Menu
ElFilipo / własne

RealMadryt.pl w Madrycie: Cisza przed burzą

W oczekiwaniu na mecz prawdy

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Dzięki heroicznej postawie Sevilli mistrzostwo Hiszpanii co najmniej do soboty na nowo stało się kwestią otwartą, już niedługo natomiast Królewskich czeka bezpośredni bój z Barceloną o Puchar Króla, w tym tygodniu jednak oba te trofea schodzą na dalszy plan, przyćmione jednym, jedynym tylko meczem (a w zasadzie dwumeczem) – pojedynkiem Lyonem. Już we środę oczy wszystkich kibiców zwrócone będą na Bernabéu, gdzie Blancos podejmą wicemistrzów Francji i zrobią wszystko, by wreszcie przerwać trwającą zdecydowanie za długo niemoc, nazywaną już wręcz „klątwą jednej ósmej”. Nie jest to finał, ba, nie jest to nawet mecz znacząco do finału przybliżający, trudno jednak nie odnieść wrażenia, że niemal wszyscy, począwszy od dziennikarzy, a na piłkarzach skończywszy, dwumecz z Lyonem traktują w takich właśnie kategoriach. Awansować do ćwierćfinału albo umrzeć próbując – to hasło najlepiej opisuje znaczenie nadchodzącego meczu. A skoro jest on tak ważny, w Madrycie nie mogło zabraknąć i nas, by z samego serca madridismo zdać Wam relację z nadchodzących wydarzeń.

We wtorek, na niespełna półtorej doby przed pierwszym gwizdkiem, w całym mieście daje się już wyczuć atmosferę napięcia i oczekiwania. Nawet pogoda, zwykle bardzo przyjazna o tej porze roku, zdawała się dziś niespokojna, przepuszczając czasem nieśmiało promienie słońca, by już po chwili zasnuć całe niebo chmurami, jakby przeczuwając zbliżającą się niełatwą przeprawę. Na ulicach można było zobaczyć pojedyncze osoby w królewskich barwach, w prasie natomiast przeczytać pierwsze artykuły dotyczące taktyki, Lyonu oraz piłkarzy, jak nigdy (choć słowa te powtarzając co roku) wierzących w końcowy sukces, wszystko to jednak wciąż stłumione było pełnym napięcia wyczekiwaniem. O dziwo, najmniej całą atmosferę czuć było pod stadionem. Gdy przybyliśmy na Concha Espina, plac przed Bernabéu był niemal pusty, kasy zamknięte, a liczne w dniach meczowych stragany z pamiątkami nadal schowane. Nie zawiodły jedynie koniki, co krok proponujące nam „tickets for the game”. Na szczęście swoje wejściówki odebraliśmy wcześniej, dlatego wyłącznie dla wrodzonej ciekawości mogliśmy spytać o cenę (o dziwo wcale nie tak bardzo odbiegającą od ceny oficjalnej) i z uśmiechem na ustach podziękować. Mówiąc krótko na ulicy nie działo się nic ciekawego, dlatego bez żalu zwróciliśmy oczy ku górze, napawając się ogromem i pięknem ponad 60-letniego już stadionu.

Po wizycie pod stadionem udaliśmy się do Valdebebas, gdzie nietypowo, bo o 15:30, podopieczni Mourinho mieli rozpocząć ostatni przed meczem trening. Na rondzie prowadzącym do miasteczka sportowego zjawiliśmy się jako pierwsi, na innych żądnych zdjęć i autografów fanów nie musieliśmy jednak długo czekać. Szczególną uwagę zwróćcie zwłaszcza na małą dziewczynkę, to jej bowiem zawdzięczamy fakt, że nasza wyprawa nie zakończyła się całkowitym niepowodzeniem. Pogoda ponownie postanowiła wieszczyć najgorsze, przez co niemiłosiernie wiało, nie przejmując się tym jednak stanęliśmy w strategicznym miejscu i zaczęliśmy czekać na zakończenie zajęć. Po około trzydziestu minutach przemknął pierwszy z zawodników – Albiol. Przemknął to dobre słowo, nie zatrzymał się bowiem nawet na chwilę. Ok, spieszył się, pewnie miał coś do załatwienia. Po chwili jednak w podobnym pośpiechu obok czekających przejechał Granero, a gdy podobnie uczyniła kolumna złożona z samochodów Pepego, Marcela i Lassa (swoją drogą powiedzielibyście, że tak duży facet jeździ tak małym samochodzikiem jak Mini Cooper?) jasnym stało się, że presja jutrzejszego spotkania ciąży na zawodnikach i wyjątkowo koncentrować chcą się nie na fanach, a wyłącznie na nadchodzącym meczu. Nasze przypuszczenia potwierdziła poznana para Hiszpanów: „jak byliśmy ostatnio, zatrzymali się niemal wszyscy”, powiedziała dziewczyna, po czym pokazała pięknie ozdobioną autografami koszulkę. Zdaliśmy sobie sprawę, że bez wyjątkowej determinacji zmarzniemy na darmo, na szczęście zrozumieli to również nie mniej od nas zdeterminowani rodzice wspomnianej już dziewczynki, którzy wpadli na genialny w swej prostocie system – ojciec z kilkoma innymi osobami machał aparatem do kierowcy, matka w podnosiła w tym czasie dziecko tak, by na pewno było widoczne. W końcu wszyscy kochają dzieci, prawda? Cóż, nie do końca, jadący w jednym samochodzie Ozil i Khedira nie dali się bowiem oczarować, wyjeżdżający tuż po nich Kaká był już jednak bezradny i to on jako pierwszy zatrzymał się dla nas. Fakt, że dość nieśmiało wychylał się zza szyby samochodu, jakby wciąż wstydząc się nienajlepszej formy, znalazł jednak chwilę dla fanów, co zdecydowanie mu się chwali. Następnym graczem, który zatrzymał się dla nas, był odbywający dziś swój pierwszy trening Gonzalo Higuaín. Jeśli Pipita do piłkarskiej formy wróci tak szybko, jak szybko podpisał wszystkie podane mu rzeczy, od piłek po karty, to możemy być o niego spokojni. Niestety urocza dziewczynka nie działała na wszystkich i na kolejnego poświęcającego nam czas piłkarza musieliśmy chwilę poczekać. W między czasie mogliśmy obejrzeć samochody kilku kolejnych spieszących się zawodników, na szczególną uwagę zasłużył jednak Di María. Styl jazdy Argentyńczyka niczym nie różni się od jego boiskowych poczynań – nie tylko biega jak szalony, ale i jeździ jak szalony. Przed miejscem, w którym staliśmy, był dość ostry zakręt, przed którym większość kierowców zwalniała. Właściwie to zwalniali wszyscy poza Angelem, który na pełnej prędkości pokonał łuk, rondo i pewnie całą drogę do domu. Jeśli analogia z grą rzeczywiście jest prawdziwa, to po dojechaniu upadł na ziemię i zaczął udawać nieżywego licząc na rzut karny, tego jednak nie dowiemy się już nigdy. Nie zawiódł natomiast Casillas, który jak na kapitana przystało zatrzymał się, by dać trochę radości mocno już zziębniętym fanom. Ostatnim piłkarzem, który stanął był Sergio Canales (niestety zdjęcia brak).

Wraz z jego odjazdem, po niemal trzech godzinach owocnego bądź co bądź oczekiwania, udaliśmy się z powrotem do hostelu, by nabrać sił przed kolejnym, najważniejszym dniem. Hostelu, w którym dodajmy zameldowali się również fani z Lyonu. Oj, któryś z pokoi będzie jutro bardzo smutny…

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!