– Widziałem już skomplikowane sprawy, ale o kulisach zbliżającego się transferu Yana Diomandé do Realu Madryt można byłoby nakręcić film. Jak wiecie, toczy się kilka postępowań sądowych dotyczących między innymi jego praw do wizerunku i reprezentowania zawodnika, co zniechęciło już niektóre europejskie potęgi. Żeby dać wam pierwsze wyobrażenie: przez ostatnie dwa lata Diomandé pięciokrotnie prosił o zmianę agenta. I to nawet bez uwzględnienia licznych pośredników, którzy próbowali się wcisnąć do tej sprawy, oraz ludzi, którym płacono właśnie za przejęcie zawodnika. To była prawdziwa wojna. Pozostaje też mnóstwo innych pytań. Dlaczego zawodnik, który miał przenieść się do Olympiakosu, należąc domyślnie do Nottingham Forest, z dnia na dzień uciekł z Grecji, nie pojawił się na badaniach medycznych i ostatecznie trafił do Hiszpanii? Dochodzi do tego sytuacja rodzinna jego mentora, Deza Bamby, oraz wszystkie otaczające ich konflikty. I wreszcie: jak to możliwe, że piłkarz, który był niemal jedną nogą w Liverpoolu, a kontakty od wielu miesięcy były bardzo zaawansowane, został nagle zatrzymany przez swoich nowych agentów z Roc Nation? Powiedzieli: „Nie, poczekamy”. Czy stały za tym względy sportowe, ekonomiczne, czy może znacznie bardziej tajemnicze i ukryte interesy?
– Wyruszcie więc dzisiaj ze mną w podróż przez prawdziwą historię Yana Diomandé. Śladami jednego z najbardziej utalentowanych zawodników swojego pokolenia, który zawrócił w głowie wszystkim europejskim skautom, ale niestety również prawnikom. Dla przejrzystości, zanim przejdziemy do sedna: to śledztwo opiera się na rozmowach z ponad 20 różnymi źródłami. Bardzo trudno było mi ustalić, co jest ostateczną prawdą, a co fałszem, ze względu na przepisywanie historii, które obserwujemy w ostatnich miesiącach, szczególnie za sprawą nowych agentów zawodnika.
– Zanim jednak o tym opowiemy, wróćmy do początku. Yan Diomandé pochodzi z Abidżanu, z Yopougon, jednej z 13 gmin tej iworyjskiej metropolii, a dokładniej z dzielnicy Sicogi. Jego ojciec szybko powierzył stery kariery syna człowiekowi o nazwisku Dez Bamba, który pochodził z tej samej dzielnicy co on. Na samym początku Yan Diomandé grał w akademii, która nie była oficjalna ani zrzeszona w federacji piłkarskiej. Była to jedna z wielu osiedlowych akademii, jakie można zobaczyć w Afryce. Wydaje mi się, że nosiła nazwę Étoile Filante i znajdowała się właśnie w Yopougon. Później odbyło się kilka testów. Ojciec znał reputację Deza Bamby, który pracował trochę w show-biznesie i świecie kultury, a wcześniej często podróżował między Europą a Afryką. W pewnym momencie był nawet mecenasem, więc cieszył się pewną renomą. Obaj bardzo dobrze się znali, doszli więc do porozumienia i Yan Diomandé trafił do tej akademii. Wszystkie relacje wskazują, że już jako dziecko posiadał szalony talent, ale czasami miał problemy z panowaniem nad emocjami na boisku. Bywał impulsywny. Trzeba było trochę oszlifować jego talent. Rodzina pochodząca z dość skromnego środowiska powierzyła zatem przyszłość chłopca Dezowi Bambie, którego prawdziwe nazwisko brzmi Boubakar Bamba. Jego akademia, nazywana akademią Deza Bamby, przyjmowała wiele dzieci. Dla Yana Diomandé stała się niemal drugim domem, zwłaszcza że jego sytuacja rodzinna nie należała do najłatwiejszych. Jego ojciec został uwięziony we Francji między innymi za różnego rodzaju kradzieże, a pozostali członkowie rodziny mieli problemy zdrowotne. Dez Bamba w pewnym sensie wypełnił więc pustkę i stał się dla Yana Diomandé kimś w rodzaju przybranego, takiego duchowego ojca [my nazywamy go w naszym tłumaczeniu mentorem - dop. red]. Za każdym razem, kiedy Yan mówił: „Zapytaj tatę”, „Zapytaj mojego ojca” i tak dalej, odnosił się właśnie do Deza Bamby.
– Później organizowano kilka turniejów, na które zapraszano zawodników z różnych akademii w Abidżanie. Jeden z nich zorganizował Mark Benson, o którym będziemy mieli jeszcze okazję porozmawiać. Yan Diomandé został zaproszony na ten turniej rozgrywany na stadionie Champroux, chyba w dzielnicy Marcory w Abidżanie. Pojawiło się tam kilku skautów. Szczególnie zainteresowany był Alex Mofo, który pracował dla organizacji o nazwie Rainbow. To grupa działająca między innymi w Afryce. Wydaje mi się, że jej siedziba znajduje się w Republice Południowej Afryki, ale działa również w Kamerunie i innych krajach. Razem z partnerami realizowała globalny projekt polegający na wyszukiwaniu młodych afrykańskich talentów, a następnie szkoleniu ich poza ojczyzną, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, gdzie miała swoich współpracowników. Po pewnym czasie Alex Mofo, przekonany o potencjale zawodnika, powiedział: „Dobrze, musimy go pozyskać”. Wiązało się to oczywiście z pewnymi kosztami i negocjacjami. Planowano zabrać chłopca do Stanów Zjednoczonych, więc trzeba było załatwić wizę, stypendium i wszystkie pozostałe formalności. Jednocześnie Diomandé miał odgrywać niemal rolę starszego brata dla córki Alexa Mofo, która również tam przebywała. W pewnym sensie był więc postrzegany jako jej starszy brat. Dołączył do struktury Rainbow, która współpracowała z Dezem Bambą i miała wspierać go w prowadzeniu kariery.
– Zawodnik wyjechał do Stanów Zjednoczonych w wieku 15–16 lat. Załatwiono mu wizę i wszystkie formalności na dwa lata. Wydaje mi się, że każdego roku organizacja płaciła od 40 do 45 tysięcy dolarów za jego edukację i udział w programie treningów piłkarskich. Była to zatem prawdziwa szansa. Rodzina była zadowolona. Tak rozpoczęła się kariera Yana Diomandé i w ten sposób w tak młodym wieku znalazł się w Stanach Zjednoczonych. Mijały kolejne miesiące i ogólnie wszystko układało się dobrze. Adaptacja, tęsknota za krajem i tym podobne rzeczy oczywiście nie były łatwe, ale nad zawodnikiem czuwało wiele osób. Stworzono wokół niego całą strukturę. Rainbow uważało, że jego talent wyróżnia się ponad przeciętność. Chciano więc maksymalnie rozwinąć jego potencjał, a następnie prowadzić jego karierę. Podpisano różne umowy z innym podmiotem powiązanym z Rainbow, który nazywał się JV Entertainment. Firma ta miała kilku afrykańskich zawodników umieszczonych w amerykańskich rozgrywkach. Za jej pośrednictwem Diomandé odbył kilka testów w Stanach Zjednoczonych, między innymi w Charlotte i Colorado Rapids. Pojawiły się jednak pewne problemy. Nie chodziło o jego poziom sportowy, bo nigdy nie został odrzucony przez klub MLS. Czasami występowały jednak przeszkody administracyjne albo spory dotyczące prowizji, ponieważ już wtedy wokół zawodnika działało kilku reprezentantów. Jednocześnie Dez Bamba, jego mentor, mówił: „Ja też tutaj jestem”. Zaczynało się robić głośno i można było już wtedy wyczuć ścierające się interesy.
– Zawodnik spędził w ten sposób w Stanach Zjednoczonych prawie dwa lata, a następnie postanowiono sprowadzić go do Europy. Uznano, że będzie to dla niego znacznie lepsze rozwiązanie, ponieważ technicznie przewyższał wszystkich wokół siebie. Firma szybko załatwiła mu testy w Bournemouth, które zakochało się w zawodniku. Klub zaproponował niemal 8 milionów euro. Kwota jest poprawna: prawie 8 milionów. Zapytacie: komu? Iworyjskiej akademii, w której Diomandé był oficjalnie zarejestrowany, czyli akademii pana Bamby. Była to oczywiście ogromna kwota za zawodnika, który nigdy nie rozegrał profesjonalnego meczu, nigdy nie należał do żadnej zawodowej struktury i grał jedynie w amerykańskim systemie szkolnym oraz prywatnej akademii. Plan Bournemouth wyglądał następująco: chłopak nie miał jeszcze 18 lat, więc klub nie chciał, by ktoś mu go odebrał. Problemem było jednak pozwolenie na pracę, którego przed osiągnięciem pełnoletności nie mógł otrzymać. Bournemouth chciało więc podpisać z nim umowę, a następnie wypożyczyć go do Lorient. Ten projekt jednak się nie powiódł.
– Diomandé odbył później kolejne testy, między innymi w szkockim Rangers. Zagrał w meczu młodzieżowych drużyn Rangers i Monaco, który oglądało wiele osób. Dominował na boisku, dlatego zainteresowały się nim West Ham, Chelsea i inne kluby. Rangers zaoferowało 500 tysięcy euro, ale odpowiedź brzmiała: „Nie, możemy dostać więcej pieniędzy”. Oferta Rangers została odrzucona. Później Diomandé pojechał na testy do Chelsea. Pochettino był zachwycony. W Chelsea wszystkim się podobał. Kwota rosła: 10-12 milionów euro. Wtedy pojawił się pierwszy poważny problem. Wszyscy wokół zawodnika pomyśleli: „Chwileczkę, Yan Diomandé to kura znosząca złote jaja. Każdy chce coś z tego dostać”. Rozpoczęły się konflikty pomiędzy poszczególnymi pośrednikami. Ostatecznie sprawa Chelsea się przeciągnęła i nie doszła do skutku. West Ham też zbierał informacje, wszystko stawało się coraz bardziej skomplikowane, a nazwisko zawodnika zaczęło krążyć, bo ludzie pytali: „Widziałeś tego dzieciaka z Wybrzeża Kości Słoniowej? Jest bardzo dobry. Gdzie podpisze kontrakt?”.
– Jego agentem formalnie była wspomniana przeze mnie firma JV Entertainment, ale w sprawę było również zaangażowane Rainbow. Obie firmy były ze sobą bardzo blisko związane. Problem polegał na tym, że mentor młodego zawodnika zaczął rozmawiać z innymi agentami. Niektórzy mówili: „Damy ci tyle i tyle”. Próbowali więc obsypać pieniędzmi otoczenie Diomandé, aby przejąć zawodnika. Ostatecznie Nottingham Forest zadzwoniło i powiedziało, że Diomandé nie musi nawet przechodzić testów. Nie odbył też żadnego treningu w Nottingham Forest. Klub powiedział: „Nie ma problemu, ile mamy zapłacić?”. Plan zakładał natychmiastowe wysłanie zawodnika na jakiś czas do Olympiakosu, ponieważ właścicielem obu klubów jest ta sama osoba. Wszystko zostało sformalizowane. Spotkanie odbyło się, jeśli się nie mylę, w ambasadzie Grecji w Senegalu, która chyba obsługuje również obywateli Wybrzeża Kości Słoniowej. Badania medyczne zaplanowano na kilka dni później. Wszystko było ustalone. Nadszedł jednak decydujący dzień i Olympiakos zaczął wydzwaniać do wszystkich: „Gdzie jest zawodnik?”. Nikt nie miał żadnych wiadomości. Nikt nie wiedział, gdzie znajduje się Diomandé, ale na pewno nie było go w Atenach. Kiedy próbowano go zlokalizować, okazało się, że pojechał do Hiszpanii razem z Dezem Bambą, swoim mentorem, oraz innymi agentami z grupy InterLix. Jeden z tych agentów zdołał przejąć całą transakcję i ostatecznie doprowadzić do podpisania przez zawodnika kontraktu z Leganés.
– Olympiakos był w szoku. Istniało porozumienie i podpisany przedwstępny kontrakt. Zawodnik miał oficjalnie 17 lat, a mimo to za plecami organizacji, która prowadziła go od samego początku, podpisał umowę z Leganés. Natychmiast pojawiły się pierwsze plotki: ile Dez Bamba otrzymał za przekonanie zawodnika, by porzucił Olympiakos i Nottingham Forest? Plan zakładał przecież, że zacznie grać w Olympiakosie, a po kilku miesiącach trafi do Nottingham Forest. Ostatecznie wybrał jednak Leganés. Właścicielem Leganés była amerykańska grupa Blue Crow, do której należało również Le Havre. Miała ona wcześniej umowę partnerską ze słynną firmą Rainbow, która od początku zarządzała karierą zawodnika, a w szczególności jego prawami do wizerunku. Jeszcze do tego wrócimy. Krótko wcześniej nastąpiło jednak rozstanie obu podmiotów. Paradoksalnie Rainbow sprowadzało afrykańskich zawodników do Leganés, a także do akademii w Dubaju, o której później opowiem. Relacje zostały zerwane, ponieważ przedstawiciele Rainbow uznali, że zostali oszukani. Obie strony przestały ze sobą rozmawiać. Najzabawniejsze jest to, że później, za plecami tej organizacji i z pomocą agentów blisko związanych z kierownictwem, przejęto jednego z jej zawodników i zabrano go do Leganés.
– Był to pierwszy duży problem dotyczący umów, który doprowadził do postępowań sądowych. Zawodnik był oficjalnie związany z JV Entertainment, czyli podmiotem powiązanym z Rainbow. Jak widzicie, już wtedy agentów było bardzo wielu. Diomandé nie mógł jednak od razu trafić do Leganés. Wysłano go więc na dwa miesiące do akademii w Dubaju, która należała do tej samej grupy Blue Crow. Trenował tam bez problemów, ale przeżył również rodzinną tragedię – śmierć siostry. Już w Dubaju pojawiły się problemy. Zawodnik mówił: „Chcę swoich pieniędzy. Chcę sprowadzić tę osobę, tamtą osobę i jeszcze kogoś”. Pojawił się pierwszy konflikt z jego mentorem Dezem Bambą, między innymi na tle finansowym. Kiedy dopełniono wszystkich procedur administracyjnych, zawodnik wrócił do Hiszpanii. Spędził chyba około dwóch miesięcy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i szybko zadebiutował w Leganés. Dalszą historię znacie. Rozegrał około dziesięciu meczów i już wtedy wszystkie wielkie europejskie kluby oraz pośrednicy zaczęli się nim interesować: Monaco, PSV Eindhoven, Sunderland oraz RB Lipsk.
– Pojawił się jednak poważny problem. Kiedy Leganés pozyskiwało zawodnika, porozumiało się z jego mentorem Dezem Bambą, obiecując mu 20% od kolejnego transferu. Dobrze usłyszeliście: 20%. Zazwyczaj jest to maksymalnie 10%, a Bamba nie był nawet agentem. Co zrobiono, aby przekonać Bambę i pozostałych ludzi do sprowadzenia Diomandé do Leganés? Wyłożono właśnie ogromne pieniądze. Nie dla zawodnika, lecz dla osób znajdujących się w jego otoczeniu i mających większy lub mniejszy wpływ na jego decyzje. Ustalono zatem 20%, a w kontrakcie zawodnika zapisano klauzulę wynoszącą 20 milionów euro. Łatwo policzyć, że Dez Bamba mógł potencjalnie otrzymać cztery miliony. Aby – w cudzysłowie – nadać temu legalną formę, pieniądze nie miały zostać wypłacone bezpośrednio jemu, lecz jego akademii. Później Leganés oznajmiło jednak, że chce renegocjować porozumienie i wypłacić mu jedynie 10%. Bamba powiedział, że to niemożliwe.
– W samym środku tego zamieszania pojawiła się firma Maxa-Alaina Gradela, byłego kapitana reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej. Po zakończeniu kariery Gradel założył własną agencję zajmującą się zarządzaniem i reprezentowaniem zawodników. Współpracował między innymi z Jeanem Martialem Lopohem, oficjalnie licencjonowanym agentem. Z oboma mężczyznami skontaktowali się Niemcy znający Maxa-Alaina Gradela. Zapytali: „Możecie nam pomóc w sprawie Diomandé?”. Wtedy pojawił się pierwszy problem. Dez Bamba był bardzo otwarty i mówił, że obecna reprezentacja gracza nie stanowi przeszkody. Diomandé formalnie był związany z InterLix, które – jak możecie się domyślić – również wystawiło czek. Ta historia doskonale pokazuje, jak bardzo w futbolu obowiązuje prawo silniejszego, a przede wszystkim najbardziej przebiegłego.
– W jaki sposób Diomandé zerwał związek z agentami, którzy sprowadzili go do Leganés i byli znajomymi właścicieli klubu? W momencie podpisywania umowy był oficjalnie niepełnoletni, więc nie mógł zrobić tego sam. Podpis powinna złożyć jego matka albo ewentualnie prawny opiekun, którym był Dez Bamba. Ten jednak nie podpisał umowy. Ustalono, żeby zrobiła to matka zawodnika. Tyle że przebywała w Abidżanie, miała problemy zdrowotne i nie było jej na miejscu. Umowę podpisał sam Yan Diomandé, co oznaczało, że podpis matki został sfałszowany. Stwierdzono więc: „To jest nieważne”. Nowi przedstawiciele przyszli więc do InterLix i powiedzieli: „Wasze przedstawicielstwo nie ma żadnej wartości. Na dokumencie nie podpisała się matka, tylko dzieciak”. Wyglądało to tak, jakby wszystko zostało zaplanowane wcześniej. InterLix zostało w pewnym sensie wykorzystane, a kiedy pojawiła się perspektywa transferu, ludzie wokół zawodnika chcieli odejść i powiedzieli: „Ile jest warta wasza umowa? Przecież na papierze nie podpisała się matka”. Co miało zrobić InterLix? Pozostało mu tylko płakać nad całą poczynioną inwestycją. Firma otrzymała wprawdzie swoje prowizje z Leganés, ale została wykluczona z kariery zawodnika, choć jeszcze próbowała działać przede wszystkim z Monaco.
– To właśnie Monaco było najbardziej zaawansowanym klubem w staraniach o Diomandé. Problem polegał na tym, że trener mówił zawodnikowi: „Tak, dostaniesz miejsce”, ale nie wykazywał w tej sprawie prawdziwego przekonania. Zainteresowane były również Paris FC, PSV Eindhoven i inne kluby. Niektórzy uważali jednak, że 20 milionów euro to zbyt wysoka kwota za zawodnika, który nie rozegrał nawet sześciu miesięcy w La Lidze. RB Lipsk naciskał, a agencja Maxa-Alaina Gradela uzyskała podpis zawodnika pod roczną umową reprezentacyjną. Jak do tego doszło? Dezowi Bambie obiecano 50% prowizji. Powstało więc porozumienie między mentorem Diomandé, który miał rozmawiać z zawodnikiem i otrzymać swoją część, a agencją Maxa-Alaina Gradela. Wszyscy byli zadowoleni.
– Posłuchajcie jednak, co wydarzyło się podczas badań medycznych w Lipsku. Tego samego dnia Monaco wysłało prywatny samolot, aby spróbować przejąć zawodnika i sprowadzić go do Księstwa. W sprawę zaangażowali się jego bliscy i inni agenci. Ostatecznie plan się nie powiódł, ponieważ RB Lipsk przewidział taki rozwój sytuacji i dobrze zabezpieczył zawodnika. Diomandé podpisał kontrakt z niemieckim klubem.
– Później nastąpił sukces, który wszyscy znacie i znakomity sezon. Wcześniej były jednak jeszcze inne etapy, między innymi dołączenie do reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej. Początkowo [selekcjoner] Emerse Faé chciał jeszcze trochę poczekać, ale ostatecznie dał się przekonać. Diomandé otrzymał powołanie, zdobył bramkę i pojechał na Puchar Narodów Afryki. Właśnie podczas tego turnieju wszystko po raz kolejny się zmieniło. Znów pojawiły się postępowania sądowe i nowi agenci. Od wielu tygodni, a nawet miesięcy największe międzynarodowe agencje interesowały się Yanem Diomandé. To samo dotyczyło klubów: Barcelona, Bayern Monachium, Liverpool i Manchester City zbierały informacje i dzwoniły do jego przedstawicieli. Diomandé stał się nową sensacją i każdy próbował coś na nim zarobić. Przybywało osób znajdujących się bardzo blisko niego. Jego otoczenie stawało się coraz większe. Pojawiały się kobiety i nowi przyjaciele. W Wybrzeżu Kości Słoniowej był też bardzo blisko związany z niektórymi internetowymi oszustami, którzy również na tym korzystali. Kilka osób zaczynało się niepokoić, ale wszystko tłumaczono nagłym zainteresowaniem mediów i pozostałymi zmianami w jego życiu. Zaczęto składać mu mnóstwo obietnic, ponieważ każdy chciał przejąć zawodnika.
– Podczas meczu Wybrzeża Kości Słoniowej z Kenią, krótko przed Pucharem Narodów Afryki, na trybunach znajdował się Oscar Girao. Pracował dla Roc Nation, słynnej agencji reprezentującej między innymi Viníciusa i Endricka, powiązanej z Jayem-Z. Towarzyszył mu jednak ktoś jeszcze ważniejszy – jeden z szefów Roc Nation. Nikt o tym nie wiedział, ale negocjacje między Dezem Bambą, mentorem zawodnika, a Roc Nation były już bardzo zaawansowane. Girao kontynuował rozmowy za plecami dotychczasowych przedstawicieli. Wcześniej odpowiadał za projekt Roc Nation w Wybrzeżu Kości Słoniowej, który okazał się pewnego rodzaju fiaskiem. Aby przekonać Diomandé, przedstawiono mu DJ-a Khaleda, który do niego zadzwonił, a także inne gwiazdy. Zawodnik zaczął marzyć, natomiast jego mentora bardzo skusiły przedstawione propozycje. Mówimy oczywiście o ogromnych pieniądzach. Postanowiono więc rozstać się z agencją Maxa-Alaina Gradela i przejść bezpośrednio do innej firmy. Istniał jednak ważny kontrakt, który obowiązywał do lata 2026 roku. Co pomyślało Roc Nation? „Poczekamy, aż umowa wygaśnie, wcześniej podpiszemy przedwstępny kontrakt, a latem przejmiemy zawodnika i przeprowadzimy jego transfer”. W porządku.
– Nie można jednak zapominać, że Diomandé tak szybko trafił do reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej również dzięki istotnej pracy lobbingowej wykonanej przez agencję Maxa-Alaina Gradela. W RB Lipsk zaczęto dostrzegać, że wokół zawodnika znajduje się wielu agentów. Dyrektor sportowy klubu był dość blisko związany z Roc Nation, ale rozmowy trwały ze wszystkich stron. Ostatecznie Diomandé postawił sprawę jasno. Powiedział, że może zostać z Maxem-Alainem Gradelem i jego firmą, ale trzeba będzie mu zapłacić. Od tego momentu sam zawodnik zaczął domagać się pieniędzy. Przedstawiano je jako premie lojalnościowe, ale pojawił się również nowy samochód i inne rzeczy. Nie wiem dokładnie, ile to wszystko kosztowało, ale mówimy chyba o ponad 350 tysiącach euro. Trzeba było również przekazać pieniądze konkretnym osobom. Wymagania były bardzo duże. W skrócie: „Płacicie mi, a podpisuję z wami”. Postaram się to uprościć, ale podczas Pucharu Narodów Afryki w Maroku działo się prawdziwe szaleństwo. Jean-Martial Loppa, oficjalny agent, który prowadził sprawy zawodnika razem z Gradelem i bardzo często odwiedzał go w Lipsku, przyjechał na miejsce i uzyskał podpis Diomandé w obecności świadków. Rozmawiałem z kilkoma osobami, które znajdowały się wtedy w hotelowym lobby. Było to chyba 30 albo 31 grudnia. Zawodnik w trakcie turnieju przedłużył wtedy porozumienie z agencją Maxa-Alaina Gradela do grudnia 2027 roku. Ponieważ byli o krok od utraty zawodnika, natychmiast opublikowali zdjęcia. W Roc Nation wybuchł kryzys. Chwycili za telefony i zadzwonili do mentora zawodnika: „Co nam powiedziałeś? Piłkarz przedłużył kontrakt. Tak nie może być”.
– Na pokładzie zapanowała panika. Zawodnik usłyszał od mentora: „Nie zapłacili mi”. Przypominam jednak, że otrzymał 50% prowizji z transferu do Lipska oraz dwa miliony euro z Leganés, o których oczywiście nic zawodnikowi nie powiedział. Z obiecanych 20% ostatecznie dostał 10%, a Diomandé i pozostałym osobom wmawiał: „Nic mi nie dają”. Tymczasem co miesiąc pobierał część pensji młodego zawodnika. Mówił mu: „Mój mały”, a Diomandé odpowiadał: „To mój tata”. Rozumiecie tę relację. Biologiczny ojciec przebywał w więzieniu, matka miała problemy zdrowotne, więc Dez Bamba był przy nim. Mówimy o tym samym Dezie Bambie, który zarobił na pierwszych agentach z InterLix, na Leganés, na agencji Maxa-Alaina Gradela, na pensji zawodnika i chciał zarabiać na umowach sponsorskich, blokując niektóre z nich. To również ten sam człowiek, który rozmawiał z Roc Nation, aby otrzymać od tej firmy kolejne pieniądze. Jeśli wszystko zsumujemy – chociaż on twierdzi, że po prostu stracił zaufanie do agencji Maxa-Alaina Gradela, bo miała ich okłamać w sprawie kwot proponowanych przez Sunderland – warto zapytać, jak człowiek działający rzekomo z miłości do drugiej osoby mógł w ciągu dwóch lat zarobić więcej od samego Yana Diomandé. To zawodnik jest przecież gwiazdą, ale po zsumowaniu wszystkich prowizji najwięcej zarobił Dez Bamba, czyli Boubakar Bamba.
– W pewnym momencie odzyskał możliwość wjazdu do strefy Schengen, której wcześniej przez jakiś czas nie posiadał. Ciekawe byłoby swoją drogą ustalenie, dlaczego jej nie miał. Dez Bamba przyjechał wtedy w pośpiechu do Maroka, prawdopodobnie dwa dni po podpisaniu umowy. Powiedział zawodnikowi: „Nie możesz tego zrobić. Musisz wszystko zdementować”. Dlatego Diomandé opublikował sprostowanie. Opowiadano mu różne rzeczy i oglądała to cała reprezentacja Wybrzeża Kości Słoniowej. Mówiono mu: „Przecież zapłaciliśmy”. Wtedy wyszło na jaw, że gdzieś zniknął milion euro. Wszędzie zapanowała panika. Dez Bamba zaprzeczał i mówił, że to nieprawda. W każdym razie zawodnik opublikował problematyczne sprostowanie i stało się jasne, że rozpoczną się postępowania prawne.
– Powiecie, że to prawdziwy bałagan. Zawodnik domagał się pieniędzy z różnych stron: „Chcę taki samochód, chcę zegarek, trzeba zapłacić tej osobie, chcę opłaconych wakacji”. Przypomina to sytuację z jego pierwszymi agentami. Już wtedy mówił: „Musicie mi zapłacić, bo wyjeżdżam na wakacje”. Wrócił nawet do swoich byłych przedstawicieli i powiedział: „Może podpiszę z wami, ale muszę teraz pojechać na wakacje z dziewczyną”. To agenci pokrywali koszty. Można więc dojść do wniosku, że w zarządzaniu jego karierą nic nie funkcjonowało prawidłowo. Sprawa stała się niewiarygodna. Zaangażowano nawet piosenkarzy, między innymi chyba kogoś o pseudonimie Siro. Próbowano dotrzeć do zawodnika wszelkimi możliwymi sposobami i przemówić mu do rozsądku. W pewnym momencie sam powiedział: „Nie, nadal reprezentuje mnie ta sama agencja”. W rzeczywistości grał mniej więcej na dwa fronty. Miesiąc po podpisaniu kontraktu obowiązującego do 2027 roku, który został od razu zarejestrowany w angielskiej federacji, Diomandé zawarł umowę o reprezentowanie z Roc Nation.
– Licencjonowany agent z firmy Maxa-Alaina Gradela posiadał licencję angielskiej federacji, dlatego wcześniejszy kontrakt został oficjalnie zarejestrowany właśnie tam. To pozwala zrozumieć wszystko, co wydarzyło się później. Diomandé podpisał umowę z Roc Nation, ponieważ spotkał Viníciusa i inne gwiazdy. Vinícius przekonywał go przez dwie godziny. Pojawił się też DJ Khaled. Jednocześnie wypłacono mu pieniądze. Bardzo dobrze opłacono zarówno Deza Bambę, jak i zawodnika, który znów otrzymał pieniądze. Diomandé uznał: „To nic takiego, zwrócę po prostu wszystko, co dostałem od ludzi z agencji Gradela”. Aby wcześniej odblokować środki na samochód i pozostałe rzeczy, Max-Alain Gradel i jego agencja skorzystali z pomocy kolejnej osoby, która pierwotnie również uczestniczyła w transakcji. Ten człowiek nazywa się Mitch Bakovens i przebywa między innymi w Emiratach. Jak widzicie, pojawiają się kolejne osoby.
– Wtedy kluby zaczęły zadawać sobie pytanie: „Z kim właściwie mamy rozmawiać?”. O Roc Nation często mówiliśmy, że jest to katastrofalnie działająca firma. Wielka nazwa, wizerunek, rozrywka i wszystko, co chcecie, ale to tylko mydlenie oczu. Roc Nation jest dużą organizacją, która działa między innymi w Brazylii i Wielkiej Brytanii. Diomandé podpisał kontrakt z brytyjskim oddziałem. Problem polegał na tym, że nie uporządkowano jego sytuacji prawnej. W normalnym świecie mówisz sobie: „Dobrze, istnieją już ważne kontrakty. Grożą nam wielomilionowe kary, a nawet sankcje wobec zawodnika. Musimy wszystko uporządkować i dojść do porozumienia”. Tutaj nie zrobiono niczego. Wtedy rozpoczęły się postępowania.
– Pamiętacie pierwszych agentów, czyli Rainbow i resztę? Oni mieli podpisaną umowę dotyczącą praw do wizerunku zawodnika. Mogą powiedzieć: „Chcemy jedynie odzyskać swoje pieniądze”. Jednak właścicielem utworzonej spółki do wizerunku był sam Yan Diomandé. Diomandé otrzymywał 60 procent przychodów ze swoich praw do wizerunku, 30 procent przypadało firmie powiązanej z Rainbow, a dziesięć procent Dezowi Bambie. Znowu Dez Bamba. To szaleństwo – był wszędzie. Na szczęście podobno robił to wszystko z miłości do Yana Diomandé [śmiech]. Można jednak zacząć zadawać pytania. Firma zajmująca się prawami do wizerunku powiedziała: „Chwileczkę, mamy ważną umowę”. Rozpoczęła więc działania prawne. Prowadzono rozmowy z Roc Nation, ale nic się nie wydarzyło. Obecnie trwa zatem postępowanie związane z prawami do wizerunku.
– To właśnie Rainbow i powiązane z nim podmioty stały za wszystkim, o czym opowiadałem na początku. Podpisały ważne umowy, które obecnie nie są przestrzegane. To pierwszy problem: prawa do wizerunku. Co z kolei zrobiła agencja Maxa-Alaina Gradela? Zwróciła się do Sportowego Sądu Arbitrażowego. To normalne, ponieważ dochodzi swoich praw, a jej kontrakt został oficjalnie zarejestrowany. Teraz możecie lepiej zrozumieć sytuację. Umowę zarejestrowano w angielskiej federacji. Wiadomo natomiast, że w przypadku takiego sporu może ona doprowadzić do zamrożenia prowizji.
– Po pewnym czasie Roc Nation UK zrozumiało, że zawodnik rzeczywiście przedłużył wcześniejszą umowę. Wcześniej zapewniano: „Nie martwcie się, z kontraktem wszystko w porządku. Zwrócimy pieniądze i będzie po sprawie”. Tak to jednak nie działa. Ludzie z pozostałych oddziałów Roc Nation, między innymi brazylijskiego, dopiero po jednym lub dwóch miesiącach dowiedzieli się, że umowa rzeczywiście istnieje, a brytyjski oddział zrobił ogromną głupotę i nie uporządkował sytuacji. Powiedzieli więc: „Dobrze, zmieniamy plan”. Z dnia na dzień Liverpool i Manchester City przestały być priorytetami. Gdyby Roc Nation zabrało Diomandé do któregoś z tych klubów, prowizje mogłyby zostać zamrożone albo agencja mogłaby w ogóle niczego nie otrzymać. Nie można było powiedzieć zawodnikowi, że za jego plecami popełniono poważne błędy. Zaczęto więc spokojnie przekonywać: „Nie, [transfer do Anglii] to nie jest dobre rozwiązanie”.
– Łatwo tu dostrzec jeden kluczowy punkt: z tego powodu przejście zawodnika do Premier League stało się niemożliwe. A jeżeli Premier League odpada, cena powinna normalnie spaść. Ponieważ Roc Nation nie chciało o tym powiedzieć, postanowiło włączyć do gry dwa kluby, które nadal mogły przepłacić: Paris Saint-Germain i Real Madryt. Roc Nation pozwoliło Dezowi Bambie uczestniczyć w negocjacjach, przedstawiać żądania i tak dalej. Wszystkim obiecywano, że zarobią mnóstwo pieniędzy. Paris Saint-Germain przestraszyło się jednak tych oczekiwań. Mówimy o niemal 20 milionach euro łącznie za premię za podpis i prowizje. To istne szaleństwo. Do tego RB Lipsk chciał otrzymać ogromną kwotę. Kiedy nawet Luís Campos zaczyna mówić, że coś brzydko pachnie i wokół sprawy kręci się zbyt wielu ludzi, oznacza to, że sytuacja jest naprawdę skomplikowana. W PSG powiedzieli sobie: „Chwileczkę, trwa kilka postępowań”. Wyobraźcie sobie, że jesteście agentem zawodnika. Doszło do zerwania współpracy, ale macie ważny kontrakt i prawo znajduje się po waszej stronie. Mówimy o prawie dziesięciu milionach euro prowizji od wynagrodzenia, nawet bez uwzględniania prowizji transferowej. Wyobrażacie sobie utracone korzyści? Wyobrażacie sobie pozew o odszkodowanie i wyrównanie strat tylko dlatego, że geniusze z Roc Nation UK zapomnieli uporządkować sytuację i zawrzeć polubowne porozumienie? Kogo to naraża? Zawodnika, ponieważ istnieją ludzie posiadający prawa, które trzeba respektować. Cała sytuacja jest absurdalna.
– PSG mimo wszystko złożyło Lipskowi ofertę i zaproponowało, że pokryje również koszty rozwiązania sporu z agencją Gradela, wykorzystując w tym celu operację z niemieckim klubem. Nasser Al-Khelaïfi chciał osobiście przejąć sprawę. Powiedział: „Znam prezesa Lipska, obniżę cenę”. Spotkał się jednak z odmową. To także dlatego PSG było zdenerwowane. Lipsk odrzucił próbę obniżenia ceny i nadal chciał sprzedać zawodnika za pełną kwotę. Roc Nation zapewniało klub: „Nie martwcie się, mamy Real Madryt, bo od bardzo dawna mamy tam swojego człowieka, słynnego Juniego Calafata”. [Szef skautow Realu Madryt] Juni Calafat stwierdził, że Real Madryt musi za wszelką cenę pozyskać Diomandé. Klub pracował nad tą operacją mniej więcej od miesiąca i generalnie zaakceptował warunki Lipska. Mówimy o kwocie przekraczającej 100 milionów euro, a do tego dochodzą wynagrodzenie, prowizje i premia za podpis. Prawdziwa uczta.
– Zadam wam tylko jedno pytanie. Jeżeli Real Madryt wykonuje swoją pracę sumiennie i widzi, że zawodnik nie może trafić do Premier League z powodu problemów z agentami, postępowań prawnych i wszystkich pozostałych spraw, powinien powiedzieć Lipskowi: „Jesteście bardzo mili, ale żądacie około 120 milionów euro z bonusami, chociaż w grze nie ma klubów Premier League. Cena powinna więc spaść, bo nie istnieje konkurencja z Anglii”. Dlaczego zatem płacić pełną kwotę? Istnieją dwie możliwości: albo Realem Madryt zarządzają niekompetentni ludzie, którzy nie wykonują swojej pracy i nie znają sytuacji, albo ktoś na tym zarabia i otrzymuje ukrytą prowizję lub coś podobnego. Albo trzeba być bardzo, bardzo głupim, albo bardzo chciwym. Mam pewne podejrzenie, która odpowiedź jest właściwa.
– Dział prawny Realu Madryt przeżył w ostatnich dniach kilka niespodzianek. „Chwileczkę, skontaktowała się z nami firma posiadająca prawa do wizerunku zawodnika i chce dochodzić swoich praw”. Tak, chodzi o tę samą spółkę, o której wcześniej opowiadałem. Wiecie, jak szczególne znaczenie w Realu Madryt mają prawa do wizerunku. Tymczasem pojawiła się firma, która mówi: „Spójrzcie, mamy umowę obowiązującą jeszcze przez wiele lat. Co teraz zrobimy?”.
– Jednocześnie nadal istnieje problem z agencją Maxa-Alaina Gradela. Pojawił się też trzeci człowiek: wspomniany wcześniej Mitch Bakovens, który w pewnym momencie finansował różne rzeczy, pomagał w tych sprawach i był partnerem firmy Gradela. On również rozpoczął działania prawne i zgłosił roszczenia dotyczące praw do wizerunku. Także skontaktował się z Realem Madryt. Od początku tygodnia dział prawny Realu stale zadaje to samo pytanie: „Co właściwie mamy z tym zrobić?”.
– Gdyby Diomandé był zawodnikiem o zwykłym talencie, wszystkie kluby powiedziałyby: „To niemożliwe do zrealizowania”. Sytuacja nie została bowiem uporządkowana. Czyja to wina? Geniuszy z Roc Nation UK. Jeżeli masz zawodnika i widzisz, że wokół niego panuje chaos, powinieneś najpierw wszystko wyczyścić, przewidzieć możliwe konsekwencje i dopiero później działać. Nie możesz po prostu ruszać na oślep. Im jednak było wszystko jedno. Powiedzieli: „To nieważne, liczą się renoma i pozyskanie zawodnika”. Dla nich liczyły się wyłącznie wizerunek i pieniądze, bez myślenia o następstwach. Szczerze mówiąc, ktoś będzie musiał zapłacić z tego powodu miliony euro, chyba że strony zawrą polubowne porozumienie.
– Jest jeszcze jeden zabawny element. RB Lipsk powierzył agencji Gradela reprezentację w rozmowach o sprzedaży zawodnika, ponieważ to właśnie ona pierwotnie sprowadziła go do Lipska razem z niemieckim pośrednikiem. W pewnym sensie firma zostanie więc skrzywdzona, ale jednocześnie posiada jeszcze inną umowę. Żadna ze stron nie ma interesu w tym, żeby transfer nie doszedł do skutku.
– Przy tym obserwowaliśmy, jak Dez Bamba powtarzał „Jestem przywiązany do zawodnika” i tak dalej. Czy Diomandé wie o wszystkich pieniądzach, które niektórzy pobierali za jego plecami? To już inna sprawa. Sam zawodnik zaczął mówić: „Trzeba mi zapłacić za to, trzeba mi zapłacić za tamto”. Współpraca z nim nie jest więc łatwa dla wszystkich. RB Lipsk jest zadowolony, że może go sprzedać, a to bardzo wiele mówi. Niektórzy próbowali przemówić tym ludziom do rozsądku. Dzisiaj bardzo trudno jest funkcjonować w otoczeniu zawodnika. Pojawiło się mnóstwo nowych znajomych, a niektórzy z nich również przyjęli pieniądze od nowych agentów: „Ja chcę sto tysięcy”, do tego doszedł samochód, podróż i tak dalej. Wokół Yana Diomandé krąży całe stado sępów. Oczywiście nie zmienia to faktu, że posiada wyjątkowy talent.
– Na zakończenie powiem jednak, że kiedy nie porządkujesz sytuacji, a niektórzy ludzie zachowują się źle, to inni mogą w pewnym momencie zapragnąć zemsty. Powiem tylko, że pewne osoby odwiedzały urzędy stanu cywilnego w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Nie zdziwiłbym się, gdyby po transferze ktoś zapukał do drzwi i powiedział: „Być może istnieją pewne problemy administracyjne”. W domyśle chodziłoby o próbę otrzymania niewielkiej zapłaty w zamian za to, żeby te problemy nie ujrzały światła dziennego.
– Najsmutniejsze jest to, że Diomandé zasługuje na transfer do Realu Madryt. Jest znakomitym piłkarzem. Jego historia może stać się wspaniałą inspiracją dla wielu dzieci w Wybrzeżu Kości Słoniowej i całej Afryce. Należy mu pogratulować transferu, ponieważ na początku wykazywał się prawdziwym samozaparciem. Nigdy się nie poddawał, chociaż bez przerwy pojawiały się problemy administracyjne, między innymi z pozwoleniem na pracę. Yan Diomandé niewątpliwie zasługuje na ten transfer. W pewnym momencie trzeba jednak pamiętać, że nawet jeśli jesteś Yanem Diomandé i wyjątkowym zawodnikiem, nadal pozostajesz człowiekiem.
– Transfer powinien zostać oficjalnie ogłoszony w najbliższym czasie, ponieważ RB Lipsk szuka już następcy. Pozostało jeszcze kilka szczegółów do ustalenia z Realem Madryt, między innymi dotyczących praw do wizerunku, ale niemiecki klub prowadzi obecnie poszukiwania zastępcy. Cała droga Diomandé przypomina odyseję: Wybrzeże Kości Słoniowej, Stany Zjednoczone, Anglia, Szkocja, Grecja, Hiszpania, Niemcy, a nawet wizyty w ambasadach znajdujących się w innych krajach. To wyjątkowa i niezwykła historia, która niestety została częściowo zniszczona przez niektórych ludzi. Właśnie dlatego chciałem przeprowadzić tak pełną analizę i przypomnieć, że futbol nie sprowadza się jedynie do pięknych historii opowiadanych w telewizji. Futbol to również wszystko, co dzieje się za kulisami. Czasami bywa tragiczne, a czasami piękne – zakończył Molina.
Guillaume Verges, iworyjski dziennikarz, skomentował publicznie, że Molina kłamie i działa na zlecenie agencji Gradela oraz organizacji Rainbow. Podkreślił, że więcej powie, gdy piłkarz przejdzie do Realu Madryt.
Molina odpowiedział mu na X, dołączając zrzuty z ekranu kontraktu z Leganés [wpis tłumaczymy poniżej]:
A więc ja kłamię, zdaniem Guillaume’a Vergesa, czyli dziennikarza/rzecznika Deza Bamby? „Ojciec duchowy” Diomandé za pośrednictwem swojej akademii otrzymał przy transferze do Leganés 200 tysięcy euro premii (do tego momentu wszystko jest logiczne), 50 tysięcy euro po rozegraniu przez Diomandé 10 meczów oraz 20% od przyszłego transferu (!). Zgodnie z zapisami umowy miał przekazać zawodnikowi 10% prowizji transferowej (ciekawe, czy to zrobił i czy Diomandé w ogóle o tym wszystkim wiedział…). Teraz lepiej rozumiemy, dlaczego zawodnik uciekł z Grecji i wycofał się z układu Olympiakos/Nottingham Forest, by podpisać kontrakt z Leganés. „Ojciec duchowy” zarobił bowiem na tej transakcji więcej niż sam piłkarz. Gadajcie dalej, jeśli chcecie. Mam jeszcze mnóstwo rzeczy w zanadrzu. Nie traćcie wiary!
Wobec rozmiaru tego materiału, prezentujemy też jego streszczenie, które stworzyła Sztuczna Inteligencja:
Diomandé wychowywał się w skromnych warunkach w Abidżanie. Ważną postacią w jego życiu został Dez Bamba, mentor, którego zawodnik zaczął traktować jak ojca, którego brakowało u jego boku.
Jako nastolatek wyjechał do Stanów Zjednoczonych dzięki organizacji Rainbow, która opłacała jego edukację i szkolenie. Później odbywał testy między innymi w Charlotte i Colorado Rapids.
Ogromny talent Diomandé szybko przyciągnął Bournemouth, Rangers, Chelsea czy West Ham. Problemem od początku była jednak duża liczba agentów i pośredników walczących o wpływ na jego karierę.
Ostatecznie zawodnik miał trafić do Olympiakosu, a następnie do Nottingham Forest, lecz nie pojawił się na zaplanowanych badaniach. Nagle wyjechał do Hiszpanii i niespodziewanie podpisał kontrakt z Leganés.
Molina twierdzi, że przy transferze do Leganés Dez Bamba miał otrzymać wysokie premie oraz nawet 20% od przyszłej sprzedaży. Później klub miał próbować zmniejszyć ten udział do 10%.
Kolejnym przedstawicielem Diomandé została agencja Maxa-Alaina Gradela, która doprowadziła do jego transferu do RB Lipsk. W tle toczyła się jednak walka agentów przy zainteresowaniu innych klubów, a Monacow dniu badań medycznych w Niemczech miało wysłać po zawodnika prywatny samolot, ale Lipsk zabezpieczył operację.
Po sukcesie w Lipsku o Diomandé zaczęły zabiegać największe agencje i kluby. Roc Nation przekonało go między innymi dzięki kontaktom z Viníciusem i DJ-em Khaledem, mimo że wcześniejszy kontrakt agencji Gradela nadal miał obowiązywać.
Według Moliny, wokół piłkarza toczą się spory dotyczące reprezentowania go oraz praw do wizerunku. Roszczenia mają zgłaszać wcześniejsi agenci i firmy, a te problemy formalne miały skutecznie wykluczyć transfer do Liverpoolu lub Manchesteru City ze względu na ryzyko zamrożenia prowizji w Anglii.
PSG wycofało się z powodu kosztów, liczby pośredników i problemów prawnych. Real Madryt pozostał w grze, ale jego dział prawny w tym tygodniu miał zostać poinformowany o istniejących umowach reprezentacyjnych i roszczeniach dotyczących praw do wizerunku.
Molina podkreśla, że Diomandé zasługuje na transfer do Realu ze względu na swój talent, determinację i niezwykłą drogę. Jednocześnie ostrzega, że wokół zawodnika znajduje się wiele osób zainteresowanych przede wszystkim zarabianiem na jego karierze.
Komentarze (6)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się