REKLAMA
REKLAMA

Sześciu obrońców i 12% posiadania – Bernabéu niczego Tuchela nie nauczyło

Thomas Tuchel miał być specjalistą od meczów, w których jedna decyzja może przesądzić o awansie lub odpadnięciu. W półfinale mundialu z Argentyną rzeczywiście zrobił różnicę, ale na korzyść rywala. Po golu Anthony’ego Gordona selekcjoner Anglii wprowadził trzech obrońców, zamknął swój zespół przed polem karnym i zrezygnował z jakichkolwiek prób wykorzystania przestrzeni pozostawianej przez coraz odważniej atakujących Argentyńczyków. Dwa lata wcześniej w podobny sposób wypuścił z rąk finał Ligi Mistrzów na Santiago Bernabéu.

REKLAMA
REKLAMA
Sześciu obrońców i 12% posiadania – Bernabéu niczego Tuchela nie nauczyło
Thomas Tuchel i Jude Bellingham. (fot. Getty Images)

W 55. minucie Anglia znalazła się w wymarzonym położeniu. Gordon wyprowadził ją na prowadzenie, a Argentyna musiała od tej chwili podjąć większe ryzyko, przesunąć więcej zawodników pod bramkę Jordana Pickforda i odsłonić własną defensywę. Dla Anglików nie był to moment na paniczną obronę, lecz okazja, by dalej grać w dotychczasowy sposób i szukać drugiego gola po szybkich atakach.

REKLAMA
REKLAMA

Tuchel miał też na ławce zawodników stworzonych do wykorzystania takiego scenariusza. Bukayo Saka, Marcus Rashford i Noni Madueke mogli dać Anglii szybkość, możliwość wyjścia spod pressingu oraz realne zagrożenie za plecami argentyńskich obrońców. Sama ich obecność na boisku zmusiłaby rywali do zachowania większej ostrożności. Selekcjoner nie zdecydował się jednak na żadnego z nich. Zamiast pomyśleć o tym, jak skorzystać z powstających przestrzeni, zaczął przygotowywać swoją drużynę do trwającej niemal 40 minut obrony wyniku.

Pierwszy ruch wykonał w 72. minucie. Zdjął Gordona, autora gola i jedynego zawodnika Anglii, który regularnie próbował uciekać rywalom, a w jego miejsce wprowadził Ezriego Konsę. Anglicy przeszli na ustawienie z pięcioma obrońcami. Konsa dołączył do Johna Stonesa i Marca Guéhiego, natomiast Reece James oraz Djed Spence zostali przesunięci na wahadła.

Nie była to zmiana przeprowadzona w ostatniej minucie, kiedy trzeba wybić jeszcze dwie piłki i doczekać końcowego gwizdka. Do końca regulaminowego czasu pozostawało prawie 20 minut. Argentyna dostała jasny sygnał, że Anglia rezygnuje z atakowania, a jej jedynym celem będzie utrzymanie się pod własną bramką.

REKLAMA
REKLAMA

Plan nie działał. Anglicy nie byli w stanie zatrzymać naporu rywali, wyjść wyżej ani dłużej utrzymać się przy piłce. Tuchel nie próbował jednak odwrócić tego obrazu. W 82. minucie poszedł jeszcze dalej. Dan Burn zastąpił Reece’a Jamesa, a Nico O’Reilly wszedł za Declana Rice’a.

W tym momencie na boisku znajdowało się sześciu nominalnych obrońców: Konsa, Stones, Guéhi, Spence, Burn i O’Reilly. Nawet ligowi beniaminkowie w starciach z Realem Madryt czy Barceloną rzadko decydują się na tak skrajnie defensywne zestawienie. Tuchel zrobił to w półfinale mundialu, mając w kadrze jednych z najlepszych ofensywnych piłkarzy Premier League.

Problem nie polegał wyłącznie na liczbie obrońców. Anglia nie zostawiła z przodu nikogo, kto mógłby utrzymać piłkę, wygrać pojedynek biegowy albo zmusić Argentynę do przerwania ataku faulem. Harry Kane i Jude Bellingham zostali zepchnięci pod własne pole karne. Kiedy Anglicy odzyskiwali piłkę, nie mieli do kogo jej zagrać. Wybicie oznaczało jedynie początek kolejnego ataku rywali.

Statystyka Opta najlepiej pokazuje, do czego doprowadziła ta strategia. Od gola Gordona w 55. minucie do zwycięskiego trafienia Lautaro Martíneza w 92. minucie Anglia miała zaledwie 12% posiadania piłki. Argentyna zanotowała w tym okresie 88%. Nie była to kontrolowana obrona ani świadome oddanie inicjatywy. Anglicy zostali uwięzieni kilkanaście metrów od własnej bramki i nie potrafili zrobić niczego, by choć na chwilę przerwać napór.

REKLAMA
REKLAMA

Thomas Müller nie krył zdumienia postawą drużyny prowadzonej przez jego byłego trenera z Bayernu. „Nie potrafię zrozumieć, jak Anglia podeszła do tego meczu po objęciu prowadzenia. Zaprosiła Argentynę do jednego dośrodkowania za drugim z idealnych pozycji”, komentował Niemiec.

Tym bardziej zaskakujące było to, że właśnie częstymi dośrodkowaniami Tuchel tłumaczył przejście na piątkę obrońców. Jego zdaniem Anglia musiała lepiej zamknąć środek i zabezpieczyć się w pojedynkach powietrznych. W praktyce zmiana ustawienia sprawiła, że Argentyńczycy mogli bez większej presji przygotowywać kolejne akcje, podawać piłkę Messiemu i dostarczać ją w pole karne.

Sześciu obrońców nie zapewniło Anglii kontroli nad przestrzenią. Przeciwnie, im więcej zawodników cofało się pod bramkę Pickforda, tym więcej miejsca powstawało przed polem karnym. Właśnie tam Enzo Fernández znalazł pozycję do strzału i w 85. minucie doprowadził do remisu.

Pickford mógł zachować się nieco lepiej, ale jego błąd nie zmienia obrazu meczu. Argentyna od wielu minut tworzyła kolejne sytuacje, Alexis Mac Allister trafił w słupek, a wyrównanie wydawało się tylko kwestią czasu. Anglia pozwoliła mistrzom świata uwierzyć, że nie muszą już obawiać się żadnej odpowiedzi.

REKLAMA
REKLAMA

Po golu Fernándeza Tuchel znalazł się w pułapce, którą sam stworzył. Na boisku miał zespół przygotowany wyłącznie do obrony prowadzenia, którego już nie było. Anglicy przez kilkadziesiąt minut wybijali piłkę i bronili się całym zespołem. Nie mogli nagle, na jedno polecenie z ławki, zacząć grać wyżej, dłużej utrzymywać się przy piłce i przejąć inicjatywę.

Scaloni postępował dokładnie odwrotnie. Wprowadzał kolejnych ofensywnych zawodników i dokładał Anglii problemów. Na boisku pojawili się Nicolás González oraz Lautaro Martínez. To właśnie Lautaro w 92. minucie wykorzystał dośrodkowanie Messiego i zdobył zwycięską bramkę. Argentyna przez całą końcówkę szukała sposobu na wygranie meczu. Anglia szukała sposobu, by jak najdłużej się nie przewrócić.

Dopiero po stracie drugiego gola Tuchel wprowadził Rashforda i Ivana Toneya. Była 95. minuta. Najpierw selekcjoner nasycił skład defensorami, a kiedy jego plan się zawalił, dał napastnikom kilka minut na uratowanie meczu. Na jakąkolwiek zmianę jego obrazu było już zdecydowanie za późno.

Brytyjskie media nie miały wątpliwości, że to decyzje Tuchela stały się punktem zwrotnym półfinału. The Telegraph uznał zmiany oraz przejście na bardziej defensywne ustawienie za najważniejszą przyczynę porażki. The Athletic opisał końcówkę jako katastrofę sprowokowaną przez samego selekcjonera. Wayne Rooney stwierdził, że Anglia po objęciu prowadzenia cofnęła się, pozwoliła rywalom atakować i w końcu pękła. Alan Shearer zwrócił uwagę, że wprowadzenie kolejnych obrońców pozbawiło zespół jakiejkolwiek możliwości wyjścia spod pressingu.

REKLAMA
REKLAMA

Tuchel został zatrudniony między innymi dlatego, że pod wodzą Garetha Southgate’a Anglia zbyt często stawała się pasywna w decydujących momentach wielkich turniejów. Niemiec miał być trenerem, który szybciej odczyta zagrożenie, wykona odpowiednią zmianę i pomoże drużynie utrzymać kontrolę. W Atlancie nie można było zarzucić mu bezczynności. To jego działania sprawiły jednak, że Anglicy cofnęli się jeszcze głębiej.

Najbardziej obciążające dla Tuchela jest to, że bardzo podobną historię przeżył już dwa lata wcześniej. W maju 2024 roku jego Bayern prowadził z Realem Madryt 1:0 na Santiago Bernabéu i znajdował się kilkanaście minut od awansu do finału Ligi Mistrzów.

W 76. minucie Tuchel zdjął Leroya Sanégo i wprowadził za niego środkowego obrońcę Kima Min-jae. Dziewięć minut później boisko opuścili również Harry Kane oraz Jamal Musiala. W ich miejsce weszli Eric Maxim Choupo-Moting i Thomas Müller. Tuchel tłumaczył później, że jego ofensywni zawodnicy mieli problemy zdrowotne lub nie byli w stanie kontynuować gry, ale efekt taktyczny tych decyzji był oczywisty. Bayern stracił możliwość utrzymania piłki i zagrożenia Realowi po kontrataku.

Carlo Ancelotti zrobił coś zupełnie przeciwnego. Wprowadził Lukę Modricia, Eduardo Camavingę, Brahima i Joselu. Ten ostatni pojawił się na boisku w 81. minucie. Siedem minut później doprowadził do remisu, wykorzystując błąd Manuela Neuera, a w pierwszej minucie doliczonego czasu wykończył podanie Antonio Rüdigera i dał Realowi zwycięstwo 2:1.

REKLAMA
REKLAMA

Okoliczności nie były identyczne, ale schemat trudno przeoczyć. Drużyna Tuchela prowadziła 1:0 w półfinale. Niemiec zdjął skrzydłowego i wprowadził dodatkowego stopera. Jego zespół cofnął się, stracił możliwość odpowiedzi i przegrał 1:2 po dwóch golach zdobytych przez napastnika wprowadzonego z ławki.

Na Bernabéu tym napastnikiem był Joselu. W Atlancie Lautaro Martínez.

Tuchel po meczu z Argentyną przyznał, że Anglia po zdobyciu bramki stała się zbyt pasywna. Podkreślał jednak, że nie wierzył, by ofensywne zmiany mogły pomóc zespołowi, i stwierdził, że „po meczu są miliony trenerów, którzy wiedzą lepiej”. Odpowiedzialność wziął na siebie, ale zaznaczył również, że niczego nie żałuje.

Trudno jednak uznać 12% posiadania piłki przez 37 minut za plan, którego nie należy żałować. Zwłaszcza gdy na ławce siedzą szybcy skrzydłowi, a przeciwnik musi atakować coraz większą liczbą zawodników.

Tuchel miał dać Anglii coś, czego brakowało jej przez dziesięciolecia: odwagę i właściwą decyzję w najważniejszym momencie. Zamiast tego przestraszył się prowadzenia, grał sześcioma obrońcami i oddał Argentynie finał. Bernabéu niczego go nie nauczyło.

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (43)

REKLAMA