– Lorenzo nie był prezesem, kiedy ja grałem w Realu Madryt, ale nie chcę przestać o nim myśleć w tym smutnym dniu. On był prawdziwym i pełnym sukcesów madridistą. Chciałbym przekazać wyrazy współczucia dla całej jego rodziny, a w szczególności dla jego syna, Fernando, z którym mogłem zagrać na moim pożegnaniu w 1997 roku.
– Zbiegiem okoliczności Lorenzo i ja razem dołączyliśmy do Realu Madryt w 1985 roku. Ja jako zawodnik, a Lorenzo do dyrekcji Mendozy. Prawdę mówiąc, nie miałem z nim zbyt wielkiego kontaktu, wyłączając mecze i podróże. Kiedy odszedłem z Realu Madryt w 1992 roku, on nieco później został prezesem i odniósł wiele sukcesów. Wtedy okoliczności były takie, że Mendoza nie chciał zezwolić na zorganizowanie mi pożegnalnego meczu, który miałem obiecany. Z powodu dumy nie chciał przyznać, że się pomylił, wybierając Beenhakkera zamiast mnie.
– Ostatecznie odszedłem do Clubu América. Co ciekawe, właśnie wtedy przegraliśmy na Teneryfie dwie kolejne ligi. Jeśli ja grałbym tam, z moimi golami i moją grą, nie pozwolilibyśmy uciec tym tytułom. Jednak mimo wszystko Lorenzo do mnie zadzwonił i powiedział: „Oczywiście, że zasługujesz na pożegnalny mecz. Kiedy tylko chcesz i podejmiesz decyzję, zorganizujemy to. To jest twój dom”. Taki on był, zachowywał się cudownie wobec mnie. Nigdy tego nie zapomnę.
– Później wybraliśmy datę. To był moment, kiedy organizowano pożegnalne mecze tylko bardzo wyjątkowym zawodnikom. To miało jeszcze większą wartość. Lorenzo powiedział wtedy: „Jesteś jednym z najważniejszych piłkarzy, którzy przeszli przez ten klub”. Powiedziałem mu, że przekażę klubowi 50% wpływów i on był oczarowany. Jego syn zagrał w moim pożegnalnym spotkaniu i był jednym z tych, którzy nosili mnie na swoich ramionach razem z chłopakami z Piątki Sępa. To było coś fantastycznego.
Komentarze (3)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się