Gdyby przyłożyć ucho tu i ówdzie, po ulicach coraz częściej rozchodzi się wieść, że podobno gdzieś istnieją ludzie twierdzący, iż rozumieją Real Madryt. Wiedzę tę jednak przypłacić mieli szaleństwem. Według części relacji niektórzy zaczęli mówić w niezrozumiałych językach, inni zapisują kolejne strony dziwnych równań, a jeszcze kolejni szkicują ryciny przypominające te z Manuskryptu Wojnicza lub Nekronomikonu. Plotki głoszą również, że ci, którzy zachowali jakiekolwiek oznaki zdrowego rozsądku i chętnie podzieliliby się swoją wiedzą, nie są w stanie opuścić pomieszczeń, w jakich się znajdują. Są one bowiem pozbawione klamek.
Do tego rodzaju doniesień podchodzimy oczywiście z dużym dystansem. My Realu Madryt nie rozumiemy. Nie znamy też nikogo, kto by rozumiał, ani nikogo kto znałby kogoś, kto zna kogoś, kto rozumie. Nawet jeśli potraktować te rewelacje w kategoriach opowieści dziwnej treści, to mimo wszystko – wraz z ostatnim meczem z Romą – skłoniły nas one do kilku refleksji na temat właśnie szaleństwa. Jest to przecież zjawisko tyleż przerażające, co fascynujące. Jakkolwiek patrzeć, nie da się go zrozumieć. Gdyby się dało, nie byłoby już przecież szaleństwem.
Spotkanie z AS Roma niewątpliwie można uznać za szaleństwo w najczystszej postaci. Fabuła tego meczu wymknęła się bowiem wszelkim schematom. Choć była to potyczka zaledwie w ramach fazy ligowej Champions League, mimo wszystko zawierała ona w sobie wystarczająco dużo elementów pozwalających pamiętać o niej nawet po długim czasie. Fundamentem historii starcia w Rzymie jest oczywiście wygrana 4:3 pomimo wyniku 1:3 do 83. minuty. Jej głębia wykracza jednak poza spektakularną pogoń samą w sobie. Nie bez znaczenia są tu również personalia. Spod ziemi w kluczowym momencie znowu wyrósł Carlos Espí, udział przy dwóch golach miał wyciągnięty z dna szafy, a następnie wybrany MVP Endrick, a o wygranej przesądził były gracz Romy, Antonio Rüdiger. Podobny rozwój wypadków byłby w stanie przewidzieć jedynie właśnie ktoś szalony.
Idąc tym tropem, trudno jednak nie zadać sobie pytania, czy w tym szaleństwie jest metoda. I tutaj odpowiedź musi już nas trochę bardziej sprowadzić na ziemię. Pod kątem emocji i dramaturgii w tym konkretnym przypadku jedyna słuszna metoda tkwiła w szaleństwie. O ile jednak szaleństwo czasem łatwo romantyzować, czy wręcz się nim fascynować, o tyle nie można ignorować faktu, że niejednokrotnie powodowane jest ono jakąś wcześniejszą traumą lub wstrząsem.
Takie mecze, jak ten z Romą, są fajne, nawet bardzo. Dostarczają masy rozrywki, a o to przecież chodzi w piłce nożnej. Sęk jednak w tym, że takie mecze zdarzają się rzadko, a codzienna proza futbolu opiera się na czymś zupełnie innym. Jeśli spojrzymy na sprawę nieco chłodniejszym okiem, wnioski pomimo fantastycznej zabawy nie mogą być już tak kolorowe. Bo czy plan na to spotkanie był dobry? Nie. Nie był nawet zły. Był bardzo zły. Niech za najbardziej wymowny fakt posłuży to, że długimi momentami Thibaut Courtois brał się za rozgrywanie częściej niż środkowi pomocnicy. Czy choć przez moment można było powiedzieć, że Real ma mecz pod kontrolą? Mocno wątpliwe. Czy w grze widać było jakiś pomysł? Tutaj także można się spierać. Dość wspomnieć, że pierwszy gol dla Królewskich padł po rykoszecie, a trzy pozostałe po trafieniu jackpota w rzutach rożnych.
Dobra wiadomość jest więc taka, że w dwóch ostatnich spotkaniach drużyna José Mourinho odniosła dwa zwycięstwa. Gorszą natomiast jest to, że w obu przypadkach końcowy efekt zagłuszają inne rzeczy. Konfrontacja z Żółtą Łodzią Podwodną zapamiętana zostanie przede wszystkim z powodu czerwonej kartki Viniciusa za ciągnięcie przeciwnika za włosy. Mecz z Romą z kolei stanowił po prostu anomalię, która także bardzo utrudnia wyciąganie miarodajnych wniosków.
Takie potyczki, jak z Romą są bardzo mile widziane, pod warunkiem że dochodzi do nich przy poczuciu wcześniejszej stabilizacji. Real Madryt natomiast ze stabilizacją nie ma nic wspólnego już od dawna. Nadal nie wiemy, jak ma wyglądać docelowa wersja Królewskich. Na tydzień przed Klasykiem z poukładaną i regularną Barceloną taka wiedza przydałaby się zaś w choć niewielkim zakresie.
W szaleństwie z Rzymu na dłuższą metę nie ma więc metody jako takiej. Z drugiej strony, może jednak okazać się ono cenne w skonstruowaniu jakiegoś motywacyjnego punktu wyjścia. Nawet jeśli pod względem budowania mechanizmów i realizacji założeń taktycznych jest bezużyteczne, to przecież nie można wykluczyć, że końcówka spotkania da nam energetycznego kopa, z którego coś już można wyrzeźbić. Bo temu, że była ona przesiąknięta duchem Realu Madryt, zaprzeczyć akurat nie można. Trudno też zaprzeczyć, że można było już zwątpić, czy duch Realu w ogóle jeszcze tkwi w tym zespole...
Na niewiele może nam się jednak zdać ta świadomość, jeśli w przyszłą niedzielę do ducha Realu Madryt nie dołożymy jeszcze jakościowego futbolu i koncentracji. I jeśli rzecz jasna dziś w konfrontacji z Sevillą po prostu nie zrobimy swojego, tym razem najlepiej bez zwrotów akcji, za to z pełnym przekonaniem, że wiemy, co robimy i dlaczego.
Mecz z Sevillą rozpocznie się dzisiaj o 21:00 na Santiago Bernabéu. W Polsce to spotkanie pokażą CANAL+ Sport i CANAL+ Sport 6 w serwisie CANAL+ Online [współpraca].
Komentarze (4)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.