– Jesteśmy bardzo zmartwieni i nie możemy zbyt wiele zrobić, bo nie można do niego wchodzić. Miał gorączkę przez osiem dni, dzwonił do szpitala i tam mu mówili, żeby brał paracetamol. Wytrzymał osiem dni, nie chciał jechać do szpitala, aż miał problemy z oddychaniem. Położyli go i powiedzieli, że jest w kiepskim stanie, miał mało tlenu we krwi. Mówił, że nie miał aż takiej temperatury i nie chciał utrudniać innym pracy. Nie wiemy, czy to koronawirus, ale na to wygląda. Czuł się dobrze, więc na początku, w geście solidarności z lekarzami, nie chciał iść do szpitala, by nie utrudniać im pracy.
– Moja matka jest z nim w szpitalu, my nie mogliśmy wychodzić. Powiedzieli, że zadzwonią, ale dopóki nie dzwonią, to dobra wiadomość. Jesteśmy pewni, że z hiszpańską służbą zdrowia jest w naprawdę dobrych rękach, od pewnego czasu są dumą tego kraju. Jest w szpitalu Hospital Jiménez Díaz, gdzie już kiedyś uratowali mi życie, bo jak byłem mały, to inny wirus zaatakował moje serce. Trzeba być im wdzięcznym i okazywać tę wdzięczność, bo dają z siebie wszystko. Oby mogli pomóc nam i wielu innym rodzinom.
Przypominamy, że Lorenzo Sanz jest zarażony koronawiursem. Hiszpańskie media poinformowały wczoraj, że były prezes Realu Madryt przebywa obecnie na OIOM-ie. Stan 76-latka jest ciężki, a rokowania nie są najlepsze.
Komentarze (1)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się