Menu
/ Toumek / Klatus

Historyczne Mecze Realu Madryt, część pierwsza

Jako premia - materiały wideo do pobrania

Niniejszym rozpoczynamy nowy cykl na elektronicznych łamach naszego serwisu. Od tej pory co jakiś czas prezentować Wam będziemy opisy historycznych meczów Realu Madryt, czasem pojedynczych, czasem całej serii w ramach danych rozgrywek, a opisy te będziemy ilustrować plikami wideo do pobrania, bo w końcu to właśnie tygrysy lubią najbardziej, czyż nie? Zapraszamy do lektury.

Kiedy w marcu i kwietniu 1955 roku przedstawiona przez dziennikarza "L'Équipe", Gabriela Hanota, propozycja, by zorganizować ogólnoświatowe, a przynajmniej ogólnoeuropejskie mistrzostwa klubów była omawiana na kongresie UEFA, prawdopodobnie mało kto przeczuwał, jak bardzo Real Madryt zrośnie się z tymi rozgrywkami, jak zdominuje pierwsze sezony i że to właśnie Los Blancos będą od początku przez ponad pół wieku najbardziej utytułowaną drużyną w historii Europejskiego Pucharu Mistrzów Krajowych, dzisiejszej Ligi Mistrzów. Wątpliwe, by spodziewał się nawet sam wielki Santiago Bernabéu. Później miało się okazać, że do zaliczenia tak wspaniałej passy potrzebna była jeszcze jedna decyzja Komitetu Wykonawczego UEFA, ale o tym niżej.

Los zrządził, że pierwszego gola w historii strzelił Portugalczyk, gracz Sportingu, João Martins. w meczu z Partizanem. Nam natomiast trafił się genewski Servette FC i już w pierwszym, wyjazdowym spotkaniu - bowiem od inauguracyjnego sezonu stawiano na formułę mecz, rewanż i jedno spotkanie finałowe - wygraliśmy 2:0. Historycznego, pierwszego gola dla Królewskich strzelił Miguel Muńoz (później słynny trener Realu Madryt), a wynik ustalił na minutę przed końcem regulaminowego czasu gry Héctor Rial.

Po spotkaniu rewanżowym w Madrycie okazało się, że nasza drużyna jako jedyna nie straciła gola w pierwszej fazie turnieju - Szwajcarzy ani razu nie zdołali pokonać Juana Alonso, a w stolicy Hiszpanii do wcześniejszych dwóch goli dołożyliśmy dalszych pięć. Wynik otworzył Alfredo di Stéfano w 29. minucie, drugi gol trafił na konto zmarłego w lipcu zeszłego roku Joseíto, kolejne dwa strzelili Rial i Molowny (również późniejszy trener Realu Madryt), a ostatnią bramkę zdobył oczywiście di Stéfano. Była 61. minuta.

We wspomnianym dwumeczu Sportingu z Partizanem na nic się zdał Portugalczykom pierwszy gol - ostatecznie zremisowali 3:3, w Belgradzie przegrali 2:5 i odpadli, a drużyna z Jugosławii trafiła w ćwierćfinale na Los Blancos. Pierwszy mecz rozegrano 25 grudnia 1955 roku w Madrycie, a Partizan stał się pierwszą od chwili zakończenia drugiej wojny światowej drużyną z Europy Wschodniej, która przyjechała do Hiszpanii, rządzonej wówczas przez nienawidzącego komunistów Francisco Franco. Polityczne podteksty na nic się jednak nie zdały - dwa gole Heliodoro Castańosa oraz po jednym Gento i Di Stéfano sprawiły, że ostateczny wynik brzmiał 4:0 i wydawało się, że jest już po wszystkim.

Kiedy 29 stycznia następnego roku drużyny wychodziły na murawę, Stadion Wojska Ludowego tonął w śniegu. Tak niesprzyjające ofensywnemu futbolowi warunki nie przeszkodziły jednak gospodarzom, którzy rozegrali jedno z najsłynniejszych spotkań w historii jugosłowiańskiego futbolu. Niepomni mrozu, sięgającego dziesięciu stopni poniżej zera, gracze Partizana ruszyli do ataku i już w 26. minucie, po strzale Miloša Milutinovicia, zdobyli pierwszego gola. Drugi przyszedł po rzucie karnym wykorzystanym przez Prvoslava Mihajlovicia w pierwszych sekundach drugiej połowy, ale później coś się zepsuło. Milutinović podwyższył co prawda na 3:0, ale do końca meczu pozostawały wówczas trzy minuty. Nie wystarczyło czasu. Real Madryt awansował i mógł spokojnie czekać na zwycięzcę pojedynku Milanu z wiedeńskim Rapidem.

Dzięki wygranej w Mediolanie 7:2 do półfinału weszli Włosi, których jednak prowadziło na murawie trio szwedzkie - Gunnar Gren, Gunnar Nordahl i Nils Liedholm, znani od jakże oryginalnym przezwiskiem Gre-No-Li. W Madrycie Rossoneri zaprezentowali futbol zdyscyplinowany, ale wcale nie defensywny i sprawili Królewskim mnóstwo problemów, ale ostatecznie to nasi wygrali 4:2 dzięki bramkom Riala, Joseíto, Germána Olsena i di Stéfano. W Mediolanie, co nikogo nie zaskoczyło, przegraliśmy, ale minimalnie, bo 1:2 (dla Milanu dwa gole z rzutów karnych strzelił Giorgio Dal Monte) i awans do finału stał się faktem.



Ponieważ wiadomo już było, że ani Real Madryt, ani drugi finalista, Stade de Reims (w półfinale dwa razy pokonali Hibernian FC), nie obronili tytułów mistrzowskich, Europejska Unia Piłkarska zdecydowała, iż zdobywca Pucharu Europy otrzyma prawo występu w następnej edycji rozgrywek, by umożliwić mu walkę o obronę trofeum niezależnie od triumfu - lub jego braku - w lidze krajowej.

Na godziny przed pierwszym gwizdkiem arbitra na paryskim Parku Książąt atmosfera była gęsta - wokół stadionu zgromadziły się tłumy kibiców, którzy zapełnili trybuny do ostatniego miejsca (według oficjalnych danych spotkanie oglądało 38 239 osób), a w momencie, gdy angielski sędzia Arthur E. Ellis rozpoczął spotkanie, nie wszyscy byli jeszcze na miejscach. Widzowie wciąż wchodzili na trybuny, gdy w szóstej minucie Michel Leblond pokonał Juana Alonso, a kiedy cztery minuty później wynik podwyższył Jean Templin, francuscy fani zaczęli szaleć z radości. Ale wynik taki utrzymał się tylko cztery minuty, po których René Jacquet musiał wyjmować piłkę z siatki po uderzeniu Alfredo Di Stéfano, a kiedy zegar pokazał 30. minutę, było już 2:2 - drugiego gola zdobył Héctor Rial.

Szczęściarze, którym dane było obejrzeć finałowy mecz, wspominali jednak, iż dużo bardziej emocjonująca okazała się druga połowa, rozpoczęta bramką Gento, nieuznaną jednak przez pana Ellisa, z którym zresztą kilka lat później mieliśmy mieć daleko większe problemy. Przy bramce Michela Hidalgo nie mogło już być wątpliwości, ale znów radość Francuzów miała trwać tylko kilka minut, bo niedługo wyrównał Marquitos. Charakter Realu Madryt zaimponował znawcom futbolu - ani wtedy, ani dziś nie zdarza się często, że drużyna dwa razy potrafi doprowadzić z powrotem do wyniku remisowego, a podopieczni José Villalongi dali radę. A miało być jeszcze lepiej, gdyż w 79. minucie Héctor Rial raz jeszcze pokonał francuskiego golkipera. 4:3 dla Realu Madryt! I taki rezultat miał pozostać do końca, chociaż dosłownie w ostatnich sekundach strzał rozpaczy oddał Templin. Piłka... trafiła w poprzeczkę. Pan Ellis zagwizdał po raz ostatni. Puchar Europy był nasz!

Ebbe Schwartz, prezes UEFA, był zachwycony sukcesem, jaki odniosły nowe rozgrywki, ale dla nas cenniejsze są inne opinie - bowiem zarówno prezes Stade de Reims, pan Germain, jak i sędzia, pan Ellis, wprost stwierdzili, iż Real Madryt był w tym meczu drużyną lepszą, szybszą, sprawniejszą. Dziennik "France Soir" piłkarzem meczu obwołał Alfredo Di Stéfano. Nie trzeba chyba dodawać, że w Madrycie, na lotnisku Barajas, piłkarzy witano jak bohaterów narodowych.

RM: Juan Alonso; Angel Atienza, Marquitos, Rafael Lesmes, Miguel Muńoz (k), José María Zárraga ; Joseíto, José Ramon Marchal, Alfredo Di Stéfano, Héctor Rial, Francisco Gento SdR: René Jacquet; Simon Zimny, Robert Jonquet (k), Raoul Giraudo; Michel Leblond, Robert Siatka; Michel Hidalgo, Léon Glovacki, Raymond Kopa, René Bliard, Jean Templin

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!