REKLAMA
REKLAMA

A co, jeśli Real znów miał rację?

Klub nie przeprowadził zimą transferów, czekając na powrót kontuzjowanych, którzy dali nowy impuls grze zespołu, dziś znajdującego się w uprzywilejowanej pozycji w La Lidze i Lidze Mistrzów.
REKLAMA
REKLAMA
A co, jeśli Real znów miał rację?
Kylian Mbappé i Eduardo Camavinga. (fot. Getty Images)

Nie stało się to tematem dnia, ale Real Madryt nie ruszył zimą na rynek w poszukiwaniu wzmocnień w sytuacji co najmniej delikatnej. Plaga kontuzji, zwłaszcza w defensywie, wpływała na wyjściowe jedenastki najpierw Xabiego Alonso, a później Álvaro Arbeloi, a kryzys wyników sprawił, że w zaledwie cztery dni wymknęły się dwa trofea: 11 stycznia, gdy na ławce siedział Bask, zespół przegrał finał Superpucharu Hiszpanii z Barceloną, a trzy dni później drużyna odpadła z Pucharu Króla po meczu z Albacete, już pod wodzą obecnego trenera, opisuje dziennik MARCA.

REKLAMA
REKLAMA

Prośby o transfery były jednym z głównych postulatów kibiców. W spotkaniu następującym po porażce z Albacete, na Bernabéu fani uderzyli przede wszystkim w piłkarzy, choć nie zabrakło też pretensji kierowanych do loży, mniej lub bardziej zorganizowanych za pośrednictwem mediów społecznościowych. Mimo tego stanowisko Realu pozostawało niezmienne: brak ruchów w zimowym oknie, w które klub zasadniczo nie wierzy, poza pojedynczymi wyjątkami, jak transfer Brahima w 2019 roku. Argument był zawsze ten sam: gdy plaga kontuzji się skończy, zespół zacznie rosnąć. Co więcej, skoro kadrę uznawano za wystarczającą, a nawet szeroką, jedynym ruchem okazało się odejście – wypożyczenie Endricka do Lyonu. Możliwa była jeszcze jedna operacja, związana z Franem Garcíą i Bournemouth, ale Realu nie przekonały warunki proponowane przez klub z Premier League, który chciał wypożyczenia, podczas gdy w Valdebebas stawiano na transfer definitywny, zauważa MARCA.

Mimo wszystko poprawa nie przyszła od razu. Pomimo zwycięstw nad Monaco i Villarrealem turbulencje szybko wróciły. Porażka w Lizbonie, która wyrzuciła Królewskich poza TOP 8 Ligi Mistrzów, choć wystarczał remis, ponownie przyciemniła obraz wokół zespołu – zwłaszcza przez upokarzający gol Anatolija Trubina w doliczonym czasie gry. W kolejnym meczu, z Rayo, mimo wygranej znów nasiliła się krytyka wobec drużyny, którą kryzys kontuzji wciąż mocno doświadczał. Skończyło się na tym, że spotkanie wygrane po rzucie karnym w końcówce kończyło trzech pomocników (Valverde, Aurélien Tchouaméni i Camavinga) ustawionych w obronie. Innych opcji zabrakło.

REKLAMA
REKLAMA

Punkt zwrotny
Sytuacja zaczęła się prostować podczas wyjazdu do Walencji, choć osłabienia nadal nie odpuszczały. Tym razem dotyczyły ataku: kontuzjowani byli Bellingham i Rodrygo, a Vinícius pauzował za kartki. W ofensywie Mbappé zostawał więc bardzo osamotniony, natomiast w defensywie Arbeloa zaryzykował, wystawiając w podstawowym składzie wychowanka Davida Jiméneza. Reszta formacji wróciła do bardziej „klasycznego” ustawienia: Huijsen, Raúl Asencio i Carreras. Rüdiger pojawił się już na ławce, podobnie jak Trent, który zagrał ostatni kwadrans w wypracowanym zwycięstwie, ponownie przypieczętowanym w ostatniej chwili, przypomina MARCA.

W następnym spotkaniu, z Realem Sociedad, Arbeloa wreszcie odzyskał defensywę, którą można było nazwać podstawową: Trent, Huijsen, Rüdiger i Carreras. Zespół znów wyglądał stabilnie, ponieważ trener mógł powtórzyć środek pola (Tchouaméni, Valverde, Camavinga i Güler), co ograniczyło skutki nieobecności Mbappé. Przy Francuzie na ławce to Vinícius poprowadził atak w teoretycznie trudnym meczu z rywalem będącym w bardzo dobrej formie, który jednak uległ po solidnym występie Los Blancos.

We wtorek, w Lizbonie, Arbeloa mógł ponownie wystawić tę samą obronę i ten sam środek pola. Jedyną zmianą względem poprzedniej jedenastki był powrót Mbappé. Choć najlepszy strzelec Realu nie zagrał na swoim najwyższym poziomie, drużyna pokazała się z dobrej strony: była solidna i stabilna przeciwko temu samemu rywalowi, który zaledwie trzy tygodnie wcześniej obnażył jej słabości na Estádio da Luz. Królewscy kontrolowali mecz i mieli okazje, by przypieczętować awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Co ciekawe, zamieszanie po golu Viníciusa i domniemane rasistowskie obelgi ze strony Prestianniego stworzyły taki scenariusz spotkania, że Los Blancos nie zdołali podkreślić kolejnymi golami wyraźnej przewagi.

REKLAMA
REKLAMA

Mimo tego zespół wrócił do Madrytu z jedną nogą w kolejnej rundzie Ligi Mistrzów, a dodatkową nagrodą było objęcie prowadzenia w La Lidze w poprzedni weekend – dzięki wygranej z Realem Sociedad i porażce Barcelony z Gironą. W zaledwie cztery dni, czyli w takim samym odstępie czasu, który w połowie stycznia mocno uderzył w projekt Królewskich, drużyna wykonała zwrot o 180 stopni. Bez zimowych transferów, wyłącznie dzięki cierpliwości i powrotowi większości kontuzjowanych, co pozwoliło Arbeloi układać bardziej racjonalne jedenastki, z piłkarzami na ich naturalnych pozycjach. Zadziałały po prostu czas i cierpliwość – dwa czynniki, których w piłce nigdy nie ma w nadmiarze, podsumowuje MARCA.

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (111)

REKLAMA