Jak przeżyłeś to tak nietypowe lato w swojej karierze?
Naprawdę dużo trenowałem. Wyjechałem na dwa tygodnie z żoną, a przez pozostały czas trenowałem od poniedziałku do piątku i miałem wolne weekendy. Byłem przygotowany na to, że w każdej chwili może zadzwonić telefon. Kiedy nadchodził weekend, zostawaliśmy w domu, żeby nie organizować wyjazdu całej naszej gromady z dziećmi. Trenowałem też z Joselu na boisku w Las Rozas, z trenerami przygotowania fizycznego z Federacji…
Trenowanie w pojedynkę musi być dziwne i trudne, prawda?
Tak, odczułem to… Szczególnie po przyjściu do Getafe. Tracisz bowiem wyczucie w ćwiczeniach na utrzymanie piłki, chociaż później szybko je odzyskujesz. Piłka nożna to kontakt, praca ręką, zderzenia i zastawianie się ciałem. Praktycznie wszystko opiera się na intuicji: piłka tutaj, piłka tam, wszystko dzieje się znacznie szybciej niż podczas samotnego treningu. Samemu przygotowujesz się pod względem wydolnościowym, żeby być gotowym, jeśli przyjdzie ci zagrać, ale tę iskrę w grze z piłką odzyskujesz poprzez granie.
Co w wieku 34 lat najbardziej odczuwasz z upływem czasu, kiedy trzeba zatrzymać takich zawodników jak Nico Williams czy Raphinha?
Rekompensujesz to doświadczeniem. Potrafisz lepiej się ustawić, zatrzymywać rywali w biegu i wiesz, kogo masz naprzeciwko: czy mocniej go nacisnąć, kiedy jest odwrócony plecami czy zostawić mu trochę więcej miejsca, jeśli jest bardzo szybki. To zyskujesz z wiekiem, podobnie jak tracisz trochę szybkości maksymalnej czy przyspieszenia. W ostatnich dekadach piłkarze znacznie bardziej o siebie dbają i utrzymują najwyższy poziom w późniejszym wieku. W ostatnich latach Złotą Piłkę zdobywali zawodnicy po trzydziestce, tacy jak Modrić, Messi czy Cristiano, a na listach finalistów niemal wszyscy przekraczają ten wiek. Kane jest moim rówieśnikiem.
A jak radziłeś sobie z piłkarskim głodem, kiedy nie grałeś?
Ten piłkarski głód mam w sobie od urodzenia. To właśnie on był kluczowy przy podejmowaniu decyzji, żeby zostać w domu i podpisać kontrakt z Getafe. Kocham piłkę nożną. Atmosfera przed wyjściem na boisko na San Mamés kilka dni temu jest tym, co mnie wypełnia i sprawia, że czuję się szczęściarzem. Chciałem znów poczuć się piłkarzem i grać z pasji, ciesząc się tym jak w dzieciństwie.
Luka Modrić mówił, że nie wyobraża sobie życia bez piłki. Skąd piłkarz wie, że musi skończyć? Decyduje ciało, głowa czy wszystko razem?
Zgadzam się z tym podejściem: chcę sam zdecydować, kiedy przestać grać i kiedy zrezygnować z tych emocji. Ten moment przychodzi, gdy ciało mówi ci, że już nie daje rady, albo kiedy tracisz radość z codziennego chodzenia na treningi.
Czy na decyzję o kontynuowaniu kariery mocno wpłynęło to, że nie chciałeś odchodzić po tak poważnej kontuzji i po roku, podczas którego byłeś już zdrowy, ale niemal nie grałeś?
Miało to ogromne znaczenie. Kiedy od października przez niemal cały rok jesteś kontuzjowany, a później nie grasz regularnie, chcesz znów czerpać radość z bycia na boisku. To był jeden z kluczowych powodów, dla których chciałem dalej grać.
Musimy zapytać o Sergio Ramosa. Rozmawiałeś z nim o jego sytuacji i ewentualnym powrocie do futbolu w Getafe?
Tak, rozmawiałem z nim. Powiedział mi, że w naszym zespole byłoby to trudne, bo mamy pięciu czy sześciu stoperów. Opowiadał, że jednak nadal będzie się przygotowywał na wypadek pojawienia się jakiejś możliwości. Wciąż jest otwarty na oferty, gdyby pojawiło się coś, co go zainteresuje i da mu motywację. To, jak trenuje i jak się przygotowuje, jest niesamowite…
Byłeś w szkółce Realu Madryt od dziecka. Jest to słynne zdjęcie, na którym kładziesz kamień węgielny pod Valdebebas. Co czujesz, zakładając teraz inną koszulkę?
Zdarzają się dni, kiedy po odwiezieniu dzieci do szkoły z przyzwyczajenia niemal mylę zjazd i kieruję się w stronę Valdebebas [śmiech]. Miałem niesamowite pożegnanie, jedno z najpiękniejszych przeżyć w moim życiu. Wychodzę na ulicę i czuję ciepło madridistas, którzy dziękują mi za wszystko, co zrobiłem, oraz proszą, żebym wrócił w przyszłości. To daje mi największą satysfakcję, nawet większą niż trofea. Poczucie, że kibice są dumni z mojego poświęcenia, jest czymś najwspanialszym. Teraz traktuję grę w Getafe jako wyzwanie i z ogromnym entuzjazmem podchodzę do występów.
A jak przeżyłeś Klasyk, oglądając go z zewnątrz?
Denerwowałem się. Moim zdaniem to był kapitalny mecz. Obie drużyny zagrały świetnie, ale przede wszystkim Real Madryt, który ani na moment nie przestał stawiać czoła rywalowi. Real mocno uderzył pięścią w stół. Z tej perspektywy ogląda się to inaczej, ale mecz obejrzałem w koszulce Realu Madryt.
Wciąż widać wyraźnie, że Valverde jest jednym z najlepszych bocznych obrońców na świecie…
Jest bardzo wszechstronny. Dzięki swoim warunkom fizycznym pędzi jak samolot w jedną i drugą stronę, świetnie uderza piłkę i potrafi pracować na całej długości boiska. Radzi sobie bardzo dobrze.
Po 23 latach spędzonych w szkółce i pierwszej drużynie Realu Madryt widzisz siebie wracającego w przyszłości do klubu jako trener lub działacz?
Dzisiaj cieszę się grą. Co będzie w przyszłości, Bóg raczy wiedzieć: może zostanę trenerem młodszych kategorii, trafię do zarządu albo będę zajmował się organizacją w klubie… Bardziej widzę się jednak w codziennej pracy na boisku, przy szkółce albo jako trener, bo lubię aktywność.
Jakie szczególne wspomnienia zachowałeś z 13 lat w pierwszej drużynie Realu Madryt?
Bez żadnych wątpliwości dzień mojej prezentacji. Także dzień zdobycia La Décimy, który zapoczątkował dwunastoletnią złotą erę z bardzo młodą grupą i wychowankami takimi jak Nacho, Morata czy sam Joselu. Wybieram również dzień mojego pożegnania.
Strzelenie gola w finale Ligi Mistrzów i zdobycie nagrody dla najlepszego zawodnika też musiało być czymś wyjątkowym.
To niesamowite, ale w mojej głowie większe znaczenie mają chwile pełne emocji i miłość ludzi.
Zająłeś czwarte miejsce w plebiscycie Złotej Piłki i nagle doznałeś tej strasznej kontuzji. Ile razy myślałeś, że lepiej byłoby wtedy nie wyciągać nogi?
Wygrywaliśmy 2:0 i była ostatnia minuta. Ale taki już jestem. Mama często mi mówi: „Teraz w Getafe spokojnie, oszczędzaj siły, nie walcz o każdą piłkę”. Odpowiadam jej, że ja tak nie potrafię, to nie byłbym ja. Do takiej kariery doprowadziło mnie dawanie z siebie absolutnie wszystkiego na każdym treningu i w każdym meczu. Tak rozumiem ten sport i tego nie zmienię. A życie nie zawsze jest usłane różami. Ta kontuzja po mistrzostwach Europy była mocnym ciosem, ale trzeba szukać pozytywów. Mogłem cieszyć się dzieciństwem moich dzieci, spędzać dużo czasu w domu i znacznie wzmocnić się psychicznie, pokonując kolejne małe etapy rehabilitacji. Po tej poważnej kontuzji bardzo dojrzałem.
Ty i Nacho… Jesteście wychowankami Realu, którzy mają więcej Pucharów Europy niż Barcelona w całej swojej historii. W tamtym pokoleniu Castilli byli też Morata, Joselu… Jak ważne było to poczucie przynależności?
Nasze pokolenie Castilli miało ogromne szczęście. Dla szatni bardzo dobre jest to poczucie przynależności, przejście całej drogi od dołu z wartościami wyniesionymi ze szkółki. Chociaż dzisiaj trudno jest przeskoczyć bezpośrednio z Castilli do pierwszej drużyny, wyjazd do innego klubu, tak jak w moim przypadku, przygotowuje cię do ewentualnego powrotu.
Z którym trenerem czułeś się najlepiej?
Miałem ich wielu, od każdego zabieram ze sobą jakieś drobne rzeczy… Ale najwięcej czasu spędziłem z Carlo i to z nim odniosłem najwięcej sukcesów. Jest niemal jak drugi ojciec. Podczas jego drugiego etapu nasze relacje były inne, bo byłem już jednym z kapitanów. Widział, jak dorastam, więc wybrałbym Carlo.
Uczyłeś się również od innych trenerów, takich jak Zidane, Lopetegui, Xabi czy Arbeloa?
Tak, od każdego staram się wyciągać coś pozytywnego. Jestem bardzo empatyczny i próbuję wczuć się w sytuację trenera, kiedy musi podejmować decyzje.
Brak zwycięstw w Realu Madryt aż tak wypala?
Nie wypala, ale boli. W Realu wymagania są bowiem najwyższe. Dwa lata bez zdobytego trofeum były trudne, zwłaszcza gdy przeżywałem je jako kapitan.
Jak wyglądały te wieczory remontad, podczas których Bernabéu przypominało dom wariatów?
Zapłaciłbym mnóstwo pieniędzy, żeby znów przeżyć coś takiego, naprawdę. Nie jesteście sobie w stanie tego wyobrazić… Atmosfera, która powstaje podczas tych meczów Ligi Mistrzów, jest nie do opisania. Dla mnie kluczowym momentem jest chwila, kiedy spiker ogłasza „Sześć minut doliczonego czasu”, a stadion przechodzi przemianę. Wszyscy byliśmy ogromnymi szczęściarzami, że mogliśmy tego doświadczyć. W półfinale z Bayernem Asensio też musnął piłkę dokładnie tak, żeby trafiła idealnie do Rodrygo. Courtois bronił niesamowite piłki, byliśmy na granicy, aż nagle zdobyliśmy tego gola i wszystko się zmieniło.
Patrząc wstecz, wyobrażałeś sobie taką karierę, jaką miałeś w Realu Madryt?
Kiedy oglądasz się za siebie, zdajesz sobie sprawę, jak trudno jest rok po roku utrzymywać miejsce w podstawowym składzie Realu. Ogromnie cenię takie legendy jak Raúl, Sergio Ramos, Marcelo, Roberto Carlos, Cristiano czy Modrić za to, że im się udało. Ludzie trochę się nudzą ciągle tymi samymi twarzami. To logiczne. Zazwyczaj zawsze domagają się rewolucji, ekscytują się nowym transferem, chcą zobaczyć, jak ktoś gra… To trudne i wymaga ogromnego wysiłku oraz poświęcenia.
Jaki jest Vinícius, którego tak dobrze znasz? Uważasz, że przechodzi trudne chwile?
To fantastyczny człowiek. Wnosi do szatni ogromną radość. Nigdy nie wahał się brać drużyny na swoje barki i prosić o piłkę, kiedy mecze układały się najgorzej. Trzeba to docenić. To zawodnik, który nigdy się nie chowa. Myślę, że obecna sytuacja Viniego, patrząc obiektywnie, z tamtą czerwoną kartką i wątpliwościami, czy powinien grać, czy nie… Dla nikogo nie byłaby przyjemna. Ale Vini wychodził już z trudniejszych sytuacji. Musi zachować spokój, właśnie przedłużył kontrakt, ma przed sobą kolejne lata, jest spektakularnym zawodnikiem i lada moment znów zobaczymy tego Viniego, który taranuje rywali.
Mbappé mogłeś oglądać z jeszcze bliższej perspektywy…
To bestia. To, co zrobił ostatnio w Klasyku, było niesamowite. Oglądałem też skrót jego akcji i przecież nie da się kryć go lepiej. Cubarsí w kilku sytuacjach zagradzał mu drogę, łapał go, a Kylian i tak mu uciekał… Strzela gole, zostawiając obrońców za sobą w pełnym biegu. Pod względem predyspozycji jest jednym z najmocniejszych zawodników, jakich widziałem.
Jest jeszcze taki jeden, który nazywa się Cristiano Ronaldo…
On na pewno dojdzie do 1000 goli. I na to zasługuje. Jest przykładem dyscypliny, wytrwałości… Ludzie skupiają się na ostatnich latach. Kto nie miał okazji oglądać Cristiano, zwłaszcza tutaj, w Realu Madryt, powinien to nadrobić. Był niesamowity. A szczególnie od strony szatni. Przed ważnym meczem Ligi Mistrzów mówił mi: „Słuchaj, jak dojdziesz do pozycji do dośrodkowania, po prostu wrzuć, a ja tam będę”. A ty już myślałeś: „Boże, przecież ja pożrę każdego, dostarczę ci wszystkie te piłki” [śmiech]. Robił ogromne wrażenie… Drapieżnik pola karnego.
Komentarze (2)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.