Advertisement
Menu
/ as.com

Navas: Byłem świadkiem godzin, które Zidane poświęcał Viníciusowi po treningach

Keylor Navas udzielił wywiadu dziennikowi AS. Przedstawiamy pełne tłumaczenie tej rozmowy z bramkarzem Pumas.

Foto: Navas: Byłem świadkiem godzin, które Zidane poświęcał Viníciusowi po treningach
Keylor Navas w barwach Pumas. (fot. Getty Images)

Śpiewał Gardel, że 20 lat to nic…
Dla mnie to były dwie bardzo piękne dekady, choć faktycznie minęły błyskawicznie, z momentami bardzo dobrymi i takimi, które nie były już aż tak dobre.

Masz 39 lat i jesteś w świetnej formie. Zostało Ci jeszcze dużo paliwa?
Cieszę się grą na maksa i daję z siebie sto procent, jak zawsze. Zawsze tak rozumiałem futbol: oddawać się mu w pełni i dbać o siebie na tyle, na ile to możliwe. Gdybym tego nie robił, nie byłbym dziś w takim miejscu.

Twoi przyjaciele Modrić i Cristiano przejdą na emeryturę wcześniej niż ty?
Nigdy nie wiadomo, jednak mogę potwierdzić, że obaj są wielkimi profesjonalistami. W piłce nie ma sekretów ani przypadków. Zrobili wszystko dobrze i dlatego przy ich wieku wciąż są w świetnej dyspozycji.

Śniło ci się kiedyś, że twoja historia będzie aż tak wspaniała?
Zawsze marzyłem na wielką skalę i wyobrażałem sobie najlepsze rzeczy, jednak Boże plany sięgają dalej, niż ludzki umysł potrafi dosięgnąć. Chciałem napisać swoją historię jak najpiękniej i naprawdę wyszła piękna.

Co chcesz przekazać w dokumencie?
Chcę pokazać, że poza byciem piłkarzami jesteśmy ludźmi: mamy rodziny i osoby wokół nas, które nas wspierają, mamy uczucia i emocje jak każdy. Ja skupiłem się na sferze duchowej i na tym, że siła przychodzi z góry, dzięki wierze. To mi pomagało trzymać się na nogach.

Kiedy i dlaczego zdecydowałeś, że będziesz bramkarzem?
Miałem jakieś pięć albo sześć lat. Poszedłem obejrzeć mecz mojego taty, który grał w piłkę i w spotkaniu wcześniejszym chłopak nieco starszy ode mnie zrobił kapitalną paradę na drugą rękę. Ta akcja bardzo mnie naznaczyła, powiedziałem tacie, że chcę być bramkarzem i żeby zapisał mnie do szkółki piłkarskiej. Ten obraz mam do dziś w głowie.

W wieku 14 lat wyjechałeś do stolicy, San José. To był szok dla całej rodziny?
W wieku dziewięciu lat miałem już taką możliwość, lecz rodzice mi nie pozwolili. Gdy miałem 14 lat, sytuacja wyglądała już: albo mnie puszczą, albo i tak pojadę. Chciałem gonić za marzeniem i mnie wsparli. Byłem wtedy bardzo naiwny i nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie czeka: życie zupełnie inne niż to, do którego byłem przy nich przyzwyczajony.

W Kostaryce zostałeś gwiazdą, a w wieku 23 lat trafiłeś do Albacete, tylko że to nie była bajka…
Mój rodak Conejo, były bramkarz Alby, otworzył mi te drzwi i zawsze będę mu za to wdzięczny. Były trudne chwile, zespół spadł z ligi, jednak mam czyste sumienie, bo dałem z siebie wszystko.

Finansowo też było bardzo trudno…
Tak. Kiedy do końca miesiąca zostawało dziesięć dni, na koncie prawie nic już nie było. Mieszkałem z żoną i córką Dani. Pewnego dnia, w jej urodziny, zabraliśmy ją do sklepu z zabawkami i zapytaliśmy, co chce. Żona i ja trzymaliśmy kciuki, żeby nie wybrała roweru, bo nie starczyłoby pieniędzy. Na szczęście rowery nie były jej ulubione. Klub był w postępowaniu upadłościowym, pensja mocno spadła, a i wcześniej nie zarabialiśmy nie wiadomo ile. Wystarczało na czynsz, jakieś jedzenie i tyle. Pod koniec każdego miesiąca musieliśmy ratować się kartą, którą miała żona, żeby pokryć podstawowe potrzeby.

Alba spadła, poszedłeś na wypożyczenie do Levante i nadszedł 2014 rok. Na mundialu w Brazylii zachwyciłeś świat, zaczęły spływać oferty zewsząd…
To było dokładnie to, o czym marzyłem. Proponowali mi kontrakty z dużą poprawą finansową, mówili też, że opłacą bilety lotnicze, dom i dadzą mi w prezencie samochód. Byłem bardzo podekscytowany. Im dalej turniej się toczył, tym więcej klubów się pojawiało, a ja nie rozumiałem, dlaczego Levante nie pozwala mi przyjąć którejś z ofert.

Co mówił ci Quico Catalán, ówczesny prezes?
Odpowiadał: „Zaufaj mi, jest coś, czego jeszcze nie mogę ci powiedzieć”. Dla niego to było proste, a ja patrzyłem, jak uciekają okazje, o które walczyłem całe życie i bardzo trudno mi było to zaakceptować.

A powód był biały…
Tak. W odpowiednim momencie powiedział mi, że rozmawiał z Florentino, że zapłaci moją klauzulę wykupu, a ja będę grał w Realu Madryt, jeśli tylko tego chcę. W tej chwili wszystko inne przestało się liczyć i z zamkniętymi oczami powiedziałem: tak.

Miałeś też ofertę z Atlético?
Miałem dwie. Jedną przed końcem sezonu 2014, a drugą znów podczas mundialu. Byłem im bardzo wdzięczny, jednak pojawiła się szansa z Realu i to ona doszła do skutku.

Trafiłeś do szatni pełnej gwiazd najwyższego poziomu…
Mam zachowane zdjęcie z pierwszego dnia w ośrodku treningowym. Przyjechałem bardzo wcześnie, przebrałem się, poszedłem porozmawiać z Ancelottim i zrobiłem sobie zdjęcie w windzie, gdy zobaczyłem w lustrze siebie w ubraniach Realu. Od razu wysłałem je żonie. Później, gdy poznałem wszystkich kolegów, było to naprawdę piękne, bo przyjęli mnie z pokorą i otoczyli opieką. To była świetna grupa, także po ludzku.

Był tam Casillas, legenda. Wydawało ci się, że odebranie mu miejsca to misja niemożliwa?
Oglądałem Ikera od dziecka i ogromnie go podziwiałem oraz szanowałem, lecz ponad tym wszystkim było marzenie, które chciałem spełnić. To był przywilej być obok niego, jednak moje chęci i wysiłek były maksymalne, bo chciałem uczyć się od niego i od Diego Lópeza, poprawiać się i pisać własną historię.

W tamtej drużynie był też Arbeloa…
Od początku troszczył się o mnie, pomagał mi, dawał rady, nie tylko sportowe, ale i życiowe. Dla kogoś nowego takie wsparcie jest bardzo ważne. Mam o nim dobre wspomnienia, bo wziął to na siebie. Los bywa ciekawy: dziś jest trenerem pierwszej drużyny i życzę mu, żeby wszystko poszło świetnie, bo jestem mu naprawdę wdzięczny.

Jest data, której nie zapomnisz: 31 sierpnia 2015, dzień faksu, który przyszedł za późno, przez co nie doszło do transferu do Manchesteru United.
Zadzwonili do mnie do domu około czwartej czy piątej po południu, przedstawiając mi tę opcję. Rozmawiał ze mną trener United, Van Gaal, próbował mnie przekonać. Wtedy pomodliłem się z rodziną, prosząc Boga, żeby stało się to, co będzie dla nas najlepsze według jego woli. Faks nie dotarł na czas i to była odpowiedź Boga na naszą modlitwę. To były szalone godziny: jeżdżenie tam i z powrotem na lotnisko, badania medyczne, przeglądanie umów, spotkania. Gdy okno transferowe się zamknęło, a faksu wciąż nie było, wszyscy byli w stresie, tylko nie ja i moja żona. Pożegnałem się z działaczami Realu Madryt, którzy negocjowali i wróciłem do domu bardzo spokojny, wiedząc, że nadejdzie coś lepszego.

I przyszło. Trzy Ligi Mistrzów z rzędu, z tobą jako podstawowym bramkarzem…
Nie wiem, czy coś takiego znów się wydarzy, jednak poza wielkim sukcesem sportowym, utrzymanie przez tyle lat tak jakościowej drużyny w takiej jedności będzie bardzo trudne do powtórzenia. Dziś w klubach ciągle zachodzą zmiany, a nasza silna więź była kluczowa, żeby osiągnąć tamte rzeczy.

Jak duży wpływ miał Zidane na twoją karierę?
Ogromny. Sposób, w jaki zarządza grupą i jaką pewność przekazuje zawodnikom, jest bardzo rzadki. Miałem świetnych trenerów, lecz u Zidane’a, poza szacunkiem i podziwem, jakie wszyscy do niego czuliśmy, niesamowite było to, jak do nas mówił i jak nas traktował. Nie mogliśmy dawać mniej niż dwieście procent na treningach, żeby odpowiedzieć na jego sposób bycia. Taktycznie też był świetny, dobrze analizował rywali i dawał nam narzędzia potrzebne do zwycięstw.

Pamiętasz przyjście młodego Viníciusa do Madrytu…
Od razu wszyscy zobaczyliśmy w nim coś innego. Miał jeszcze rzeczy do doszlifowania, jednak był diamentem: z dobrą postawą i chęcią do pracy. To, że dziś jest na takim poziomie, wcale mnie nie dziwi, bo widziałem jego rozwój i byłem świadkiem godzin, które Zinédine Zidane poświęcał mu po treningach. Dawał mu ćwiczenia techniczne, na szybkość, wykończenie akcji i inne elementy, które pomogły mu urosnąć i rozwinąć potencjał. Ta dodatkowa praca była fundamentalna.

Bolało cię to, co wydarzyło się w Lizbonie we wtorek?
To bardzo smutne, bo coś takiego nie powinno spotkać nikogo na świecie. Gdy dzieje się to komuś, kogo znasz, jak w przypadku Viníciusa, od razu utożsamiasz się z tym uczuciem i z bólem, przez który może w tamtym momencie przechodzić. Oby wszyscy, którzy mogą cokolwiek zrobić, spróbowali, żeby ta pogarda i takie komentarze nie miały miejsca ani wobec Viníciusa, ani wobec kogokolwiek.

Mbappé powiedział, że Prestianni nie powinien już grać w Lidze Mistrzów…
Nie wiem, jaka kara byłaby w pełni sprawiedliwa, lecz jakaś powinna być. Potrzebna jest mocna sankcja dla osób, które robią takie rzeczy celowo. To nie jest pojedyncza wpadka, tylko sposób myślenia, który nosi się w sobie, a kiedy ktoś czuje się zaatakowany, to to z niego wychodzi. Powinna być kara, żeby to się nie powtórzyło.

W 2018 roku do Realu trafił Thibaut Courtois. Co wtedy pomyślałeś?
Wyzwania nigdy mnie nie przerażały. Zawsze starałem się walczyć i uczyć z każdej sytuacji. Został sprowadzony jako pierwszy bramkarz, decyzja była już podjęta, a ja wiedziałem, że muszę być gotowy, żeby wywalczyć swoje. Dlatego podjąłem decyzję o odejściu z Realu, żeby móc grać.

Czy Thibaut Courtois jest najlepszym bramkarzem w historii?
Wracając do mojego dzieciństwa, najlepsi byli Casillas i Buffon. Neuer też był znakomity. Dziś poziom bardzo wzrósł i Thibaut Courtois jest jednym z najbardziej kompletnych bramkarzy, to oczywiste.

Na jakim piętrze stawiasz samego siebie?
To zależy od ocen. Jeśli chodzi o tytuły i karierę, byłbym wysoko, lecz jeśli chodzi o gust, to już sprawa indywidualna. Myślę, że byłem bardzo regularnym bramkarzem, a utrzymywanie się przez tak długi czas na wysokim poziomie w kluczowych momentach nie jest łatwe. Trudno mówić o sobie, jednak uważam, że mógłbym się umieścić wśród najlepszych.

W 2019 roku trafiłeś do PSG i spotkałeś Messiego, Neymara i Mbappé, wcześniej grałeś z Cristiano, Benzemą, Bale’em, Di Maríą… Kto zrobił na tobie największe wrażenie?
Mówimy o wielkich gwiazdach i najlepszych z ostatnich dekad, jednak jeśli chodzi o talent na boisku, najbardziej uderzył mnie Neymar. Robił z piłką, co chciał, nie miało znaczenia, czy lewą, czy prawą nogą. Kiedy oglądałem go w meczach, czułem się jak wtedy, gdy ja grałem z moimi dziećmi. Ney to niesamowity zawodnik.

Zdobyłeś 29 tytułów. Który jest najważniejszy?
Moja pierwsza Liga Mistrzów, ta z 2016 roku. O tym marzyłem zawsze. To był osiągnięty cel i spełnione marzenie. Wtedy nie wiedziałem, czy jeszcze kiedykolwiek będę miał taką szansę, więc cieszyłem się tym niesamowicie. Do tego finał był przeciwko Atlético, z którym rywalizacja jest ogromna, dlatego to było wyjątkowe.

Wrócisz do Madrytu na stałe, gdy zakończysz karierę?
Tak. Pogram jeszcze jakiś czas, bo czuję się bardzo dobrze, jednak ja i moja rodzina planujemy wrócić do Madrytu, bo go kochamy. Oby w przyszłości udało mi się w jakiś sposób być związanym z Realem, biorąc pod uwagę przeszłość. To byłoby bardzo piękne.

Jak przekonałbyś ludzi, żeby obejrzeli twój dokument?
To ludzka historia opowiedziana z perspektywy moich przyjaciół, rodziny, kolegów z drużyny i moich bliskich w Kostaryce, a także z mojej perspektywy. Bardzo mi się podoba, bo dzięki temu mogłem zobaczyć więcej niż tylko to, co czułem w środku, będąc na boisku.

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!