– Kiedy pierwszy raz obejmowałem zespół w 1998 roku (Camacho wytrzymał wówczas 22 dni – przyp.red.) w pionie sportowym pracował Pirri. Ufał mi, podobnie zresztą jak Lorenzo Sanz, tak przynajmniej mi się wydaje. W klubie był jednak również Onieva, który w kwestiach sportowych miał decydujący głos. Nie wierzył we mnie albo był zły, że nikt nie konsultował z nim mojego zatrudnienia. Wówczas przekonałem się, że trener nie miał wiele do gadania w kwestii kształtowania kadry czy omawiania problemów mogących wyniknąć w zespole. Wróciłem z urlopu na Ibizie, porozmawiałem z drużyną. Nie było żadnego wzajemnego zrozumienia. Przekazałem podopiecznym, że lepiej będzie zerwać, nim zaczniemy. Nie mogłem tak pracować i musiałem odejść.
– Najważniejsze jest zawsze wyciśnięcie z zespołu pełni możliwości. Kiedy wróciłem do Realu (tym razem Camacho wytrzymał 3 ligowe kolejki oraz dwumecz z Wisłą Kraków – przyp.red.), miałem za sobą etap w Benfice. Florentino wierzył, że odpowiednio zarządzę etapem przejściowym w ekipie, która miała z tym kłopot. Napotkałem wiele przeszkód. W kadrze były wielkie nazwiska, ale w pewnym momencie nie były one już w stanie dać z siebie wszystkiego. To było coś, przez co piłkarze przechodzą na emeryturę. Miałem pod sobą zdobywców Złotej Piłki, ale w Realu Madryt Złote Piłki trzeba przekładać na murawę tak, jak Cristiano Ronaldo.
– Przekazałem Florentino, że z nich nie da się już wycisnąć tyle, ile sądzono. Zatrudniono mnie, by zdobyć mistrzostwo i obudzić potencjał tych graczy. Zrozumiałem jednak, że to niemożliwe. Mój pech polegał na tym, że w lutym prezes podał się do dymisji, ponieważ zauważył to samo. Po powrocie Péreza wiele się zmieniło.
Komentarze (2)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się