Każdy prawdziwy muzułmanin choć raz w życiu powinien odwiedzić Mekkę. Każdy prawdziwy chrześcijanin przynajmniej raz do roku w okresie wielkanocnym powinien udać się do spowiedzi. Każdy prawdziwy Polak powinien natomiast choć raz oddać się lekturze książki „Robert Lewandowski. Pogromca Realu”.
A teraz wyobraźcie sobie świat, w którym książka ta nigdy by nie powstała. Wystarczyło bowiem, by sędzia Craig Thomson nie potrzebował akurat psa przewodnika w dniu rewanżowego starcia Borussii Dortmund z Málagą. Niemcy gola na wagę awansu do półfinału Ligi Mistrzów strzelili w doliczonym czasie gry po trafieniu Felipe Santany z ewidentnego spalonego. Trudno nie zastanawiać się, co by się wydarzyło dalej, gdyby arbiter podjął właściwą decyzję i gola nie uznał.
Czy Real Madryt sięgnąłby po dziesiąty Puchar Europy szybciej, jeszcze za Mourinho?
Czy Robert Lewandowski strzeliłby pięć goli w dziewięć minut z Wolfsburgiem?
Czy Málaga rzeczywiście stałaby się europejską potęgą?
O ile dwa pierwsze pytania jak najbardziej zachęcają do zanurzenia się w efekcie motyla, o tyle to ostatnie jest raczej dowodem, że nawet ów efekt pomimo teoretycznie nieograniczonego pola możliwości czasami może zderzyć się ze ścianą. Z Málagą w razie awansu do półfinału Ligi Mistrzów w sezonie 2012/13 w przyszłości wciąż najprawdopodobniej wydarzyłoby się bowiem dokładnie to samo, co wydarzyło się w rzeczywistości.
Kiedy w 2010 roku szejk Abdullah bin Nasser Al Thani kupił Málagę, dość szybko można było uwierzyć, że w hiszpańskiej piłce wyrośnie nowa potęga. Członek katarskiej rodziny królewskiej nie tylko zajął się uregulowaniem wcześniejszych zobowiązań finansowych, lecz także bardzo szybko zaczął inwestować miliony euro w transfery. Wiele wskazywało na to, że wkrótce na naszych oczach narodzić może się jeden z pierwszych klubów, które w późniejszych latach nazywane będą klubami-państwami. Drużynę zasilili między innymi tacy gracze, jak Santi Cazorla, Toulalan, Joaquín, Júlio Baptista, Nacho Monreal, Isco, czy Ruud Van Nistelrooy, który akurat już powoli zawijał do bazy, ale mimo wszystko zasługuje na wzmiankę.
Sam początek, czyli sezon 2010/11 stał jednak pod znakiem budowania fundamentów, co pomimo zaledwie 11. pozycji w La Lidze w pewien sposób uwiarygadniało bardziej długofalową wizję nowego właściciela. Zwłaszcza że w roli trenera zatrudniono zwolnionego nieco wcześniej z Realu Madryt Manuela Pellegriniego. Prawdziwy przełom nadszedł latem 2011 roku, gdy katarski szejk wydał na transfery niemal 60 milionów euro. Tempo, w jakim Málaga zaliczała od tamtego momentu sportowy progres, w żaden sposób nie zwiastowało tego, że ekipa z południa Hiszpanii zaliczy za niedługo jeden z najbardziej spektakularnych futbolowych zjazdów w tym tysiącleciu. Jeden z najbardziej spektakularnych i zarazem najbardziej zagadkowych. Do dziś bowiem nie wiadomo, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodziło.
W rozgrywkach 2011/12 Málaga zajęła 4. miejsce w lidze, co oznaczało jedno – walkę o Ligę Mistrzów. W tym momencie zaczyna się najdziwniejsza część tej historii. Podczas gdy na zewnątrz wydawało się, że przejęcie klubu przez Al Thaniego było niczym złapanie Pana Boga za nogi, w środku sytuacja nie wyglądała już tak różowo. Szejk co prawda początkowo nie szczędził grosza, a transfery Cazorli czy Isco w pełni pokrył Katar, ale z drugiej strony nie zamierzał robić za studnię bez dna. Pieniądze Al Thaniego wydawane były w tempie znacznie szybszym, niż klub był w stanie je zarobić.
Al Thani, który jeszcze przed chwilą wydawał pieniądze, jak szalony, w momencie największego sukcesu i mając w perspektywie grę w Europie, zakręcił kurek. Cazorla i Monreal tak szybko, jak przyszli, równie szybko odeszli. Cały paradoks tej sytuacji polegał na tym, że pomimo niewydania choćby eurocenta na wzmocnienia w lecie 2012, Málaga i tak awansowała do Ligi Mistrzów, a następnie dotarła aż do wspomnianego we wstępie ćwierćfinału, z którego w skandalicznych okolicznościach została okradziona z awansu.
Jakkolwiek bolesne było odpadnięcie z Borussią, można było jeszcze mieć nadzieję, że ten projekt ma sens. Andaluzyjczycy w lidze zajęli 6. miejsce, co wciąż miało im dawać prawo do gry w europejskich pucharach. No właśnie – miało. Ale nie dało, o czym za moment. Klub pozbył się wszystkich wartościowych zawodników. Doszło do rozbiórki praktycznie całego projektu. Przedsięwzięcie było z założenia uzależnione od finansowania przez jedną osobę. Gdy Al Thani inwestował swoje pieniądze, klub święcił historyczne triumfy. Kiedy jednak przestał, problemy ekonomiczne uderzyły z pełną siłą. Dlaczego szejk postanowił niemal z dnia na dzień porzucić wizję budowy nowej hiszpańskiej potęgi? To jest właśnie pytanie, na które do dziś nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Zwłaszcza że kurek z pieniędzmi zakręcił w momencie, gdy realizacja planu zdawała się znajdować na jak najlepszej drodze.
Najbardziej banalnym przypuszczeniem jest to, że Al Thani po prostu szybko się znudził. Nie brakuje też jednak domysłów dotyczących tego, że Katarczyk, kupując Málagę, miał w tym wszystkim tak naprawdę jakieś inne ukryte cele. Prokuratura zaczęła zresztą interesować się przepływem pieniędzy z klubu. Miały one być wyprowadzane do podmiotów związanych z rodziną właściciela. Tak czy inaczej, faktem pozostaje, że wcześniej władował naprawdę olbrzymie środki nie tylko we wzmocnienia, lecz także rozwój infrastruktury. Trudno więc uczciwie stwierdzić, dlaczego Al Thani wycofał się w równie gwałtowny sposób i to w kluczowym momencie. Pełnego obrazu jego motywacji nie uzyskaliśmy do dziś.
W sezonie 2013/14 pomimo sportowego awansu Málaga przez zaległości finansowe została wykluczona z udziału w Lidze Europy. Następnie zaś model oparty na sprzedawaniu piłkarzy i zaciskaniu pasa, by tylko jakkolwiek utrzymać się na powierzchni, działał do sezonu 2017/18, gdy drużyna spadła na zaplecze hiszpańskiej ekstraklasy. W ciągu zaledwie pięciu lat klub przeszedł więc drogę od ćwierćfinału Ligi Mistrzów do gry w Segunda División. W 2023 roku natomiast zeszła jeszcze piętro niżej. W międzyczasie, w 2020 roku, sąd zapobiegawczo pozbawił Al Thaniego prawa rządzenia klubem wskutek postępowań dotyczących między innymi nieuczciwego zarządzania, prania pieniędzy i przywłaszczeń. Co w tym wszystkim najciekawsze, formalnie wciąż pozostaje on jednym z właścicieli Málagi, choć bez żadnego prawa decydowania o jego funkcjonowaniu.
Dziś, po ośmiu latach tułaczki, Andaluzyjczycy wracają do La Ligi już jako klub działający w skromny, ale o wiele bardziej poukładany sposób. Model zarządzania jest stabilny i rentowny, bez życia ponad stan. Za Al Thaniego Málaga miała pieniądze, ale nie miała stabilnego modelu finansowego. Po odsunięciu Al Thaniego klub nie miał wielkich pieniędzy, ale nauczył się funkcjonować w ramach swoich możliwości.
Kibice Andaluzyjczyków zapewne wspominają z rozrzewnieniem grę w Champions League, ale ciekawi jesteśmy, czy naprawdę uważają, że było to warte wszystkiego tego, co działo się potem. Za wszystkie te piękne wspomnienia zapłacili bowiem tułaczką po trzecioligowych pastwiskach ledwie dekadę później.
Legendą obrosły słowa José Mourinho, który stwierdził kiedyś, że nigdy nie odszedłby do Málagi jak Pellegrini. Choć słowa te w pewnym momencie wydawały się kiepsko starzeć, dziś można powiedzieć, że do Málagi nie poszedłby ani Portugalczyk, ani Chilijczyk.
Mecz z Málagą rozpocznie się o 17:00 na Santiago Bernabéu. W Polsce spotkanie będzie można obejrzeć na CANAL+ SPORT 2 w serwisie CANAL+ Online.
Komentarze (5)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.