REKLAMA
REKLAMA

Aktualności+

Archiwum

Wyszukiwana fraza: pedro morata, liczba wyników: 14
  • Komentarze (52)

    Pedro Morata: Barcelona robiła machlojki, Florentino milczał

    Pedro Morata to dziennikarz Marki i radia COPE z Walencji, który zajmuje się sprawami organizacyjnymi i finansowymi w hiszpańskim futbolu. Od lat krytycznie ocenia działania Florentino Péreza, a jego poprzednie publikowane u nas teksty można znaleźć pod tym linkiem. Teraz dziennikarz zajął się finansami Barcelony. Przedstawiamy pełne tłumaczenie jego felietonu.

    REKLAMA
    REKLAMA
    Pedro Morata: Barcelona robiła machlojki, Florentino milczał
    Joan Laporta i Florentino Pérez po Klasyku w Superpucharze w styczniu 2026 roku. (fot. Getty Images)

    Jak to możliwe, że przy tak surowych zasadach finansowego fair play w La Lidze dochodzi do takiej sytuacji?

    REKLAMA
    REKLAMA

    To niewiarygodne, ale prawdziwe. Po zapoznaniu się z najnowszym sprawozdaniem finansowym Barçy, datowanym na 30 czerwca 2026 roku, wyraźnie widać dwie rzeczy dotyczące „dźwigni” o wartości 300 milionów euro:

    1. Ze sprzedaży 49% Barça Studios za 200 milionów euro, po różnych nieudanych lub spreparowanych transakcjach kupna i sprzedaży, Barça otrzymała do dziś zaledwie 55 milionów, licząc od sierpnia 2022 roku, kiedy przeprowadzono tę operację.

    2. Ze sprzedaży 475 miejsc VIP za 100 milionów euro otrzymała 72 miliony. Transakcję przeprowadzono 31 grudnia 2024 roku.

    Ta druga operacja została przeprowadzona przez Barçę w sylwestra, aby móc zarejestrować Daniego Olmo, ponieważ klub nie miał odpowiedniego marginesu w ramach finansowego fair play. Dziwna transakcja, zawierana w pośpiechu, z mołdawskim przedsiębiorcą Rustanem Birladeanu… o którym będzie jeszcze głośno.

    La Liga nie kupiła tej ekspresowej umowy, skleconej naprędce i nie uznała przychodu na 31 grudnia 2024 roku, przez co klub nie zdążył zarejestrować Olmo i Pau Víctora.

    To właśnie przy tej operacji Barça zatrudniła specjalnie audytora, i to na jeden dzień, aby zatwierdził transakcję między 1 a 3 stycznia 2025 roku. La Liga złożyła zawiadomienie przeciwko firmie audytorskiej Abauding Auditores SLP. Dzięki temu pozytywnemu raportowi audytora, przygotowanemu na zamówienie, La Liga nie miała innego wyjścia, jak uznać te 100 milionów na potrzeby finansowego fair play.

    Nowy stały audytor Barçy, Crowe, zaledwie dwa miesiące później, w marcu 2025 roku, usunął z ksiąg klubu te 100 milionów. Ze 100 do 0, po stwierdzeniu całkowitego braku wiarygodności tej umowy sprzedaży. Ale z marginesu w ramach finansowego fair play klub zdążył już skorzystać, choć nawet to nie wystarczyło do zarejestrowania Olmo.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Wtedy Barça zwróciła się do CSD (Najwyższej Rady Sportu, najwyższego rządowego organu wykonawczego w sporcie) i rządu, a tydzień później otrzymała rządową amnestię, dzięki której mogła zarejestrować Olmo 7 stycznia 2025 roku, chociaż siedem dni wcześniej La Liga jej to uniemożliwiła. To wtedy Laporta pokazał ten słynny gest Kozakiewicza. Pamiętacie?

    CSD uargumentowała, że wspólna komisja La Ligi i Federacji nie miała kompetencji do odmowy rejestracji, po czym wykonała niesłychany fikołek, powołując się na interes narodowy związany z reprezentacją, aby umożliwić rejestrację zawodnika. No cóż… na zasadzie starego, dobrego „bo tak i już”.

    W związku z tym toczy się postępowanie administracyjne, wszczęte przez La Ligę przeciwko CSD. Ale zawodnik od tamtej pory pozostawał zarejestrowany, a Barça korzystała z niego przez półtora roku, aż 1 lipca 2026 roku wróciła do zasady 1:1 i La Liga uwzględniła koszt piłkarza w rozliczeniach finansowego fair play. Jednak od 7 stycznia 2025 roku do 1 lipca 2026 roku Dani Olmo grał dzięki rejestracji wymuszonej przez CSD. To sprawa niezwykle poważna, która przez półtora roku rozgrywała się na oczach wszystkich. Ta anomalia była wynikiem decyzji, która zagroziła i nadal zagraża systemowi kontroli ekonomicznej La Ligi. CSD powinna stać na jego straży, a kluby powinny były się postawić, lecz tego nie zrobiły. Wszyscy ponoszą odpowiedzialność: za działania albo za zaniechania.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Z tej spreparowanej 31 grudnia 2024 roku transakcji o wartości 100 milionów Barça, jak sama przyznała, otrzymała 71,9 miliona. W kolejnych sprawozdaniach, za sezon 2024/25 i w najnowszym za 2025/26, przyznała już, że pozostałych 28,1 miliona nie otrzyma.

    Ze 100 milionów 30 miało pochodzić od katarskiej firmy Forta Advisors Limited, a pozostałe 70 od New Era Visionary SL Mołdawianina Birladeanu. Z tej drugiej kwoty wpłynęły tylko 42 miliony. Nie zapłacono 28 milionów. Powtarzam: o operacji z Mołdawianinem Birladeanu jeszcze usłyszycie.

    Barça mogła więc swego czasu skorzystać najpierw z 200, a następnie ze 100 milionów marginesu w ramach finansowego fair play, z których do dziś, cztery lata później, otrzymała zaledwie 127 milionów. Innymi słowy, Barça skorzystała ze 173 milionów euro nadzwyczajnych przychodów, których nie otrzymała, ale które z wyprzedzeniem wykorzystała do przeprowadzania transferów, rejestrowania zawodników i zwiększenia swoich szans na zdobywanie trofeów.

    Są właściciele o skromnych możliwościach, którzy wkładają pieniądze całymi ciężarówkami, jak José Danvila w Levante. Zapewne mają ochotę wedrzeć się do biur kontroli ekonomicznej La Ligi, obrzucając je kamieniami. To samo mówię o właścicielach Atlético Madryt, Valencii, Betisu… i tak dalej. Wykładają pieniądze, a w tym samym czasie oglądają ten pokaz tandetnej magii.

    REKLAMA
    REKLAMA

    To poważna nieprawidłowość, z którejkolwiek strony na nią spojrzeć i należy ją wyeliminować oraz naprawić. Jak? Rozwiązanie nie jest trudne, ale kluby muszą chcieć je zatwierdzić, ponieważ to one rządzą w La Lidze, a nie Tebas (przynajmniej w teorii). Należałoby zakazać uwzględniania na potrzeby finansowego fair play nadzwyczajnych operacji polegających na sprzedaży z wyprzedzeniem aktywów, z wyłączeniem zawodników. Na potrzeby finansowego fair play można byłoby wykorzystywać wyłącznie pieniądze faktycznie otrzymane, a nie zapisane w umowach, które jak się okazało, można sobie spreparować bez zamiaru ich realizacji, nawet jeśli zatwierdzają je audytorzy. To właśnie ich zatwierdzenie jest przepustką, która zmusza La Ligę do przełknięcia takich umów. Oczywiście ta zasada obowiązywałaby wszystkie kluby, jeśli już Barça pokazała nam wszystkim, jak obchodzić przepisy kontroli ekonomicznej za pomocą machlojek (sztucznych).

    Roures to przyznał. [słowa Rouresa i tę historię można przeczytać w tym artykule] Jego firma podpisała umowę zakupu połowy z tych 49% Barça Studios za 100 milionów euro z zamiarem pomocy Barçy. Nie było jednak żadnego zamiaru wywiązania się z tej umowy. Była to operacja skrojona na miarę, służąca spreparowaniu legalnego kontraktu, który zapewniłby Barçy 100 milionów marginesu w ramach finansowego fair play, aby mogła wtedy zarejestrować między innymi Koundé, Raphinhę i Lewandowskiego. Firma socios.com zrobiła to samo z kolejnymi 100 milionami. Doprowadziło to do tego, że Barça zdobyła mistrzostwo dzięki sztucznemu marginesowi finansowego fair play. Była to liga sezonu 2022/23, którą nazwałem Ligą Bękartów. Z tych 200 milionów otrzymano 55, ale Barça wykorzystała 200, a La Liga jej na to pozwoliła. Kluby zaś milczały – zarówno w tej sprawie, jak i w sprawie amnestii ze strony Rodrígueza Uribesa z CSD.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Od sierpnia 2022 roku, kiedy dokonano tej operacji, do momentu skorygowania rozliczeń finansowego fair play z tytułu niezapłaconych należności, Barça korzystała ze 173 milionów marginesu, za którymi nie stały otrzymane pieniądze i wygrała w tym czasie:

    • Ligę i Superpuchar w sezonie 2022/23.

    • Nic w sezonie 2023/24.

    • Ligę, Puchar i Superpuchar w sezonie 2024/25.

    Kiedy wygrała ligę i Superpuchar w sezonie 2025/26, rozliczenia związane z machlojkami i rozmaitymi sztuczkami były już skorygowane.

    Wszystko to przy współwinnym milczeniu Florentino, który w tamtym okresie wszystko przełykał i choć tak chętnie składa różnego rodzaju zawiadomienia, to tu nie zgłaszał niczego, mimo szkody, jaką tak nierówne traktowanie wyrządzało Realowi Madryt. Wszystko przez obsesję utrzymania Laporty w swojej Superlidze.

    Ten artykuł nie ma na celu odbierania Barçy jakichkolwiek zasług sportowych w zestawieniu z katastrofą Realu Madryt w dwóch ostatnich sezonach, zakończonych bez trofeów, bez wygrania absolutnie czegokolwiek. Dwa „zeroplety”. Florentino też stosuje dźwignie, z tą różnicą, że Real Madryt otrzymuje z nich pieniądze. Celem tego artykułu jest zwrócenie uwagi na to, że przepisy kontroli ekonomicznej nie powstrzymały tej luki, dzięki której Barça mogła wykorzystywać na transfery pieniądze, z których nie powinna była korzystać. Osobną kwestią jest to, czy w ostatnich sezonach Barça przeprowadza lepsze, czy gorsze transfery od Realu Madryt.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Nie chcę jeszcze bardziej komplikować sprawy, ale obraz staje się gorszy, gdy uwzględnimy, że przy operacji sprzedaży 49% Barça Studios za 200 milionów euro – choć udziały te ewidentnie nie były tyle warte – Barça zaksięgowała nie 200, lecz 408 milionów euro. Prawo na to pozwala na mocy zawiłego przepisu, nad którym nie będę się tutaj rozwodził. Innymi słowy, w sprawozdaniu finansowym za sezon 2022/23 Barça wykazała przed swoimi socios przychód w wysokości 408 milionów, z których do dziś otrzymała zaledwie 55. Były to sprawozdania, które nie odpowiadały rzeczywistości. A mimo to zostały zatwierdzone przez socios.

    Zapytałbym Instytut Rachunkowości i Audytu przy Ministerstwie Gospodarki: jak coś tak skandalicznego może być legalne?

    Socios Barçy nawet nie zamierzam pytać, jak można zatwierdzić coś takiego, skoro zaakceptowali prowizję w wysokości 49 milionów euro dla pana o nazwisku Darren Dein, który w ogóle nie był potrzebny do przedłużenia umowy Barçy z Nike. Darren Dein zapewne wie, dokąd trafiło te 49 milionów euro. Napiwek.

    Wszystko to zakończyło się zresztą ponownym wyborem Laporty na prezesa z większą liczbą głosów niż w poprzednich wyborach, więc wszystkie te operacje uzyskały akceptację członków klubu.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Łącznie z pozostaniem prezesa na stanowisku pomimo strat ponoszonych nieprzerwanie przez trzy ostatnie sezony, podczas gdy historyczny statut Barçy w artykule 67. zabraniał zarządowi wykazywania strat przez dwa lata z rzędu lub pogarszania stanu kapitału własnego. W takim przypadku członkowie zarządu musieli pokryć te straty. Teraz nowa Barça Laporty, przy poparciu socios, zniosła obowiązek przedstawienia gwarancji finansowej przez kandydatów i tymczasowo zawiesiła artykuł 67. Zrobiła to w październiku 2021 roku, do czasu, aż kapitał własny ponownie stanie się dodatni. Do dziś pozostaje on ujemny, a jego stan się pogarsza.

    Grzech pierworodny

    W ten sposób sezon 2020/21, rozpoczęty pod rządami Bartomeu, który sprawował władzę do października 2020 roku, następnie prowadzony przez zarząd komisaryczny do marca 2021 roku, a zamknięty księgowo przez Laportę, urzędującego od marca do 30 czerwca 2021 roku, zakończył się monstrualną stratą 481 milionów. Laporta naciągnął i wyolbrzymił wszystkie możliwe pozycje, aby obrzucić błotem zarządzanie Bartomeu.

    Ta liczba wywołała jednak trzęsienie ziemi w księgach, które doprowadziło Barçę do całego tego zamieszania z dźwigniami, tymi prawdziwymi i tymi fikcyjnymi. Klub do dziś się z tego nie podniósł. Laporta nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo strzela sobie w stopę, wykazując tak wyolbrzymione straty w sezonie 2020/21.

    REKLAMA
    REKLAMA

    W ostatnich sześciu sezonach (Laporta przyszedł w marcu 2021 roku), pomimo zaksięgowania 638 milionów rzeczywiście otrzymanych przychodów z dźwigni (już po skorygowaniu ich wartości), oraz 245 milionów z dźwigni placebo (bez wpływu pieniędzy) po cięciach dokonanych przez audytora z powodu niezapłaconych należności, suma zysków i strat daje -293 miliony skumulowanych strat w ciągu sześciu sezonów.

    W konsekwencji na 30 czerwca 2026 roku Barça ma ujemny kapitał własny wynoszący -168 milionów euro, będący skutkiem historycznie skumulowanych strat i zysków. To sprawiło, że UEFA ukarała ją grzywną w wysokości 15 milionów euro, a klub musiał wykonać kolejny fikołek: doprowadzić do udzielenia przez Goldman Sachs pożyczki w wysokości 90 milionów jednej ze swoich spółek zależnych (BLM). Chodziło o to, aby ta pożyczka partycypacyjna została uznana za kapitał własny i pozwoliła uniknąć naruszenia przepisu UEFA, zgodnie z którym na każdy 31 grudnia klub musi poprawiać swój ujemny kapitał własny o 10%. Tymczasem Barça właśnie pogorszyła go o kolejne 15 milionów.

    Wszystko to pomimo faktu, że Barça jest maszynką do generowania przychodów i podjęła wysiłki, by uzdrowić swój rachunek wyników oraz koszty kadry. Wydaje jednak pieniądze w takim samym tempie, w jakim je zarabia.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Niech zabawa trwa, dopóki Barça zdobywa trofea i są chleb oraz igrzyska. Tak to wygląda w futbolu i w Hiszpanii, w futbolu i w polityce. Dlatego z każdym dniem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że dziennikarstwo śledcze czy odpowiedzialne dziennikarstwo mają coraz mniejsze znaczenie. Pozostaje tylko spokojne sumienie, kiedy kładziesz się spać.

    Czytaj kolejne newsy bez przeklikiwania

    Jako Socio korzystasz z widoku Aktualności+, w którym kolejne artykuły wyświetlają się w całości, jeden pod drugim. Wystarczy przewijać.

    • Aktualności+
    • Bez reklam
    • Priorytetowy support
    Zobacz Aktualności+ od 12,50 zł /mies.przy płatności rocznej
  • Komentarze (27)

    Pedro Morata: Jeżeli Florentino nie sprowadzi wielkiej gwiazdy za 150 milionów, będzie to kpina z madridistas

    Pedro Morata to dziennikarz Marki i radia COPE z Walencji, który zajmuje się sprawami organizacyjnymi i finansowymi w hiszpańskim futbolu. Przedstawiamy pełne tłumaczenie jego felietonu, w którym ocenia kampanie wyborcze Enrique Riquelme i Florentino Péreza. Przypomnijmy, że COX, firma Riquelme, to główny sponsor walenckiego portalu o sporcie należącego do Moraty.

    REKLAMA
    REKLAMA
    Pedro Morata: Jeżeli Florentino nie sprowadzi wielkiej gwiazdy za 150 milionów, będzie to kpina z madridistas
    Florentino Pérez. (fot. Getty Images)

    Wnioski, błędy i trafione decyzje Florentino i Riquelme w kampanii
    Pedro Morata - MARCA

    REKLAMA
    REKLAMA

    Ogólnie rzecz biorąc, wybory okazały się bardzo pożyteczne dla socios Realu Madryt. Były dość pożyteczne dla Riquelme i mało pożyteczne dla Florentino, ponieważ przede wszystkim wypromował na przyszłość następcę, który nie jest jego człowiekiem, a także wyraźnie pokazał, w jakim momencie życia i prezesury się znajduje. Nie było to więc słodkie zwycięstwo, zwłaszcza że bez wyborów jego mandat trwałby do stycznia 2029 roku.

    Wszyscy, włącznie z krytykami Riquelme, twierdzą, że zdobycie znikąd 35% głosów jest bardzo dobrym wynikiem. I zgadzam się z tym. Co trzeci madridista zagłosował na człowieka, który był szerzej nieznany i który w ciągu 25 dni musiał zmierzyć się z historycznym prezesem mającym na koncie mnóstwo tytułów. Uważam jednak również, że zdobycie przez Florentino 65% głosów jest bardzo dobrym wynikiem, zważywszy na dwa lata bez trofeów oraz wizerunek, jaki pozostawił po sobie podczas tych wyborów. Nie sądzę, by nawet Laporta, który jest mistrzem w takich sprawach, zdołał osiągnąć coś podobnego w Barcelonie na równych warunkach, po dwóch latach bez trofeów i przy wyborach rozpisanych w taki sposób, jak zrobił to Florentino. Dlatego też można pozytywnie oceniać to, że Florentino, mimo kampanii wyborczej znacznie gorszej od kampanii Riquelme, ciągłego reagowania na jego ruchy i widocznego zmęczenia wszystkim, co wiąże się ze światem Florentino, zdołał uzyskać 65% głosów.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Mourinho, Konaté, Dumfries oraz będąca zasłoną dymną oferta w wysokości 150 milionów euro, o której za chwilę napiszę szerzej, a do tego ten niefortunny galimatias dotyczący prywatyzacji części Realu Madryt, przedstawiony w najmniej odpowiednim momencie, stanowiły wystarczające argumenty, by uzyskać znacznie mniej niż 65%. Jednak wcześniejszy dorobek Florentino, jego historyczne dokonania, przeprowadzone transfery i zdobyte tytuły ważyły znacznie więcej niż jego obecna rzeczywistość. Starsi socios musieli wykazać się wobec niego dużą empatią, a pozostali po prostu, mimo że jego argumenty wyborcze były słabsze, zaufali Florentino bardziej niż młodemu i wzbudzającemu nadzieję Riquelme oraz jego możliwym obietnicom wyborczym, w których pewność wielu ludzi mogła jednak nie uwierzyć. To zrozumiałe, ponieważ Enrique Riquelme miał ogromne trudności ze „sprowadzeniem” wyborczych gwiazd. Nie był na rynku wystarczająco silnym kandydatem, by największe nazwiska chciały się za nim jednoznacznie opowiedzieć, ryzykując kompromitację w przypadku jego porażki, do której ostatecznie doszło. Nigdy nie dowiemy się, co wydarzyłoby się, gdyby Riquelme nie musiał mierzyć się z dementi ze strony wszystkich poza samymi zainteresowanymi, ponieważ ani Haaland, ani Klopp, ani Rodri osobiście nie zaprzeczyli żadnej z jego wypowiedzi. Zaprzeczyli jednak agentka i ojciec Haalanda, a także, w bardzo stanowczy sposób, agent Kloppa. Wiem, że Riquelme negocjował z nimi, aby nie pojawiły się żadne dementi i że być może nawet za to zapłacił lub zaproponował zapłatę. Jestem bowiem pewien, że Enrique Riquelme niczego sobie nie wymyślił i nie dopuścił się szaleństwa polegającego na wykorzystaniu nazwisk Haalanda, Kloppa i Rodriego bez wcześniejszego omówienia tego z nimi.

    REKLAMA
    REKLAMA

    To, co ostatecznie się wydarzyło, prowadzi mnie jednak do dwóch wniosków:

    OPCJA 1. Riquelme zaakceptował to, co się stało, czyli scenariusz minimum, w którym sami zainteresowani nie mieli mu osobiście zaprzeczyć, ale zrobiło to ich otoczenie, aby zabezpieczyć Haalanda i Rodriego wobec City, a Kloppa wobec jego własnej sytuacji. Jeżeli tak było, w dementi zdecydowanie przesadzono. Mogły być znacznie łagodniejsze. Jeśli rzeczywiście doszło do realizacji opcji numer 1 i Riquelme zaakceptował taki scenariusz, uważam, że mu to zaszkodziło.

    OPCJA 2. Uzgodniono, że po zapłaceniu odpowiedniej kwoty nie będzie żadnych dementi, ale Pimenta, ojciec Haalanda, sam Haaland, Klopp i jego agent zdradzili Riquelme.

    Wiem, że przed rozmową z Kloppem Riquelme zwrócił się bezpośrednio do Red Bulla, aby poprosić o zgodę i zawrzeć z nim przyszłe porozumienie handlowe. Jeżeli prawdziwa jest opcja numer 2, na miejscu Riquelme ujawniłbym te porozumienia, aby socios Realu Madryt wiedzieli, że nie jestem sprzedawcą dymu. Riquelme musi udowodnić swoją wiarygodność ludziom, którzy będą wybierali go następnym razem, a nie Haalandowi i Kloppowi. Zwłaszcza że, prawdę mówiąc, już niedługo pojawią się inne wielkie nazwiska, które będzie można zaproponować madridismo.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Z drugiej strony bardzo mnie zaskoczyło i zupełnie nie rozumiem, dlaczego Raúl, Hierro i Del Bosque nie pojawili się publicznie na żadnym zdjęciu ani u jego boku, skoro pozwolili Riquelme posługiwać się swoimi nazwiskami. A pozwolili, ponieważ nikt niczego nie zdementował. Cała trójka zdaje się mieć świadomość, że u Florentino basen jest pusty, dlatego nie rozumiem takiego opowiadania się po jednej ze stron tylko połowicznie. To samo mówię o Casillasie, który po wyborach ostatecznie pogratulował obu kandydatom, żeby żaden się nie obraził, przez co prawdopodobnie obrazili się obaj. Wiem również o innej wielkiej legendzie, zwycięzcy i jednym z bohaterów jednej z edycji Ligi Mistrzów, która przed wyborami znajdowała się po stronie Riquelme, ale gdy nagle nadeszła decydująca chwila, usunęła się w cień. Nie ujawnię jej nazwiska, ponieważ nie była częścią kampanii.

    Enrique musi wyciągnąć z tego wszystkiego wnioski na przyszłość. Rozumiem wszystkich, ale w życiu trzeba jednoznacznie się opowiedzieć, gdy przychodzi odpowiedni moment. Nie zawsze można nosić dwie koszulki. Enrique Riquelme był bardzo osamotniony pod względem znanych osób, które publicznie stanęłyby po jego stronie. Dlatego zdobycie mimo wszystko 35% głosów ma tak dużą wartość. Kiedy będzie miał czas, którego tym razem zabrakło, lepiej się przygotuje i pozyska nazwiska naprawdę gotowe jednoznacznie go poprzeć, sytuacja bardzo się zmieni, zwłaszcza że punktem wyjścia będzie już te 35%.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Jeszcze dwie refleksje. Stanowisko dyrektora sportowego nie jest tym samym co funkcja klubowej legendy mającej pełnić rolę reprezentacyjną i wizerunkową. Monchi czy Mateu Alemany to zupełnie coś innego niż Butragueño, Raúl czy Roberto Carlos. Nie można odbierać powagi stanowisku dyrektora sportowego, myląc je z zatrudnieniem słynnej klubowej legendy. Jeszcze gorzej jest w przypadku Florentino, który sam bezpośrednio pełni funkcję dyrektora sportowego. To strategiczne stanowisko. W klubie o poziomie Realu Madryt nie może objąć go ktoś, kto nie ma żadnego doświadczenia, niezależnie od tego, czy nazywa się Raúl, Kempes, Ronaldinho, Cristiano czy jakkolwiek inaczej. Wiem, że tak się dzieje i nadal będzie się działo, ale nie oznacza to, że jest to właściwe. Czym innym byłby duet Raúl i ktoś jeszcze, lecz ten drugi człowiek musi być profesjonalistą mogącym wykazać się udaną historią transferową, znającym finansowe fair play i jego zasady, limit kosztów kadry, mającym doświadczenie negocjacyjne i potrafiącym rozmawiać z agentami. Piłkarz, niezależnie od tego, jak był dobry, nie musi być ani dobrym trenerem, ani dobrym dyrektorem sportowym. To fundamentalny błąd, który popełniany jest bardzo często.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Moim zdaniem drugim wielkim argumentem, którego Riquelme nie wykorzystał, był pomysł zapisany w jego notatniku: obniżenie socios i posiadaczom karnetów opłat o 50% aż do zdobycia Ligi Mistrzów, na trzy lata albo na całą kadencję. Oznaczałoby to zmniejszenie rocznych przychodów o 34 miliony euro, które klub taki jak Real Madryt może zdobyć, wykonując dwa telefony albo sprzedając połowę niepotrzebnego zawodnika. Ta 50-procentowa zniżka dla 60700 posiadaczy karnetów mających prawo głosu naprawdę ruszyłaby ich z miejsca. Ci, którzy mieliby jakiekolwiek wątpliwości dotyczące Haalanda i Kloppa, poszliby zagłosować na Riquelme choćby po to, aby zaoszczędzić połowę ceny karnetu, która w wielu przypadkach stanowi pokaźną kwotę. Nawet gdyby przegrał, co przy takim rozwiązaniu byłoby trudniejsze, miałby obecnie znacznie więcej niż 35%, a jego pozycja byłaby jeszcze mocniejsza niż teraz.

    Po tym wszystkim wybory okazały się dla Riquelme więcej niż pozytywne. Mimo porażki moim zdaniem wygrał. Nie wygrał wyborów, ale wygrał pozycję. Ogólnie pozostawił po sobie dobre wrażenie. Istnieje alternatywa. Ludzie wiedzą już, że ktoś, kto w ciągu dziesięciu dni przedstawia gwarancję bankową w wysokości 187 milionów euro, nie jest byle kim. Teraz musi jedynie milczeć, zachowywać się elegancko i usiąść przed drzwiami swojego domu. Ma 37 lat. Musi tylko czekać na upływ czasu, na to, aż Florentino narobi bałaganu z prywatyzacją albo aż wyniki sportowe nie poprawią się pod wodzą Mourinho.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Blaski i cienie Florentino

    Najgorsze, co Florentino wynosi z tych wyborów, to fakt, że wypromował i umocnił pozycję swojego następcy, którym nie jest Anas Laghrari. Sądził, że nikt nie wystartuje, i pomylił się. Co więcej, sam stworzył swojego więcej niż prawdopodobnego następcę.

    Florentino korzystał ze wszystkich możliwych przywilejów wynikających z faktu sprawowania władzy, a nawet z kilku dodatkowych:
    – spis wyborców
    – brak konieczności przedstawienia gwarancji bankowej
    – strach piłkarzy, agentów i trenerów przed opowiedzeniem się po stronie konkurencyjnej kandydatury z obawy przed późniejszymi konsekwencjami
    – terminy, które dawały jego rywalowi dziesięć dni na przedstawienie gwarancji oraz czternaście dni na wyjaśnienie swojego projektu.

    Mimo tych przewag i swojej historycznej kariery Florentino źle wszystko obliczył. Musiał zakasać rękawy, udzielać wywiadów, odbywać tournée po mediach i zejść do błota wyborczych obietnic, dzień po tym, jak Riquelme obiecał Haalanda w programie El Hormiguero. Cały czas reagował z opóźnieniem. Ciągnął za sobą pomysły i argumenty, ale miał jeden kluczowy atut: jest Florentino. Błąd związany z prywatyzacją pokazuje, że stracił kontrolę, ponieważ wyciąganie takiego tematu podczas kampanii, bez świadomości, co właściwie się proponuje i tłumaczy, jest bardzo niezręczne. Nikt tego nie rozumie.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Transferowe argumenty wyborcze nie są żadną bombą, choć wśród madridismo nadal pozostaje wielu wiernych zwolenników stylu Mourinho. Teraz interesujące będzie sprawdzenie, czy obecny Mourinho, zatrudniony jako desperacki środek, niczym znachor, do którego człowiek idzie, gdy nikt inny nie potrafi wyleczyć jego choroby, wskrzesi Florentino, czy też zada mu ostateczny cios.

    Oferta za 150 milionów była wielką zasłoną dymną. To zdumiewające, jak łatwowierni potrafią być ludzie, a zarazem jak pokrętni, zależnie od tego, czy ktoś urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, czy jako pechowiec. Czy oferta Florentino dotyczyła tylko jednego piłkarza? Czy można było oddać tylko jeden strzał? Czy to było jakieś UFO z programu Horizonte? Jeżeli składana przez ciebie oferta kończy się niepowodzeniem albo nie zostaje przyjęta, to nie próbujesz pozyskać innego zawodnika za 150 milionów? Co to ma być za robienie ludzi w konia? Florentino dzwoni do [prezesa Atlético] Enrique Cerezo, proponuje mu 150 milionów euro za Juliána Álvareza podczas krótkiej, telegraficznej rozmowy, mówi to półsłówkami, czeka na odmowę, po czym natychmiast wydaje komunikat prasowy, czego klub nigdy nie robi, informując, że oferta została przedstawiona, ale Atlético ją odrzuciło. Wszystko to bez wcześniejszej rozmowy z piłkarzem ani jego agentem, co osobiście potwierdziłem. Nikomu nie przychodzi do głowy oferowanie 150 milionów euro za zawodnika bez wcześniejszego porozumienia z nim. Dlaczego tego nie zrobiono? Ponieważ wcale go nie chcieli. Gdyby Atlético przyjęło 150 milionów, Real Madryt zaproponowałby piłkarzowi absurdalny kontrakt, aby ten go odrzucił i żeby transfer nie doszedł do skutku.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Cały ten monumentalny blef jest robieniem ludzi w konia, niegodnym Florentino. Wszystko po to, aby spełnić obietnicę, zgodnie z którą we wtorek po głosowaniu miał przedstawić największą ofertę transferową w historii. Co zresztą również nie jest prawdą, ponieważ w 2021 roku zaoferował Paris Saint-Germain 180 milionów euro za Mbappé. Jeżeli nie sprowadzi wielkiej gwiazdy kosztującej około 150 milionów, uznam tę ofertę za kpinę z madridistas. Co to ma być za żart w klubie takim jak Real Madryt? Czy nikt nie będzie wymagał od Florentino, aby w przypadku niepowodzenia operacji z Juliánem, która nigdy tak naprawdę nie miała dojść do skutku, ruszył po innego galáctico? Czy ludzie naprawdę pozwolą tak z siebie kpić? W przeciwieństwie do sytuacji Riquelme tutaj transfer jest łatwy do przeprowadzenia, ponieważ dzwonisz w imieniu Realu Madryt, dysponując władzą decyzyjną oraz pieniędzmi klubu.

    I tak to wszystko się zakończy? To żart w bardzo złym guście z 21700 osób, które zagłosowały na Florentino. Niech wyciągną wnioski. Dla wszystkich socios, posiadaczy karnetów i sympatyków jest to zasłona dymna. Logiczne jest, że ludzie zakładają, iż jeżeli składasz pozorowaną ofertę za wielką gwiazdę i operacja się nie udaje, ruszasz po kogoś innego. Właśnie tego madridismo oczekuje od Florentino i z tego powodu mogli zagłosować na niego niezdecydowani: spodziewali się, że sprowadzi galáctico za 150 milionów, a nie że złoży ofertę przygotowaną po to, by usłyszeć odmowę i wypełnić pustą obietnicę wyborczą bez rzeczywistego zamiaru przeprowadzenia transferu. Uważam to za bardzo brzydkie zagranie, ale skoro madridismo to przełyka, to ich sprawa.

    REKLAMA
    REKLAMA

    Nie będę spekulował, że ta „oferta” podniosła cenę dla Barcelony. Nie będę też rozwodził się nad tym, że pozwoliła kibicom Atlético śmiać się madridistas prosto w twarz. Nie będę również analizował możliwości, że Atlético mogło przyjąć tę ofertę, ponieważ uważam ją za znakomitą, oraz zmusić Real Madryt do skompromitowania się poprzez przedstawienie piłkarzowi fatalnych warunków, aby transfer nie mógł zostać przeprowadzony. To pozostawiłoby Florentino całkowicie odsłoniętego albo zmusiłoby go do kupienia zawodnika, którego nie chciał. Jednocześnie naraziłoby Atlético na zarzuty ze strony jego kibiców, że sprzedało piłkarza. Choć nie sądzę, by spotkało się to z wielką krytyką, ponieważ za 150 milionów euro za Juliána Álvareza to możliwość, którą przynajmniej rozważyłby każdy kibic Atlético.

    Wszystko powyższe nie ma jednak znaczenia, ponieważ Florentino chciał jedynie stworzyć blef w postaci oferty, aby spełnić swoją obietnicę. Moim zdaniem wyszedł na tym bardzo źle.

    Czytaj kolejne newsy bez przeklikiwania

    Jako Socio korzystasz z widoku Aktualności+, w którym kolejne artykuły wyświetlają się w całości, jeden pod drugim. Wystarczy przewijać.

    • Aktualności+
    • Bez reklam
    • Priorytetowy support
    Zobacz Aktualności+ od 12,50 zł /mies.przy płatności rocznej

Aktualności+ — artykuły w całości, jeden pod drugim

Jako Socio czytasz kolejne artykuły w całości, na jednej stronie. Bez wracania do listy i otwierania kolejnych kart.

  • Każdy typ artykułu w jednej osi czasu.
  • Pełne teksty od razu na stronie, bez otwierania każdego artykułu osobno.
  • Plus pozostałe korzyści Socio: przeglądanie bez reklam i odznaka.
Zostań Socio