Nikt sobie tego nie wyobrażał 11 marca, kiedy Zinédine Zidane po raz drugi obejmował posadę szkoleniowca Realu Madryt. Madridismo, które pożegnało się z szansami na wygranie czegokolwiek po czarnym tygodniu Solariego w Copa del Rey i Lidze Mistrzów, świętowało przyjście Francuza niczym zdobycie tytułu.
Po jedenastu miesiącach Real Madryt wydaje się być w punkcie wyjścia. Pierwsze kolejki La Ligi przejawiały pewne symptomy, które zostały boleśnie zweryfikowane w Paryżu w pierwszym meczu fazy grupowej Ligi Mistrzów, która jest przecież uznawana za „terytorium Zizou”. Tak naprawdę mówimy o takich samych problemach, z którymi drużyna borykała się w ubiegłym sezonie, w tym w jego jedenastu ostatnich spotkaniach, w których Zidane – bez obawy o konsekwnecje – prowadził zespół. I to właśnie wtedy zaczęto dostrzegać pierwsze rysy na postaci francuskiego szkoleniowca, która zawsze była otoczona magiczną aurą dzięki ogromnym sukcesom w Lidze Mistrzów.
Zidane zaakceptował wyzwanie ze względu na lojalność do Florentino Péreza, ale nie mógł uniknąć początku procesu rozpadu, którego nie potrafił zatrzymać w sezonie 2019/2020, w którym – teoretycznie – ma pełną władzę nad kwestiami dotyczącymi szatni. Sprawy zaczęły się psuć już latem, przy pierwszej porażce nowego projektu z Bayernem (1:3). Drużyna, którą zasilił tylko jeden zawodnik do gry w pierwszym składzie, mimo wydania rekordowych 303 milionów euro, dotknęła dna w derbach w New Jersey z Atlético. Porażka 3:7, nawet jeśli to tylko sparing, zabolała madridismo.
Latem odczucia nie były najlepsze i uwidoczniły pierwsze różnice pomiędzy Zidane'em i klubem. Najważniejsza dotyczyła transferu Paula Pogby, o którego od samego początku zabiegał francuski trener. Działacze nie byli w stanie spełnić prośby Zizou, tłumacząc, że Manchester United najzwyczajniej nie chciał sprzedawać zawodnika. Klub rozważał inne opcje (mówiło się o Eriksenie i Van de Beeku), ale Zidane upierał się przy sprowadzeniu Pogby. Ostatecznie nie przyszedł żaden z pomocników, a jeśli dodamy do tego odejście Ceballosa, to otrzymujemy obraz bardzo zniekształconej i niezrównoważonej kadry. W drużynie jest ośmiu obrońcow, dziesięciu atakujących i tylko sześciu środkowych pomocników... jeśli uznamy za takich Isco i Jamesa.
Latem na Bernabéu trafiło sześciu zawodników (nie licząc Kubo, który w teorii został sprowadzony do Castilli) i pięciu z nich siedzi na ławie. Tylko Hazard wskoczył bezpośrednio do wyjściowej jedenastki. Notowania pozostałych, nowo sprowadzonych piłkarzy u Zidane'a są zdecydowanie niższe, niż zawodniów z tzw. „Starej Gwardii”, czyli Ramosa, Marcelo, Modricia, Kroosa czy Benzemy. Zidane postawił na nich w marcu i – mimo braku jakiejkolwiek odpowiedzi na boisku – wciąż darzy ich zaufaniem w nowym sezonie. Pierwszy skład tworzą niemal ci sami zawodnicy, którzy zawiedli w sezonie 2018/2019. Nowe twarze, które odkrył Solari i które, w pewien sposób, były początkiem zmian, znajdują się poza klubem (Llorente w Atleti, Reguilón w Sevilli) lub mają słabszą pozycję (jak Vinícius, który został przesunięty na prawą flankę po przyjściu Hazarda).
Wyniki nie ratują zespołu, którego dotknęła niespotykana i niewytłumaczalna plaga kontuzji, w zdecydowanej większości mięśniowych. Real Madryt przynajmniej pozostaje niepokonany w Lidze (choć i tak zanotował dwa potknięcia mimo łatwego kalendarza), ale w Paryżu Liga Mistrzów uderzyła ze swoją pełną brutalnością w drużynę i jej trenera, który stracił swój immunitet przyznany za wcześniejsze dokonania.
Komentarze (83)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się