Kiedy wygrał pan wybory w 2003 roku, w katalońskim rządzie był Jordi Pujol, w hiszpańskim José María Aznar, a w Białym Domu George Bush. Dziś są tam Salvador Illa, Pedro Sánchez i Donald Trump. Jak bardzo zmieniły się czasy?
Jestem demokratą, opowiadam się za wolnością. Jako prezes Barçy funkcjonuję w określonym otoczeniu. Trzeba umieć się w nim poruszać.
Wtedy było łatwiej czy teraz?
W obu przypadkach jest trudno. Trzeba zachować równy dystans wobec klasy politycznej, która, zważywszy na wielkość Barçy, jest zainteresowana utrzymywaniem określonych relacji z klubem. My staramy się, żeby były one jak najlepsze. Wszyscy żyjemy w tym samym społeczeństwie: my próbujemy dawać ludziom radość, a oni rządzić. Rządzenie krajem nie jest łatwe, podobnie jak prowadzenie klubu piłkarskiego o globalnym wymiarze.
Przepraszam, zapomniałem, a poza Hiszpanią jest jeszcze Carles Puigdemont.
Przewodniczący Puigdemont przebywa na wygnaniu i mam nadzieję, że wróci. To kwestia zastosowania amnestii. Są siły polityczne, które są temu przeciwne, i dlatego dzieje się to wszystko, co widzimy. To nie jest sprawiedliwe.
Czuje się pan bliżej młodych niż socios z trybuny?
Socio z trybuny to zazwyczaj culé, który bardziej cierpi, jest bardziej stateczny. Sam mam już swoje lata, ale bardzo lubię być blisko młodych i słuchać, co myślą. Dotyczy to socios Barcelony, ale też samej drużyny.
Jak wygląda pana okres przejściowy do 1 lipca? Dzwoni pan codziennie do Rafy Yuste?
To mój przyjaciel od zawsze. Był moim świadkiem na ślubie. Teraz mamy taką relację, że on jest prezesem, a ja prezesem elektem, ale tak naprawdę dzwoniliśmy do siebie codziennie od zawsze. Teraz pozostaje mi czekać i być na bieżąco ze wszystkim. Chcemy wiedzieć, jak wygląda realizacja budżetu.
Upiera się pan przy tym, że prezes Barcelony nie powinien pobierać wynagrodzenia, a przecież poświęca pan klubowi więcej energii i czasu niż swojej kancelarii.
Mojej kancelarii poświęciłem bardzo dużo czasu. To 35 lat. W Barçy byłem krócej. Przychodzę tu co rano i mam to szczęście, że mam wspólnika, Alberta Arbósa, który pozwala mi być prezesem Barçy. Kancelaria pozwala mi zarabiać na życie.
Jeśli zarabia pan na życie w kancelarii, ale niemal całą energię poświęca klubowi, to czy nie sprawia to, że klubem mogą rządzić tylko osoby bez problemów finansowych?
Duże poczucie bezpieczeństwa dają mi kompetencje, które zdobywam w kancelarii. Przydają mi się w zarządzaniu klubem. Właściwie zawsze mi służyły.
Tyle że zarabia pan tutaj, a więcej czasu poświęca Barçy.
Mój wspólnik mi na to pozwala, dopóki nie ma to związku z żadną niezgodnością z tym, co robię w Barçy. Proszę pamiętać, że przychodzę tu codziennie rano właśnie po to, żeby mieć kontakt z rzeczywistością. Nie mogę iść do sądu i występować tak jak kiedyś, bo wywołałoby to niepotrzebne zamieszanie. W doradztwie mogę natomiast działać.
Jak wygląda pana dzień?
Wstaję, jem śniadanie w domu i idę tu pieszo, do kancelarii. To 2,2 kilometra. Teraz zamiast jechać do klubu o 10:30, zostaję tu w kancelarii, a potem wracam także pieszo aleją Diagonal.
Dba pan o zdrowie?
Nie jestem maniakiem. Staram się nie przesadzać. Sama codzienna aktywność prowadzi do zdrowych nawyków: chodzenia, myślenia. Był moment, kiedy miałem wysokie ciśnienie, ale to był tylko epizod. Mam prawidłowe ciśnienie i prawidłowe funkcje życiowe. Czuję się dobrze.
Kto o pana dba?
Ja sam. Moje dzieci się martwią, ale są młode i mają własne życie.
Powiedział pan w Cadena COPE, że jeśli jest coś, czego pan żałuje, to zakończenie związku z matką swoich dzieci.
Barça zabiera czas. Musiałem łączyć sprawy zawodowe z Barçą i rodziną. To nie było łatwe. Rozumiem, że ta relacja mogła na tym ucierpieć.
Myśli pan, że w przyszłości może pan też żałować odejścia Messiego?
Zrobiłem to, co musiałem zrobić. Chciałbym, żeby został, ale nie było to możliwe z powodów ekonomicznych. Musiałem podjąć decyzję.
Co znaczą słowa Xaviego z La Vanguardii, że gdyby Leo wrócił, miałby większą władzę niż pan?
Przy każdej podejmowanej decyzji pojawiają się takie historie. Kiedy byłem prezesem, zawsze miałem bardzo dobrą relację z najważniejszymi zawodnikami. Przynajmniej ja tak to odbierałem. Nie wszystko musi kończyć się źle. Bardzo trudno jest, gdy piłkarz odchodzi. Z czasem człowiek wraca pamięcią do dobrych chwil i znów spotyka się z tą osobą.
Czy pomnik i mecz hołdu pozwolą panu ponownie zbliżyć się do Messiego?
To piłkarz pokoleniowy, tak jak Kubala, Cruyff. Messi powinien mieć pomnik i powinien też mieć mecz hołdu. Barça jest jego domem. Przyszła i obecna relacja będzie taka, jak będą chcieli Leo i Barça. W pewnym momencie interesy obu stron znów się spotkają.
Nie mam jasności, bo czasami słyszę od pana jedno, a innym razem coś innego. Kto jest najlepszy w historii: Cruyff czy Messi?
Dla jednego pokolenia punktem odniesienia był Johan. Gdy byłem dzieckiem i odkrywałem futbol, wzorem był Johan. To była sztuka. W El País macie Ramona Besę, który definiuje to idealnie. On zmienił naszą mentalność, nie tylko podejście do zwyciężania, ale też sposób patrzenia na piłkę. To była rewolucja, a kiedy jest się dzieckiem, rewolucje bardzo pociągają. I buntownicy, ci niepokorni, stają się punktami odniesienia. Leo też jest sztuką. A pod względem wyników, jako strzelec i jako podający, jest nie do pobicia. Ma wszystko.
Czy jego odejście nie pozostanie rysą na pana dorobku?
To coś, co będę nosił w sobie zawsze. Lubię też myśleć, że to za mojej prezesury Leo trafił do pierwszego zespołu. I przez wiele lat był najlepszym piłkarzem świata, kiedy to ja byłem prezesem. Później musiałem podjąć decyzję i uważam, że była właściwa. Wystarczy spojrzeć na rezultaty. Udało nam się odbudować sytuację ekonomiczną klubu, stworzyliśmy konkurencyjny zespół i nadszedł moment zmiany pokoleniowej. Leo był już u schyłku kariery i trzeba było budować nową drużynę. Czy chciałbym budować ją z Leo jako wsparciem? Tak. Próbowaliśmy, ale się nie udało.
Czy sprawa Negreiry będzie rysą na Barcelonie?
Nie, to raczej kampania wymierzona w instytucję, kampania mająca ją zdyskredytować i na szczęście nie zakończyła się powodzeniem. Za tym stoją interesy płynące z Madrytu.
Realu Madryt?
Tak. Za każdym razem, gdy sprawa jest bliska zamknięcia, oni przedstawiają dowody, które nie są rozstrzygające. Sędzia, żeby pokazać, że dobrze prowadził postępowanie, czuje się jednak zmuszony przedłużyć śledztwo o kolejne sześć miesięcy. Próbują zbudować kłamstwo, jakoby sędziowie pomagali Barçy zamiast Realowi Madryt, a dzięki temu chcą podważyć najbardziej chwalebny okres w historii klubu, który zaczął się od Rijkaarda i trwał potem z Guardiolą. Istnieje socjologiczny madridismo mający zdolność wpływu, a my nie chcemy, żeby nam szkodziło.
Przecież też wam nie szkodzi.
Zawsze miałem poczucie, że musimy być dużo lepsi od rywali, bo sędziowie nam nie pomagają. Tutaj wygląda to tak, jakby zawsze pomagali Realowi Madryt. Oni mają barcelonitis, to oczywiste. Teraz krytykują nas za to, że zatrudniliśmy kogoś, kto wcześniej był wiceprzewodniczącym, podczas gdy oni mieli przewodniczących komitetu sędziowskiego powiązanych z Realem Madryt.
Tyle że oni nie płacili.
Nie musieli. Byli socios, działaczami albo byłymi piłkarzami Realu Madryt i tego nie uznaje się za coś godnego krytyki. Tymczasem krytykuje się nas za to, że korzystaliśmy z usług firmy, w której pracował syn jednego z wiceprzewodniczących.
Wciąż nie jest jasne, czy Barcelona szukała raportów o sędziach i scoutingu, czy chciała wpływać na decyzje.
To była profesjonalna praca scoutingowa oraz doradztwo sędziowskie.
Scouting piłkarzy?
Dokładnie. W tamtym czasie działy nie były jeszcze tak sprofesjonalizowane jak dziś. Wśród tych usług był też scouting. Wszystkie te raporty były usuwane co pięć lat. W toku postępowania udało nam się przedstawić aż 629 dokumentów.
Jak dawno nie rozmawiał pan z Florentino Pérezem?
Dość dawno. Od jego wystąpienia w sprawie Negreiry nasze relacje się pogorszyły. Postanowiliśmy wycofać się z Superligi, bo przestała mieć sens: nic konkretnego z niej nie wynikało, a mówiliśmy o tym już wcześniej. Poza tym UEFA podejmowała działania, by poprawić stabilność futbolu w Europie.
Lubi pan Florentino?
Szanuję go i mam poczucie, że on także szanował mnie.
W loży Camp Nou robi się interesy?
Dziennikarze lubią rozwodzić się nad takimi rzeczami. To miejskie legendy. Nie robiłem interesów ani w loży Bernabéu, ani w loży Barçy.
Jak zmieniają się relacje na szczycie. Kiedyś miał pan dobre relacje z Florentino, a złe z Tebasem, dziś jest odwrotnie.
Takie jest życie, takie są relacje międzyludzkie i interesy. Kiedy pełni się odpowiedzialną funkcję, czasami relacje opierają się właśnie na tym. Potem są jeszcze relacje osobiste. Staram się z nikim nie być skłócony, nawet z tymi, z którymi myślimy inaczej.
Jak z Tebasem.
Właśnie. Staram się skupiać na pozytywnej stronie każdej osoby.
Czy uważa pan, że La Liga była współodpowiedzialna za sytuację ekonomiczną Barcelony za kadencji Bartomeu, skoro pozwalała choćby na wymiany piłkarzy?
Nie było mnie wtedy tam, ale widziałem skutki. Czasem prawda kryje się w niuansach i kontekście. Wiem na pewno, że to zaszkodziło Barçy. Doprowadziło do tego, że mieliśmy kompletnie niekontrolowaną masę płacową przez serię kontraktów i ostatecznie znaleźliśmy się pod pełną kontrolą. Czy zrobiono to celowo, czy nie, tego nie mogę powiedzieć. To było jak artykuł 155.
Czy Laporta z 2003 roku zagłosowałby na tego z 2026?
Tak, oczywiście. Rozwinąłem się. Mam więcej doświadczenia i wiedzy. Nadal kocham Barçę i bronię jej tak samo jak wtedy. Culés już się wypowiedzieli, a różnica była ogromna. To było lanie i oni sobie na nie zasłużyli.
Dlaczego?
Grali nieczysto. Złożyli skargę pełną fałszu, potem nadali jej wiarygodność w mediach, a później wykonywali ruchy, które wzbudzały wątpliwości… choćby mówiąc, że sprowadzą Haalanda.
Pan w 2003 roku też mówił, że sprowadzi Beckhama.
To nie było to samo. Nikt mi nie zaprzeczył, wręcz przeciwnie. Mam nadzieję, że uszanują demokrację. Czasem słyszę wypowiedzi, że Laporta nie ma monopolu na obronę Barçy i że będą domagać się przejrzystości oraz dobrego zarządzania.
Kto tak powiedział?
Niektórzy z otoczenia. Wygląda na to, że to oni mają monopol na przejrzystość i dobre zarządzanie, choć nie zrobili nic. Wszyscy razem bronimy Barçy. Socio już się wypowiedział, a ja jestem za to wdzięczny. Chciałbym, żeby pozwolono nam pracować w spokoju.
Komentarze (12)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się