Historia Łunina to przykład tego, że czasami niezależnie od tego, jak wiele zrobisz, to koniec końców i tak okazuje się, iż jest to za mało, by trwale zmienić swoją sytuację. Zapewne zdecydowana większość z nas doskonale pamięta występy Andrija w sezonie 2023/24. Wówczas to przez większą część sezonu Ukrainiec zastępował poważnie kontuzjowanego Thibaut Courtois. Choć wokół pojawiały się wątpliwości, czy jest on w stanie podołać tak trudnemu zadaniu, to jednak nie ugiął się pod presją i walnie przyczynił do ostatecznego triumfu w Lidze Mistrzów. Postawa w spotkaniu z Lipskiem, czy seria rzutów karnych z Manchesterem City jednoznacznie nadały sens jego karierze w Realu Madryt.
W samym finale szansy jednak nie otrzymał, a między słupki wrócił Courtois. Taka decyzja Ancelottiego mogła zaboleć i z pewnością zabolała Łunina bardzo mocno. Belg pomimo powrotu świeżo po długotrwałym urazie z miejsca odzyskał status sprzed kontuzji, co w najbrutalniejszy sposób pokazało Andrijowi jego miejsce w hierarchii. Udało mu się wygrać z Kepą, ale belgijskiego giganta nie był w stanie nawet drasnąć. Jego pięć minut minęło, trzeba było wrócić do dawnej rzeczywistości.
Łunin stanął więc przed wyborem: albo poszukać szczęścia gdzie indziej, albo zostać. Po tak dobrym sezonie z pewnością nie brakowało chętnych, by sprowadzić golkipera do siebie. Przed długi czas zmiana otoczenia wydawała się zresztą najbardziej prawdopodobnym i najsensowniejszym rozwiązaniem. Pomimo braku perspektyw na poprawę swojej sytuacji postanowił on jednak przedłużyć kontrakt. Warunki finansowe uległy rzecz jasna znacznej poprawie, ale perspektywa sportowego rozwoju pozostawała zahamowana. Co dokładnie kierowało bramkarzem podczas podejmowania decyzji? O to trzeba by zapytać jego samego.
Jakkolwiek patrzeć, obecny sezon jest jego szóstym w barwach Realu Madryt. Do tej pory rozegrał w nim trzy mecze, w których wyciągał piłkę z siatki aż ośmiokrotnie. Jego szanse na dalsze występy wydatnie redukuje odpadnięcie Królewskich z Pucharu Króla, gdzie uczyniono z niego jednego z głównych winowajców w kompromitacji z Albacete. Obarczanie za tę katastrofę wyłącznie Andrija byłoby jednak sporym nadużyciem.
Tak jak we wstępie, życzymy Ukraińcowi, by po prostu wykorzystywał ewentualne kolejne szanse i cieszył się każdą minutą spędzoną na murawie. Jeśli czuje się szczęśliwy w swojej obecnej roli, nie zamierzamy mu odbierać do tego prawa. Nam wystarcza jedynie fakt, że w razie potrzeby mamy na posterunku kogoś, kto jest w stanie wejść do bramki za Courtois i nie pęknąć.
Wszystkiego najlepszego, Andrij!
Komentarze (1)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się