Zatrzeć ślady
Zbigniew Wodecki śpiewał niegdyś, że lubi wracać tam, gdzie był. Sentymentalne powroty potrafią rozbudzać ciepło w sercu. Dzisiejszy powrót Realu Madryt do Lizbony z sentymentami ma jednak niewiele wspólnego.
Álvaro Carreras i Arda Güler (fot. Getty Images)
Benfica – Real Madryt: Przewidywane składy
Powrót na miejsce zbrodni jest dość powszechnym zjawiskiem wśród sprawców, zwłaszcza tych, którzy pozbawili kogoś życia lub dopuścili się przestępstwa na tle seksualnym. Literatura fachowa mówi, że w tego rodzaju przypadkach odsetek powracających waha się między 20–40%. Wśród psychologicznych uzasadnień takiego zachowania wymienia się podniecenie i adrenalinę, fascynację własnym czynem, poczucie nieuchwytności, potrzebę kontroli czy zaspokojenie ciekawości.
Czasami jednak dokonywanie analizy umysłu i skupianie się na mentalnym skrzywieniu przestępcy mija się z celem. Wraca on bowiem na miejsce zbrodni wyłącznie z przyczyn praktycznych. Najczęstszymi z nich są zbieranie informacji, obserwowanie postępów w śledztwie lub najzwyczajniej w świecie zacieranie pozostawionych po sobie śladów.
Pod koniec stycznia Real Madryt na Estadio da Luz dopuścił się zbrodni, po której dziś wróci w to samo miejsce właśnie po to, by zatrzeć ślady. Królewscy w ostatnim meczu fazy ligowej Champions League w kuriozalnych okolicznościach wypuścili z rąk bezpośredni awans do 1/8. Sam fakt wykolejenia się na ostatniej prostej to mimo wszystko tylko jeden z elementów tego godnego potępienia czynu. Podopieczni Álvaro Arbeloi w stolicy Portugalii rozegrali bowiem bodaj jeden z najgorszych meczów w ostatnich latach.
Biorąc pod uwagę samą grę, ktoś mógłby stwierdzić, że odrobinę przesadzamy (choć naszym zdaniem nie). Mimo to trudno nie zgodzić się, że gol strzelony nam przez bramkarza czyni z automatu klęskę z Benficą jedną z tych, o których będzie się pamiętać latami. O tym, że na jakiś czas staliśmy się memem, nie ma co już nawet wspominać. Same różnice w interpretacji skali również nijak nie są w stanie zaprzeczyć, że gospodarze byli w tamtym starciu zespołem po prostu kilka klas lepszym. José Mourinho rozpracował Arbeloę jak amatora i pomimo serdecznej relacji łączącej obu panów, z pewnością mógł z satysfakcją pomyśleć sobie „młody, patrz i się ucz”.
Kiedy portugalski szkoleniowiec cieszył się jak szalony po trafieniu Trubina, nie wiedział jeszcze, że właśnie celebruje dwa kolejne spotkania ze swoim byłym pracodawcą. Przewrotny los chciał bowiem, by oba zespoły spotkały się ponownie, ale tym razem już w 1/16 finału. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że gdyby Królewscy trafili na Bodø/Glimt, od strony fabularnej zostalibyśmy pozbawieni jednego z najciekawszych wątków tego sezonu, z powrotem The Special One na Bernabéu jako wisienki na torcie.
Od strony praktycznej konieczność rozegrania dwumeczu z Benficą jest jednak dla nas niczym innym jak karą za bylejakość i niechlujstwo. Real powinien był zrobić wszystko, by tych dwóch dodatkowych spotkań uniknąć, ale w praktyce nie zrobił nic. Niezależnie od tego, czy wynikało to z lekceważenia i przekonania, że nic złego nie może nam się już w fazie ligowej stać, fatalnej dyspozycji dnia, czy wyjątkowo felernego planu na spotkanie, na boisku nie zgadzało się absolutnie nic. Rywal bardzo szybko zorientował się, że taki Real Madryt nie tylko da się pokonać, ale wręcz stłamsić.
W konsekwencji Los Blancos muszą więc wrócić na Estadio da Luz, by zatrzeć ślady swojej działalności i wypaść z kręgu podejrzanych futbolowej policji. Panorama przed wieczornym starciem jest pod pewnymi względami dość podobna do tej z końcówki stycznia. Wówczas Real także przystępował do meczu podbudowany pokonaniem silnego rywala. Wtedy był to Villarreal, teraz – Real Sociedad. Występ przeciwko ekipie z San Sebastián był jednym z najlepszych w wykonaniu Królewskich w tym sezonie, co choć w jakimś stopniu może nas podbudować przed ponowną wyprawą do Portugalii.
Zamiast chwytać się narracji, że pokonanie w dobrym stylu Basków stanowi tak długo wyczekiwany przełom, wolimy jednak wierzyć po prostu w zdolność Arbeloi i jego piłkarzy do refleksji i wyciągania wniosków. Chcielibyśmy wierzyć, że to, co wydarzyło się w poprzedniej potyczce z Benficą, było tym umownym jednym na dziesięć meczów, w którym którejś drużynie wychodzi wszystko, a innej nic. To jednak nie ten przypadek, w którym moglibyśmy stwierdzić, że pod względem potencjału podłoga jednych jest sufitem drugich.
Jeśli o czymś mogliśmy się dobitnie w Lizbonie przekonać, to o tym, że żarty się skończyły. Tym bardziej teraz.
* * *
Mecz z Benficą rozpocznie się o 21:00, a w Polsce będzie można obejrzeć go na kanale CANAL+ Extra 1 w serwisie CANAL+.
Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.
Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!
Komentarze