Wiem, że sądy, w tym Sąd Śledczy nr 1 w Barcelonie, zajmują się znacznie ważniejszymi sprawami, ale dla zdrowia psychicznego i oczyszczenia atmosfery dobrze byłoby, gdyby „sprawa Negreiry” zakończyła się jak najszybciej. Bez względu na wyrok Barça nigdy już nie zmyje tej plamy w oczach opinii publicznej. Ustalenia sądu to jedno, a oczywiste fakty to drugie. Być może w postępowaniu nie uda się udowodnić tego, co stanowi sedno sprawy, ale z punktu widzenia społeczeństwa pewne rzeczy są bezsporne.
Za kadencji czterech prezesów, przez 17 lat, wypłacono ponad siedem milionów euro ludziom skupionym wokół Negreiry, który był wiceprzewodniczącym Komitetu Technicznego Arbitrów. Kiedy przestał otrzymywać pieniądze, wysłał do klubu burofaks, czyli pismo z urzędowym potwierdzeniem doręczenia. Wykazał się przy tym wręcz nieodpowiedzialną nieostrożnością, bo zostawił kolejny ślad na piśmie, poza dokumentacją przelewów. Na dodatek Negreira nie zgłaszał tych wpływów fiskusowi, co czyni całą sprawę jeszcze bardziej szemraną. To Bartomeu wstrzymał płatności, a Laporta wcześniej je podwoił. Gaspart i Rosell dopełniają grono czterech prezesów, którzy za swoich kadencji zatwierdzali wypłaty dla Negreiry.
Wyobrażacie sobie, że wychodzi na jaw, iż PSOE, Partia Ludowa albo rząd kierowany przez którąś z tych partii od 18 lat płaci Marchenie z Sądu Najwyższego, Conde-Pumpido z Trybunału Konstytucyjnego lub ich synom za analizy prawne? Już samo uznanie, że można coś takiego robić, i wyrażenie na to zgody jest czymś poważnym. Podobnie jak wiedza o takim procederze i brak reakcji. To oczywiste, że prezesi Barçy o wszystkim wiedzieli i to akceptowali. Być może obawiali się, że przerwanie płatności mogłoby im zaszkodzić, a być może kierowali się logiką, którą Laporta przedstawił na antenie COPE, próbując częściowo usprawiedliwić całą sprawę: „Real Madryt nie musiał za nic płacić, bo wszystko miał już podane na tacy”.
Intencja była następująca: skoro być może da się w ten sposób zyskać korzystne dla nas wpływy, zapłaćmy albo płaćmy dalej. Ta plama szpeci barcelońskie més que un club i pozostawia bez argumentów setki tysięcy kibiców Barçy, z których drwią znajomi, koledzy czy rywale kibicujący Realowi Madryt. Nie zamierzam łączyć sukcesów tamtej złotej epoki, najlepszego Messiego i całej plejady znakomitych piłkarzy z tezą, że wygrywali mecze i zdobywali trofea dzięki Enríquezowi Negreirze. To niedorzeczne. Tak samo jak przekonanie, że sędziowie zawsze pomagają Realowi Madryt. Sprowadzanie dyskusji do takich uproszczeń świadczy o jej niskim poziomie. Jednego jestem natomiast pewien: medialna siła Barçy i Realu oraz presja, jaką oba kluby potrafią wywierać, w jakimś stopniu wpływają na sędziów na ich korzyść. W znacznie większym niż w przypadku Alavés, Valladolidu czy Levante.
Barça nie może przyznać tego, co oczywiste, bo musi trzymać się przyjętej linii obrony. Czterej prezesi spotkali się zresztą, by uzgodnić wspólną wersję: „Płaciliśmy za raporty sędziowskie”. Problem w tym, że nie zamawiali ich u byłych arbitrów, lecz u urzędującego wiceprzewodniczącego Komitetu Technicznego Arbitrów i jego syna.
Posłużmy się hipotetyczną analogią: naganne byłoby, gdyby rząd płacił za analizy prawne wiceprzewodniczącemu Trybunału Konstytucyjnego i jego synowi, podczas gdy ten sam organ przyznawałby amnestię Puigdemontowi, od którego zależałoby utrzymanie przez rząd większości, a tym samym pozostanie u władzy. Takie działania podważałyby zaufanie do systemu. Nie wolno ich podejmować, zatwierdzać ani akceptować.
Barça nie jest jedną osobą, a jej wizerunek zależy od decyzji ludzi, którzy tylko przez pewien czas nią zarządzają. W oczach społeczeństwa nigdy już nie zmyje tej plamy, niezależnie od ustaleń sądu i wydanego wyroku. Luis Enrique i Valverde zeznali, że nie wiedzieli o istnieniu tych raportów i z nich nie korzystali. Ani oni, ani nikt z ich sztabów. Nie ma więc sensu płacić za coś, czego później nie wykorzystują ci, którzy powinni to robić i dla których te materiały rzekomo powstają: trenerzy Barçy.
Tymczasem Carlos Naval, wieloletni delegat drużyny, zeznał przed sądem, że otrzymywał raporty i przekazywał je sztabowi szkoleniowemu. To ogromna sprzeczność z zeznaniami trenerów. Dlatego dopiero zobaczymy, jakie będą ustalenia sądu. Nawet Gerard López stwierdził w wywiadzie dla Onda Cero, że jako trener rezerw również otrzymywał te materiały i uważał je za niezwykle przydatne. Teraz będzie musiał zeznawać w sądzie.
Mamy tu zatem trzy płaszczyzny:
Społeczną: wyrok jest już prawomocny i jednoznaczny.
Prawną: na rozstrzygnięcie trzeba poczekać.
UEFA.
UEFA ma własne przepisy i od 2023 roku, kiedy sprawa wyszła na jaw, podchodzi do niej bez pośpiechu. Niezależnie od rozstrzygnięć hiszpańskich sądów może wydać własną decyzję na podstawie artykułów 4.02 i 4.04 swojego regulaminu. To osobna kwestia, czy zechce poczekać na wyrok. Gdyby chciała, mogłaby zadziałać wcześniej, a jej inspektorzy wiedzą o sprawie już od trzech i pół roku.
Barça obawia się przede wszystkim czasowego wykluczenia z Ligi Mistrzów. Obecne postępowanie przeciwko City nie będzie działać na korzyść Katalończyków, nawet jeśli to wewnętrzna sprawa Premier League. Do „sprawy Negreiry” dochodzą jeszcze pozorne dźwignie finansowe. Klub ma ujemny kapitał własny i został już ukarany przez UEFA grzywną w wysokości 15 milionów euro, z ostrzeżeniem, że jeśli nie poprawi sytuacji finansowej, spotkają go surowsze sankcje. Właśnie wykonał kolejną księgową akrobację, by spełnić te wymagania.
Na poziomie politycznym Barça przez lata stała po przeciwnej stronie niż UEFA. Był to okres jej romansu z Florentino i Superligą. Teraz wysiadła z tego pociągu, a Florentino, kierując się wyraźnie własnym interesem, stał się przed UEFA zagorzałym oskarżycielem Barçy w „sprawie Negreiry”. Robi to jednak dopiero teraz, bo po wycofaniu się Laporty z Superligi czuje się przez niego wyprowadzony w pole i zdradzony. UEFA z pewnością ma ochotę odegrać się na Florentino. Jednocześnie świadomość, że nie ma przeciwko sobie Realu Madryt jako klubu, pozwala jej odetchnąć.
W tym tygodniu temat odżył, bo sama UEFA poinformowała, że otrzymała słynne dossier Florentino dotyczące Negreiry. Ten komunikat nie był konieczny. Odbieram go jako próbę pogłaskania Realu Madryt, pokazania, że traktuje się go poważnie, ze świadomością, jak bolesnym ciosem dla Florentino była bezwarunkowa kapitulacja w sprawie Superligi. Sędzia prowadząca postępowanie w Barcelonie nie zgodziła się też na przedłużenie śledztwa o kolejne sześć miesięcy, o co zabiegał Florentino.
Nie zapominajmy, że Tebas zareagował w tej sprawie znacznie szybciej i bardziej stanowczo niż Florentino, podejmując kroki prawne przeciwko Barcelonie. Sześć dni po ujawnieniu „sprawy Negreiry”, 20 lutego 2023 roku, La Liga zawiadomiła prokuraturę w Barcelonie. Ta 10 marca skierowała sprawę do sądu. Dopiero dwa dni później, a półtora miesiąca po La Lidze, do postępowania przystąpił Real Madryt. Zrobił to jednak dlatego, że dalsze siedzenie z założonymi rękami byłoby już kompromitujące. Wtedy wciąż trwała miłość między oboma klubami. Florentino ruszył z pełną siłą dopiero teraz, po zdradzie Laporty w sprawie Superligi. Wcześniej, w samym środku tego romansu, prezes Realu odpowiedział nawet jednemu z socios domagającemu się zerwania relacji z Barceloną: „…z Barçą trzeba dobrze żyć, to nasi przyjaciele i wzajemnie się potrzebujemy, choć na boisku jesteśmy rywalami”.
Bardziej ciekawi mnie ostateczne rozstrzygnięcie UEFA niż wyrok sądu. Z tych samych powodów, którymi obecnie zajmuje się Premier League, UEFA już w lutym 2020 roku nałożyła na City 30 milionów euro grzywny i wykluczyła klub z dwóch edycji Ligi Mistrzów. Jednak w lipcu tego samego roku TAS, czyli odpowiednik hiszpańskiego TAD na szczeblu międzynarodowym, uchylił obie kary, uzasadniając to tym, że „nie było wystarczających, rozstrzygających dowodów, a część naruszeń uległa przedawnieniu”.
Komentarze (5)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.