W Sewilli, która znów stała się dla Realu kolejną sędziowską dziczą, wybuchła irytacja madridismo wobec Mbappé, ulubieńca najbardziej marudnej i piknikowej części trybun na Bernabéu. Francuz zmarnował sytuację sam na sam, posyłając piłkę wysoko w trybuny, a potem spojrzał na zegarek i zszedł do szatni tak, jakby spieszył się przebrać na sewilską Ferię. Tam, pod hasłem „Laissez faire, laissez passer”, mógłby mieć nawet własną casetę, czyli prywatny pawilon imprezowy, co zdaniem naiwnych jest grzechem niewybaczalnym.
Puerta del Perdón, Brama Przebaczenia, to nazwa wejść do niektórych katedr, przez które przechodzili wierni proszący o odpust po odbyciu pokuty, choćby po Camino de Santiago. W futbolu świecką wersją takiej pokuty jest obecna ligowa bieda na Bernabéu. Real stracił już wszystkie tytuły po trenerskim niewypale Xabiego Alonso, a zaściankowa część madridismo wykorzystuje teraz mecze o nic, przy ponad dwudziestopunktowej stracie do lidera, którego czwarta drużyna tabeli wyeliminowała i z Pucharu Króla, i z Ligi Mistrzów, żeby rozliczać własne obsesje. A tymi obsesjami są Camavinga i Vinícius.
Francuz przeprosił w mediach społecznościowych za czerwoną kartkę w Monachium. Brazylijczyk przeprosił na murawie właściwie tylko za to, że istnieje, bo do tego iberyjskie barbarzyństwo i korupcja sprowadziły jego życie. Vinícius zrobił to po kapitalnym golu z Alavés, po akcji godnej odkupienia win. W tym samym spotkaniu Mbappé strzelił gola po farfoclu i mimo to wybrano go najlepszym piłkarzem meczu. Debata była jednak ustawiona już wcześniej, a całe antimadridismo stanęło po stronie Mbappé: wyrzucić Viníciusa, zdobywcę dwóch Lig Mistrzów, i budować drużynę pod Mbappé, który nie wygrał żadnej, najlepiej jeszcze z Deschampsem na ławce.
Mecz z Alavés był na Bernabéu czymś w rodzaju karnawałowego wtorku. Ta sama piknikowa zgraja, która przed laty gwizdała na Juana Gómeza Juanito, teraz gwizdała na Viníciusa przy każdym kontakcie z piłką i oklaskiwała Mbappé za każdym razem, gdy ten marnował okazję. Neutralny widz mógł z zażenowania poczuć pokusę, by zostać kibicem Barcelony. Po końcowym gwizdku cały zespół usłyszał gwizdy, a Mbappé, oficjalny „piłkarz meczu”, pobiegł schować się w szatni. Vinícius i Camavinga zostali za to na murawie, żeby podziękować publiczności. Tej samej publiczności, która chyba nie zasługuje już na większe marzenia niż Mbappé walczący z Muriqim o Trofeo Pichichi, podczas gdy medialne bandy wykorzystują powszechną frustrację, by dorzucać kolejne zarzuty wobec Arbeloi. Dlaczego nie gra biedny Pitarch, skoro wrócili Mbappé i Bellingham? Dlaczego nie gra stary Carvajal, który przecież musi pojechać na mundial?
Z Pitarchiem to żart, z Carvajalem już nie. Chodzi o tego samego Carvajala, przy którym młody Víctor Muñoz w Pampelunie zapracował sobie na powrót do Realu Madryt. I właśnie w tej plotkarskiej duchocie błyszczy farbowana fryzura Cañete (Santiago Cañizaresa – dop.), „bohatera” meczu Real Madryt – Odense z 1994 roku. Cañete rozsiewa dziś sugestię, że Arbeloa nie wystawia Carvajala, bo to piłkarz, który zakończył mu karierę. „Mam wrażenie, że uraza ma dłuższy termin ważności niż jogurt”, rzuca Cañete swoją sentencję w stylu Paulo Coelho. Potwierdza tym tylko opinię, jaką Pérez de Ayala miał o takich hiszpańskich typkach: „Tak, tutaj jesteśmy jak plotkary, które żyją cudzym życiem, bo własnego im brakuje. Obgadujemy wszystko. Ostrzymy wykałaczkę na nazwisku przyjaciela. Podgryzamy po szczurzemu…”. Cañete z wykałaczką, komentujący bieżące sprawy, to już obrazek kompletny. Jak powiedziałby Cela: kraj rozjuszony z zazdrości.
Dlatego brak hiszpańskich piłkarzy jest dla Realu Madryt błogosławieństwem. Po pierwsze dlatego, że to klub uniwersalny. Po drugie dlatego, że pozwala uniknąć plotek, które karmią hiszpańską kadrę, tutaj złośliwie nazwaną Reprezentacją Autonomiczną, tych samych, które tak bardzo przeszkadzały w czasach mourinhismo. A czym było mourinhismo? Dla młodszych czytelników najlepiej wyjaśnił to sir Alex Ferguson: „W okresie Mourinho w Madrycie co tydzień śledziłem to, co działo się w Hiszpanii. Fascynujące starcie Mourinho z Barceloną było dla mnie jak emocjonujący serial i z niecierpliwością czekałem na każdy kolejny odcinek. Barcelona była na szczycie świata, a kto odważył się rzucić jej wyzwanie, poświęcając przy tym własną reputację? Tylko Mourinho. To było jak wyjście do bitwy z małym mieczem przeciwko całej armii w pełnej sile”.
Kiedy w piątek gola strzelił przystojny Bellerín, który jest weganinem, a „weganin” to indiańskie słowo oznaczające „słaby myśliwy”, wszyscy zrozumieliśmy, że to wszystko może naprawić już tylko Mourinho.
Komentarze (34)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się