REKLAMA
REKLAMA

Sztuka upadania

Jak spadać, to z wysokiego konia?

REKLAMA
REKLAMA
Sztuka upadania
Widok na stadion Schalke w maju 2026 roku. (fot. Getty Images)

Schalke – Real Madryt: Przewidywany skład

Dumnie i wzniośle brzmi stwierdzenie, że nieważne, ile razy upadniesz, lecz to, ile razy się podniesiesz. W motywowaniu kogoś takimi górnolotnymi hasłami nie ma zresztą nic złego. Ktoś, kto je głosi, zazwyczaj chce przecież jak najlepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że istnieją upadki i upadki. Po niektórych wystarczy przekląć pod nosem, otrzepać się i iść dalej. Gorzej jednak, gdy wpadasz w bagno, masz na sobie betonowe buty, stoi nad tobą ktoś z elektrycznym pastuchem, a kiedy już nawet uda się wrócić do pozycji pionowej, klątwa sprawia, że trafia w ciebie piorun. W takich okolicznościach hasła motywacyjne potrafią brzmieć co najwyżej jak ponury żart.

REKLAMA
REKLAMA

Upadki zalicza każdy. Real Madryt nie jest tutaj wyjątkiem. Ostatni sezon pokazał, że nawet tak wielka instytucja nie zawsze podnosi się z kolan od razu. Wciąż jednak zdecydowanie łatwiej dokonać tego, gdy na upadek składa się wicemistrzostwo i ćwierćfinał Ligi Mistrzów, a w klubowej kasie jest budżet, dzięki któremu możesz pozwolić sobie na zatrudnienie całego sztabu wykwalifikowanych fachowców mającego zażegnać sytuację kryzysową. Nawet jeśli w zeszłym sezonie ostatecznie się to nie udało, to mimo wszystko możemy być w miarę pewni, że powrót na właściwe tory jest u nas jedynie kwestią czasu.

Istnieją jednak upadki zupełnie innego kalibru, jak ten naszego dzisiejszego rywala. Nie będzie przesadą, że chyba tylko Leicester City w ostatnich latach zaliczyło brutalniejszy zjazd niż Schalke 04. Droga, jaką w ciągu minionych ośmiu sezonów przebył klub z Gelsenkirchen, wydawać się może wręcz niedorzeczna. Praktycznie wszystko, co mogło wyjść, źle, wyszło źle, a jedna z najbardziej rozpoznawalnych niemieckich marek piłkarskich wylądowała na dnie futbolowego Rowu Mariańskiego. A przecież, przynajmniej z wierzchu, nic na taki obrót wypadków nie wskazywało. Diabeł jednak, jak to zazwyczaj bywa, tkwił w szczegółach.

REKLAMA
REKLAMA

Efekt domina rozpoczął się niewinnie, bo od nieumiejętnego zarządzania sukcesem z kampanii 2017/18, kiedy to Schalke zdobyło wicemistrzostwo Niemiec. W kolejnym sezonie drużyna zdołała wyjść z grupy w Lidze Mistrzów, gdzie w 1/8 odpadła z Manchesterem City, co akurat wielkim zaskoczeniem być nie mogło (choć porażka w rewanżu 0:7 raczej średnio przystoi). Problemem była jednak postawa w lidze, którą zespół zakończył dopiero na 14. miejscu.

Jak miało się jednak okazać, największy wstrząs miał dopiero nadejść. Sezon 2019/20 można uznać za kluczowy moment genezy upadku Schalke. Był on tym bardziej bolesny, że pozornie wydawać się mogło, iż 14. lokata z poprzedniej kampanii była jedynie splotem nieszczęśliwych zdarzeń. Przez długi czas ekipa z Zagłębia Ruhry wydawała się raczej jednym z kandydatów do gry w europejskich pucharach. Wszystko jednak zmieniła epidemia chińskiego wirusa. Po powrocie na boisko najpierw potężne lanie 0:4 od Borussii, a następnie brak choćby pojedynczego zwycięstwa aż do końca rozgrywek. Efekt? 12. miejsce w Bundeslidze. Do tego zaś, początek poważnych problemów finansowych.

Pandemia plus wysokie kontrakty, za którymi nie szła piłkarska jakość, sprawiły, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Klub chciał funkcjonować na tych samych zasadach, co aspirujące do czegoś więcej europejskie zespoły, ale po prostu brakowało mu podstaw do tego, by wychodzić z podobnego założenia. Nie pomógł też na pewno fakt, że po inwazji Rosji na Ukrainę trzeba było zerwać umowę z głównym sponsorem, czyli Gazpromem.

REKLAMA
REKLAMA

Zarząd w zaistniałych okolicznościach zwyczajnie zgłupiał. W Schalke zapanowała prawdziwa organizacyjna panika, za którą szły kolejne desperackie ruchy oraz hurtowe zatrudnianie nowych trenerów. Swobodnego spadania nie dało się już jednak w żaden sposób zatrzymać. Królewsko-Niebiescy zanotowali jeden z najgorszych sezonów w historii Bundesligi. Przez całe rozgrywki wygrali jedynie trzy mecze i z hukiem spadli na zaplecze. Jeden z najbardziej renomowanych niemieckich klubów sięgnął bruku.

W scenariuszu filmowym historia ta zaczęłaby teraz do samego końca opowiadać o niezłomności, sile ducha, wierze i pięknej odbudowie. I do pewnego momentu rzeczywistość faktycznie poszła za tym wątkiem. Przyszedł nowy dyrektor sportowy, klub zaczął ciąć koszty, a na boisku z każdym meczem zgadzało się coraz więcej. W rezultacie już po roku drużyna z Gelsenkirchen wróciła na najwyższy szczebel rozgrywkowy. Tu sielanka się kończy, a brutalna rzeczywistość znowu daje o sobie znać. Schalke wróciło bowiem tylko po to, by… rozmontować zespół, który wywalczył awans i po roku znowu spaść. Tym razem już nie na rok, lecz na trzy lata.

Choć główną misją znów był rzecz jasna jak najszybszy powrót do elity, to jednak wyciąganie konstruktywnych wniosków nie okazało się najmocniejszą stroną działaczy. Zamiast walki o Bundesligę w pewnym momencie trzeba było przeformułować cel na uniknięcie spadku. O ile aż tak spektakularnej katastrofy koniec końców udało się uniknąć, o tyle w następnym sezonie okazało się, że – o dziwo – samo afirmowanie awansu wciąż nie wystarcza, by wskoczyć szczebel wyżej. Kolejna przebudowa, kolejne nietrafione pomysły, kolejne zmiany trenerów i, co za tym idzie, kolejny raz 14. miejsce na zapleczu.

REKLAMA
REKLAMA

Nieraz się mówi, że człowiek jest jedynym zwierzęciem, które potrafi się potknąć dwa razy o ten sam kamień. W końcu jednak nawet i on zapamięta, gdzie ów kamień leży i nauczy się, co zrobić, by wreszcie go ominąć. W poprzednim sezonie działacze doszli wreszcie do słusznego wniosku, że zamiast chaotycznego działania i próbowania robienia wszystkiego naraz, być może należy postawić na stabilność i większy spokój. Twarzą tego nowego podejścia był Miron Muslić, czyli trener, który nareszcie umiał stworzyć zespół poukładany, grający na większej intensywności, zorganizowany i o odpowiednim mentalu. Awans do Bundesligi na koniec minionego sezonu był tak naprawdę pochwałą wszystkiego tego, czego brakowało w Schalke od bardzo dawna.

Największym wyzwaniem na najbliższy czas będzie zaś tylko i aż to, by w Gelsenkirchen znów nie dostali po kilku miesiącach małpiego rozumu. Jakkolwiek patrzeć, w towarzyskim meczu z Realem Madryt bardziej niż zakurzona potęga Bundesligi mierzy się dziś po prostu beniaminek niemieckiej ekstraklasy.


Sparing z Schalke rozpocznie się o godzinie 17:00. W Polsce będzie można obejrzeć go w MEGOGO oraz na Real Madrid TV.

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (1)

REKLAMA