REKLAMA
REKLAMA

Niech cierpi, byle żył

Niech się męczy, ale ma pozostać przy życiu.

REKLAMA
REKLAMA
Niech cierpi, byle żył
Replika średniowiecznego krzesła tortur nabijanego kolcami. (fot. Getty Images)

Stwierdzenie, że ktoś stosuje w danej dziedzinie życia metody rodem ze średniowiecza, raczej trudno postrzegać dziś w kategoriach komplementu. Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, że ludzie tamtej epoki potrafili wykazać się nie lada kreatywnością i rozmachem. Pomysłowość ta mimo wszystko nie zawsze była wykorzystywana wyłącznie w celach poprawy jakości ludzkiego życia. Przekonać się mogli o tym choćby ci, którzy w oczach wymiaru sprawiedliwości coś przeskrobali.

REKLAMA
REKLAMA

Wówczas delikwenci tacy mogli przetestować najnowsze cuda techniki w postaci wszelkiej maści narzędzi tortur. Łoże sprawiedliwości zastępowało poranne rozciąganie. Gruszka tortur miała podobne zastosowanie, ale od wewnątrz ciała. Uzda dla plotkarek uniemożliwiała szerzenie nieprawdziwych informacji. Krzesło tortur dopiero kilkaset lat później wyewoluowało w fotel do masażu. Śruba do miażdżenia kciuków służyła zaś do… chyba możecie się sami domyślić. Tak, do miażdżenia kciuków, to nie było podchwytliwe.

Choć obecnie tego typu ustrojstwa można podziwiać już przede wszystkim w muzeach, to jednak sam zwyczaj torturowania ludzi niestety w niektórych częściach globu przetrwał pomimo faktu, że międzynarodowe prawo zabrania takich praktyk nawet podczas wojny. Wciąż są to powszechne zjawiska w opresyjnych lub/i totalitarnych krajach, gdzie torturami wymusza się przyznanie do winy, wyciąganie informacji czy po prostu karze obywateli, pal licho, czy słusznie.

Znakiem naszych czasów jest to, że torturować masę ludzi jednocześnie da się pod krawatem, a nawet zdalnie. Przykładem na to są działania choćby właściciela Valencii, Petera Lima. Singapurski miliarder przy okazji wznowienia budowy nowego stadionu był widziany pod koniec tego lipca w Walencji po raz pierwszy od siedmiu lat. Permanentna nieobecność nie przeszkadzała mu jednak w tym, by krok po kroku niszczyć jedną z najznamienitszych marek hiszpańskiego futbolu.

REKLAMA
REKLAMA

Działań Lima nie da się nazwać inaczej niż torturowaniem kibiców. Z jednej strony klub jest utrzymywany przy życiu, ale funkcjonuje w warunkach powodujących nieustanne cierpienie i na skraju utraty przytomności. Codzienność przy Estadio Mestalla stanowi ciągłą sinusoidę. Raz jest bardzo źle, a raz fatalnie. Gdy już było w miarę dobrze, a drużyna w 2019 roku zdobyła Puchar Króla i zakwalifikowała się do Ligi Mistrzów, Lim postanowił zwolnić trenera. Singapurczyk od tamtej pory konsekwentnie robi wszystko, by klub wystawał ponad poziom bagna co najwyżej od szyi w górę.

Lim mimo statusu miliardera nie inwestuje w klub. Wręcz przeciwnie – skupił się wyłącznie na spieniężaniu co bardziej wartościowych zawodników, następnie zastępując ich graczami przychodzącymi za darmo, po znajomości (przyjaźń Lima z Jorge Mendesem), albo nieprzystającymi poziomem do standardów La Ligi. Poziom sportowy już dawno zszedł na dalszy plan. Tymczasem zadłużenie, pomimo wyprzedawania wszystkiego, co przedstawia jakąkolwiek wartość, wcale znacząco nie maleje. Lim nie popełnił już też więcej „błędu” z Marcelino i dyrektorem sportowym Mateu Alemanym i na wszelki wypadek dobiera sobie trenerów oraz działaczy mniej skorych do ingerowania w jakiekolwiek ruchy wewnątrz klubu.

REKLAMA
REKLAMA

Nawet sprzedanie 42% akcji amerykańskiemu Pitchwise Holdings nie osłabia w żaden sposób sceptycyzmu wśród kibiców. Zadłużenie pozostaje gigantyczne, a wniesione przez Amerykanów 100 milionów euro nic w tej kwestii nie zmieniło. Większość wprowadzonych przez holding pieniędzy i tak inwestowana jest we wznowioną po 16 latach budowę stadionu oraz rozwój ośrodka treningowego. Na ten moment zespół sportowo wciąż szoruje po dnie, a ewentualny spadek oznaczałby legnięcie całego długofalowego planu w gruzach. Największym problemem i tak jednak pozostaje to, że u szczytu władzy pozostaje Peter Lim oraz jego pełniący funkcję prezesa syn, Kiat.

Fani Nietoperzy od dawna próbują jakoś wpłynąć na sytuację, jednak w praktyce przypomina to jedynie próby wyswobodzenia się z potrzasku. Regularnie organizowane są protesty na trybunach i demonstracje pod stadionem. We wrześniu 2020 roku powstało też stowarzyszenie kibiców Libertad VCF (z hiszp. Wolność VCF), które stara się zrzeszać mniejszościowych akcjonariuszy, by zyskać większą siłę przebicia w kwestii decyzji dotyczących klubu. To również z inicjatywy tego stowarzyszenia dochodzi do okazyjnego bojkotowania pierwszych 19 minut meczów (nawiązanie do roku założenia klubu).

REKLAMA
REKLAMA

Jak na razie żadne działania kibiców nie przynoszą jednak skutku. Niewykluczone zresztą, że część tych protestów w ogóle nie dociera do Lima, który na co dzień mieszka w Singapurze. A nawet gdyby docierało, to wciąż nie wydaje się on na tyle empatycznym i zżytym z klubowym środowiskiem człowiekiem, by było mu z tego powodu jakkolwiek przykro.

Niewykluczone, że wkrótce upływ czasu i brak jakichkolwiek perspektyw na lepsze jutro mogą sprawić, że wśród kibiców nieco młodszych stażem mówienie o Valencii jako typowym średniaku nie będzie budziło żadnego dysonansu poznawczego. Ci zaś, którzy pamiętają jeszcze ekipę Nietoperzy grającą w Lidze Mistrzów czy nawet triumfującą w ligowych rozgrywkach, będą z coraz mniejszym przekonaniem w głosie powtarzać, że przecież tak uznana marka nie może spaść do Segunda División.

Doszło do wręcz absurdalnej sytuacji, gdy wielu fanów uważa, iż właśnie tylko degradacja może stanowić dla klubu ratunek. Ich zdaniem tylko taki cios mógłby skłonić właściciela do wniosku, że jego misja nareszcie dobiegła końca, a klub po sportowej katastrofie mógłby chociaż odbudować się na zdrowych zasadach. Jakkolwiek patrzeć, sytuacja fanów Los Che jest nie do pozazdroszczenia. Brak totalnej sportowej degrengolady jest bowiem równoznaczny z dalszym torturowaniem, spadek natomiast należałoby uznać za olbrzymią plamę na historii niezwykle zasłużonego na piłkarskiej mapie Hiszpanii klubu.

REKLAMA
REKLAMA

Dziś jednak i my będziemy mieli z Peterem Limem coś wspólnego. Real Madryt nie może sobie pozwolić na okazywanie na boisku empatii względem Valencii. Mamy swoje problemy, choć na szczęście chyba coraz mniejsze, oraz własne cele do spełnienia. Gdybyśmy byli zaś małostkowi, napisalibyśmy też, że nie bez znaczenia jest to, iż po prostu mamy swoje powody, by Nietoperzy nie lubić. Na nasze i ich szczęście dziś jednak odpadnie przynajmniej jeden katalizator nieprzyjemnych emocji w postaci Viniciusa.


Mecz z Valencią rozpocznie się dzisiaj o 21:00 na Estadio Mestalla. W Polsce spotkanie pokażą CANAL+ Sport i CANAL+ Sport 6 w serwisie CANAL+.

Czytaj kolejne newsy bez przeklikiwania

Jako Socio korzystasz z widoku Aktualności+, w którym kolejne artykuły wyświetlają się w całości, jeden pod drugim. Wystarczy przewijać.

  • Aktualności+
  • Bez reklam
  • Priorytetowy support
Zobacz Aktualności+ od 12,50 zł /mies.przy płatności rocznej

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (1)

REKLAMA