki... Nawet Leboeufa w finale [w 1998 roku Blanc był zawieszony na finał]. Miał topowy mecz, gdy nie było mu tak łatwo w to wejść. Ta obrona była po prostu nadzwyczajna. Wiedzieliśmy, że nie stracimy żadnego gola i że strzelimy jednego czy dwa.

Jaki był najzabawniejszy piłkarz, z jakim grałeś lub którego prowadziłeś?
Franck Ribéry to jeden z nich. Pierwszy raz, gdy przyjechał na zgrupowanie Francji, mieliśmy obóz w górach w Tignes. Wziął i rzucił we mnie śnieżką! Inni gracze byli zaskoczeni. We mnie! Jednak ja stwierdziłem, że to coś świetnego! To nie był brak szacunku. Pokazał mi, że chce się zbliżyć. Niektórzy nie mają tej odwagi. Franck? Wręcz odwrotnie. Ja nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego. Zrobienie czegoś takiego Cantonie po wejściu do kadry... Potrzebujesz jednak takich gości jak Ribéry w grupie. Robią dobre rzeczy. Był też Thierry Henry. On nie przestawał. Zawsze leciał na maksa. W Realu byli Brazylijczycy, jak Ronaldo i Roberto Carlos. Zawsze się wygłupiali. Oni żyją z radością. Żadnych zahamowań! Lubiłem tych chłopaków, bo nie zbliżałem się za bardzo do innych ludzi. Taki jestem z natury, ale też się rozwinąłem. Szczególnie po zostaniu trenerem.

W wieku 50 lat, co możesz teraz zrobić, czego nie robiłeś w trakcie kariery piłkarza?
Teraz mogę zrobić wszystko! Jestem wolny. Co chcę i kiedy chcę, szczególnie w tym momencie. I tego potrzebuję. Niektórzy ludzie żyją tylko pracą. Ja potrzebuję tych momentów spokoju, by potem móc robić to, czego chcę. Muszę się skupić, ale też potrzebuję spokoju. Nie znaczy to, że siedzę sobie z założonymi rękami [śmiech]. Absolutnie nie!

Gdzie widzisz siebie w wieku 60 lat?
Jak powiedziałem, może jako lidera jakiejś organizacji lub instytucji.

Jako prezesa klubu?
Nie wiem. Wszystko jest otwarte. Jak zawsze dla mnie. Nie stawiam żadnych granic. Stykam się z różnymi sprawami i nie zamykam żadnych drzwi. Są spotkania, wybory i na końcu decyzje. Tak właśnie jest. Tak to wygląda po zakończeniu gry. Musisz mieć plan, ale w najbliższej przyszłości to będzie trenowanie.

Czy kiedyś wychodziła po ciebie polityka?
Wiele razy. Jednak zawsze odmawiałem. To też jest profesja. Ja miałem pierwsze i złe doświadczenia w związku ze stanowiskiem, jakie objąłem. Jednak ludzie nie mają pojęcia, co dzieje się za kulisami. Dostawałem te wiadomości... Mój tata powtarzał, gdy byłem młodszy: „Co u ciebie? Futbol? Więc rozmawiajmy o futbolu. Jak długo zechcesz”. Zawsze jednak mówił, by miał swoje zdanie jako obywatel. Jednak nie potrzebuję dzielenia się nim z całym światem. Tata zawsze miał rację.

W wieku 50 lat, gdzie ustawiasz siebie w elicie piłkarskiej i także francuskiego sportu?
To nie należy do mnie, by to oceniać. Wszyscy mają swoje opinie i preferencje. We wszystkich sportach mieliśmy wielkich mistrzów. Każdy ma swoją drogę. Jean-Claude Killy był potworem w narciarstwie [trzykrotny medalista olimpijski z 1968 roku] i potem także w życiu po karierze. Mieliśmy to w każdej dyscyplinie. Przede mną Platini był wyjątkowy we Francji i we Włoszech [Złota Piłka w latach 1983, 1984 i 1985]. Zrobiłem kilka genialnych rzeczy. Jestem szczęśliwy i dumny, bo zrobiłem wszystko, by odcisnąć swoje piętno. Chciałem wygrywać. Ciągle to w sobie mam. Jednak każdy ma swoją drogę. Możemy też rozmawiać o Teddym Rinerze [judoka], Tonym Parkerze [koszykarz] czy Marie-Jo Pérec [sprinterka], oni byli najlepsi w swoich dyscyplinach. Za nas wypowiada się też lista naszych osiągnięć. To prawda, że ja w wieku 50 lat mam wiele osiągnięć jako piłkarz i trener. Zawsze chciałem iść po trofea. Robimy, co tylko możemy. Każdy ma swój kurs w życiu, którego nie znam. Każdy ma swoje ambicje.

Na koniec wróćmy do początku rozmowy. Wiesz, na ilu okładkach L’Équipe się znalazłeś?
Trochę tego było.

195.
To naprawdę sporo.

*koniec części 3., ostatniej*

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!