Nie wiem jak wy, ale ja chciałbym usłyszeć od Pepa Guardioli coś więcej. „Legenda” Manchesteru City (w tym felietonie będę dość często używał cudzysłowu) była podczas swojej pracy w klubie wychwalana jako „najlepszy trener świata”, „wizjoner” i człowiek, który „wszystko, czego dotknie, zamienia w złoto”. Teraz wiemy (i brawa dla Premier League za prowadzenie tej sprawy bez strachu i bez taryfy ulgowej), że przez kluczową część tego okresu prowadził drużynę opartą na oszustwie, finansowaną za pomocą fikcyjnych umów i pieniędzy przepuszczanych przez fasadowe spółki, w czasach, które musimy teraz określić mianem epoki oszustwa.
Czy „wielki człowiek” wiedział, co się dzieje? Czy wiedział, że jego klub wydał aż 129,6 miliona funtów w ramach „ukrytych wydatków” w sezonie 2016/2017, 134,7 miliona w sezonie 2017/2018 oraz różne inne kwoty w okresie objętym sprawą (choć skąd możemy mieć pewność, że ten proceder nie trwał dalej, skoro klubem kierowali ci sami właściciele, przypuszczalnie stosujący te same metody i skoro sami nadal utrzymują, że nie zrobili nic złego), co łącznie dało około 900 milionów funtów?
Cóż, wydaje mi się (możecie zarzucić mi nadmierne upraszczanie), że są dwie możliwości. Albo Pep wiedział, a zatem nie jest ani legendą, ani wizjonerem, lecz oszustem. Albo nie wiedział, a zatem jest największym ślepcem, jaki kiedykolwiek nadzorował budżet transferowy. Przecież daleko mi do specjalisty od wykrywania oszustw księgowych, a jednak od ponad dekady podważam finansowe machinacje City, mimo regularnych wyzwisk i gróźb. Pep niczego nie widział? Czy on jest ślepy?
Oczywiście istnieje trzecia możliwość, być może najbardziej rzucająca się w oczy, gdy patrzymy na to, co zostało z reputacji Guardioli – hipokryzja. Ludzie od lat obserwujący Pepa opowiedzą wam o jego niemal nadprzyrodzonej zdolności do obnoszenia się ze swoją wrażliwością moralną przy niemal każdym temacie, z czymś, co można opisać jedynie jako mistrzowskie wykorzystanie zmarszczonego czoła, błagalnego spojrzenia szczeniaka w stylu [premiera] Andy’ego Burnhama i głosu niemal załamującego się pod ciężarem własnych moralnych skrupułów.
Niewiele tematów uniknęło takiego potraktowania przez Guardiolę. Gaza? W przemówieniu z czerwca 2025 roku powiedział, że cierpienie w tej enklawie „sprawia, że boli mnie całe ciało”. Sudan? Regularnie mówił o swoim przerażeniu obrazami napływającymi z tego umęczonego regionu. Prawa człowieka? „Matka Teresa z Etihad” powiedziała, że powinniśmy „walczyć” w ich obronie. Często mówił też o naszych obowiązkach wobec imigrantów, stwierdzając, że „świat, który nie ratuje, jest światem, który tonie”.
Ale czy (i tutaj nazwiecie mnie cynikiem) był w pełni szczery? Wyrażał współczucie czy również sporą dawkę czegoś innego, którego określenie zaczyna się od „pierdo…”? Pewien dziennikarz miał czelność skonfrontować Pepa z niewygodnym pytaniem, gdy ten emocjonalnie opowiadał o katalońskich separatystach przetrzymywanych w areszcie tymczasowym, na znak solidarności z którymi zaczął również nosić żółtą wstążkę. Ej, a co z niesłusznie więzionymi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, takimi jak Ahmed Mansoor, działacz, którego wieloletnie pozbawienie wolności ONZ określiła mianem „bezpośredniego ataku na zgodną z prawem działalność obrońców praw człowieka”? Gdy Guardiola mrugał niczym zwierzę oślepione światłami reflektorów, my nagle doznaliśmy olśnienia. Na jego twarzy widać było pracę myśli. Jego złożony umysł analizował te ustawienia taktyczne, które nazywamy wciskaniem kitu. I powiedział: „Każdy kraj sam decyduje, jak chce żyć”. Oto więc odpowiedź: niesłuszne pozbawienie wolności ma znaczenie tylko wtedy, gdy dotyczy kogoś spoza kraju twoich pracodawców. Ten brodaty pomnik hipokryzji ani razu nawet nie wspomniał o prawach człowieka w ZEA, ciężkim losie pracowników imigrantów czy roli Emiratów w domniemanym uzbrajaniu rebelianckich oddziałów paramilitarnych w Sudanie, czyli miejscu, na którym podobno tak bardzo mu zależy.
W psychologii istnieje pojęcie dysonansu poznawczego. Napisałem kiedyś o nim książkę, opisując umysłowe wygibasy, do których ludzie są zdolni, by chronić własne interesy. Guardiola musi teraz zająć szczególne miejsce w tej literaturze jako człowiek, który stał na czele drużyny klubu kierującego się filozofią wybielania wizerunku poprzez sport i stosującego doping finansowy, a którego najważniejszy pracownik – sam Guardiola – pielęgnował wizerunek sportowego artysty i humanitarysty. W środę zabrnął jeszcze głębiej w dół, który sam sobie wykopał, publikując zdjęcie w objęciach Khaldoona Al Mubaraka i zapewniając, że zawsze będzie stał za „moim właścicielem, moim prezesem, sztabem”. Nazwałbym to brakiem wstydu, ale Guardiola już dawno przekroczył tę granicę.
Najbardziej inspirujący trener wszech czasów? Dajcie spokój. Bob Paisley zdobył 6 mistrzostw angielskiej ekstraklasy, chodząc w rozpinanym swetrze. Jock Stein wygrał Puchar Europy z zespołem złożonym wyłącznie z zawodników urodzonych w promieniu 30 mil od Celtic Park. Claudio Ranieri wygrał Premier League z Leicester City wbrew wszelkim przeciwnościom. Guardiola jest bez wątpienia znakomitym taktykiem, który odnosił sukcesy w wielu klubach, ale bądźmy szczerzy: jego dorobek zawsze będzie oceniany przez pryzmat okresu na Etihad, kiedy za panującą tam „magią” stał nie trener, lecz księgowi.
Może brzmi to jak rozgoryczenie, ale co innego można czuć? Kibice powinni być rozgoryczeni. Jako bezstronny widz oglądałem moment „Agüeroooo” [gola Kuna na wagę mistrzostwa w doliczonym czasie gry] i przeżywałem go z zachwytem, ale teraz obrócił się on w pył. W nic poza pyłem. Ci kombinatorzy i cwaniacy nie tylko oszustwem utorowali sobie drogę do wielu tytułów, lecz także unicestwili całą tkaninę naszej zbiorowej pamięci. Ci, którzy zaplanowali to oszustwo, umożliwili je lub po prostu przymykali na nie oczy – nie tylko Pep, ale też groteskowy Roberto Mancini, prawnicy, audytorzy i cała reszta tego długiego korowodu zakłamania – splamili nie tylko futbol, ale również wszystkich, którzy angażują w niego swoje emocje.
Właściciele zapewniają o swojej niewinności. Bez wątpienia będą przeciągać tę sprawę. Być może zostaną jeszcze oczyszczeni z zarzutów w postępowaniu odwoławczym. Wątpię jednak, by ktokolwiek kiedykolwiek znów patrzył tak samo na nich lub na klub. Pozwólcie, że raz jeszcze wyrażę uznanie dla Premier League i jej szefa Richarda Mastersa: był to trudny proces, pełen pułapek, ale cokolwiek wydarzy się dalej, wiedzcie, że zdecydowana większość rozsądnie myślących ludzi uważa, że postąpiliście słusznie. Wasza postawa wymagała odwagi i zdolności przywódczych. Teraz doprowadźcie sprawę do końca, domagając się surowych sankcji, bo inaczej jaki był w tym wszystkim sens?
Chciałbym jednak usłyszeć od Pepa coś więcej niż jeden wpis na Twitterze. Jego jedyną szansą na odkupienie win jest zdobycie się na od dawna należną szczerość w sprawie oszustwa, którego był częścią. Nic innego nie wystarczy. Koniec z unikami. Koniec z wmawianiem ludziom, że rzeczywistość wygląda inaczej. W przeciwnym razie zawsze będzie go prześladował ogromny dysonans poznawczy – i niemała pogarda.
Komentarze (14)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.