REKLAMA
REKLAMA

Klęska kontra porażka

Porażka porażce nierówna.

REKLAMA
REKLAMA
Klęska kontra porażka
Vinícius Júnior. (fot. Getty Images)

Długie lata treningów, ciężkiej pracy, samozaparcia i pokonywania własnych barier. Wiele najwybitniejszych jednostek poświęciło temu całe swoje życie, a jednak nikt nie był w stanie przebić szklanego sufitu. Przebiegnięcie maratonu w oficjalnych zawodach w czasie poniżej dwóch godzin w świecie biegaczy pozostawało nieuchwytne niczym Święty Graal. Niektórzy wydawali się już bliscy jego odnalezienia, ale koniec końców nikt nie zdołał go dotknąć.

REKLAMA
REKLAMA

Aż w końcu 26 kwietnia tego roku szklany sufit pękł. Podczas Maratonu Londyńskiego Yomif Kejelcha przebiegł dystans 42 kilometrów i 195 metrów w czasie 1:59:41. Etiopczyk dokonał rzeczy bezsprzecznie wielkiej. Czegoś, o czym przed nim marzył każdy zawodowy długodystansowiec. Problem jednak w tym, że nawet tak wybitne osiągnięcie nie pozwoliło mu sięgnąć po Świętego Graala. O 11 sekund uprzedził go bowiem Sebastian Sawe i to właśnie Kenijczyk w historii zostanie zapamiętany jako ten, który pierwszy złamał w maratonie dwie godziny. Kejelcha natomiast, jakkolwiek okrutnie to zabrzmi, po londyńskim biegu jako drugi na mecie był jednocześnie pierwszym przegranym. Przegrał co prawda w absolutnie heroicznym stylu, ale przegrał.

Porażka zawsze boli, choć jednocześnie może mieć wiele oblicz. To opisane powyżej jest akurat jednym z piękniejszych. Nawet gdy ostatecznie nie sięgasz po złoto, a miejsce przed tobą w kronikach będzie zajmował ktoś inny, w głębi duszy wiesz, że możesz z dumą spojrzeć w lustro, jak właśnie wspomniany Kejelcha.

Najbardziej pospolite typy porażki to jednak te opierające się na najróżniejszych wariantach brzydoty. Najbrzydszym z nich jest zaś klęska. O klęsce możemy mówić wtedy, gdy już na starcie ktoś porażkę ma wymalowaną na twarzy i jeszcze przed połową dystansu marzy jedynie, by bieg się skończył. Jak chociażby Real Madryt w ostatnim Klasyku i ogólnie w sezonie 2025/26. To właśnie ta subtelna różnica między przegranym a przegrywem.

REKLAMA
REKLAMA

Biorąc pod uwagę poszczególne części składowe, takie jak potencjał kadry, oczekiwania, czy nastawienie, trudno nie nazwać bieżącej kampanii właśnie klęską. Projekt, który przed rozpoczęciem sezonu budził duże nadzieje i początkowo wydawał się mieć głębszy sens, ostatecznie posypał się po pół roku. Ten, kto natomiast przejął go po Xabim Alonso, jedynie kontynuował swobodne spadanie razem z zespołem, słynąc po drodze przede wszystkim z tego, że wszystkie grzechy tego świata postanowił brać na siebie.

Álvaro Arbeloa swoimi wypowiedziami z pewnością dał wiele powodów, by po cichu się z niego podśmiewywać, ale też chyba każdy zdrowo myślący kibic doskonale zdaje sobie sprawę, że to nie w nim tkwił problem. O wiele więcej zastrzeżeń można mieć do nieprzemyślanego zarządzania, czy nastawienia piłkarzy. Najbardziej jednak w tym wszystkim boli chyba zwyczajny brak refleksji, o czym świadczyć może wtorkowe wystąpienie Florentino Pereza.

Stawanie w obronie klubu jako jego prezes jest czymś zupełnie normalnym. Gorzej, gdy robi się to w taki sposób, w jaki postanowił zrobić to Florentino. Nie oczekiwaliśmy po sterniku sesji samobiczowania, ale to, jaką taktykę postanowił obrać, budzić mogło mimo wszystko spory niesmak. Choć zwykło się mawiać, że najlepszą obroną jest atak, to jednak strzelanie na oślep sprawiło, że Pérez przez przypadek przestrzelił Królewskim kolana. Tak, wiemy, że prasa często wypisuje bzdury, wiemy też o płaceniu latami wiceszefowi sędziów. Widzimy także, że arbitrzy w Hiszpanii nie należą, delikatnie mówiąc, do najwybitniejszych w swoim fachu. Wytykanie jednak tego w tak agresywny i pretensjonalny sposób oraz niezdolność przy tym do absolutnie żadnej autokrytyki przynajmniej zdaniem autora tekstu jedynie wyostrzają jeszcze bardziej obraz wielopłaszczyznowej klęski.

REKLAMA
REKLAMA

Dziś wieczorem dojdzie zatem do kolejnych już osobliwych derbów. Zmierzą się w nich Klęska z Porażką. Drużyna, która kompletnie zawiodła oczekiwania pod każdym względem, zmierzy się z zespołem, który wrócił do La Ligi po niemal ćwierć wieku, by po roku z hukiem z niej zlecieć, ponieważ okazał się zwyczajnie za słaby na elitę. I, jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi, to wicemistrz Hiszpanii w konfrontacji z ostatnią ekipą w tabeli może pochwalić się znacznie bardziej spektakularnym niepowodzeniem.


Mecz z Realem Oviedo rozpocznie się o godzinie 21:30, a w Polsce będzie można obejrzeć go na kanale Eleven Sports 1 w serwisie CANAL+ Online.

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (5)

REKLAMA