Ostre hamowanie Realu na Anfield. A tak naprawdę rozczarowanie, bo jeśli przegrali różnicą tylko jednej bramki, to jest to zasługą Courtois, który przypominał tego Courtois z Saint-Denis, który gnębił Liverpool. Tamtego dnia jedynego gola strzelił Vinícius, a tym razem Mac Allister, który pokonał belgijskiego bramkarza strzałem głową z bliskiej odległości po n-tym dośrodkowaniu Szoboszlaia. Tego Węgra, który ma dotknięcie piłki swoich rodaków z dawnych lat. Możemy powiedzieć, że Real przez cały mecz był poziom niżej od Liverpoolu pod względem siły i motywacji. Gospodarze wygrywali większość pojedynków, dobrze czytali grę i skutecznie wyłączyli groźnych zawodników Realu. Szczególnie godne uwagi było krycie Bradleya na Viníciusa, który rozpoczął z wielką energią, ale nie wygrał ze swoim obrońcą ani jednego pojedynku.
Po drugiej stronie grał Camavinga, co jest decyzją trudną do wytłumaczenia. Xabi zrobił to już w meczu z Barça i powtórzył na Anfield. Widzi coś, czego my nie widzimy, choć trzeba przyznać, że najgorszy moment Realu przyszedł po przerwie, kiedy przez chwilę Güler grał po prawej stronie, a Camavinga w środku. Choć wcześniej też nie szło im o wiele lepiej. Courtois wykonał w pierwszej połowie sześć interwencji, w tym cztery niewiarygodne.
Nic się nie zawaliło. Po trzech meczach Real miał trzy zwycięstwa i jeszcze sporo grania do końca, ale najgorsze są odczucia, brak siły, widoczne zmęczenie Gülera i błędy Huijsena, który unika pojedynków ciało w ciało, a wczoraj był nieprecyzyjny i rozregulowany. Miałem wrażenie, że oglądałem walkę dwóch bokserów, których dzieliła różnica kilku kategorii wagowych.
Komentarze (9)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się