Trener pod uwagę mógł brać trzech zawodników: Lucasa, Mendy'ego i właśnie wspominanego Nacho. Koniec końców, w wyjściowej jedenastce wyszedł ostatni z nich. Wychowanek Królewskich harował jak wół i z pewnością może być zadowolony ze swojego występu. Tym bardziej że było to pierwszy mecz defensora od początku od 241 dni. Po raz ostatni Ignacio zagrał w podstawie w feralnym starciu Pucharu Króla z Realem Sociedad (3:4).
Po tamtej potyczce kontuzje oraz decyzje trenera zepchnęły piłkarza na dalszy plan. Królewscy zdążyli zaliczyć 21 spotkań, ale Nacho pojawił się tylko w jednym: na Butarque w ostatniej kolejce poprzedniego sezonu. Do tego został wówczas zmieniony w przerwie. W 15 przypadkach 30-latek nie znalazł się wśród powołanych z powodu kontuzji, w pozostałych zaś nie podnosił się z ławki, w tym na Etihad.
Kontuzja uda wykluczyła go z gry na 37 dni. Nacho krok po kroku dochodził do siebie i odzyskiwał zaufanie, aż w końcu otrzymał swoją szansę w minionym meczu. Przeciwko Levante Nacho robił to, co potrafi najlepiej: nic nie psuł. Nie można było się przyczepić do niego o choćby jeden fałszywy ruch. Co prawda mocno unikał podłączania się do ofensywy, ale w obronie praktycznie zamknął rywalowi drogę prowadzącą przez jego skrzydło. Do tego Real po raz kolejny obył się bez straty bramki.
W wieku 30 lat Nacho zdążył przekroczyć barierę 200 spotkań w białych barwach (dokładnie 201). Na boisku spędził łącznie 14756 minut, strzelając w tym czasie 11 goli i notując 7 asyst. Nigdy nie dostał bezpośredniej czerwonej kartki, a dwa razy schodził z boiska za dwie żółte. Łącznie ma ich na koncie 37. Obrońca ma kontrakt obowiązujący jeszcze przez dwa lata. Choć latem nie brakowało zainteresowanych jego usługami, znów zwyciężyła miłość do Realu Madryt. Mimo kontuzji i miesięcy bez gry wciąż z czystym sumieniem można uznawać go za niezawodnego. Nacho ma pełne prawo czuć się podbudowany. To wciąż ten sam Ignacio.
Komentarze (11)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się