W swoich publikacjach mówi pan o „abstrakcyjnym zagrożeniu” jako jednym z kluczowych pojęć pozwalających zrozumieć sprawę Negreiry. Czy może pan wyjaśnić, na czym ono polega?
To kluczowa kwestia, której wiele osób nie rozumie. Przepisy kodeksu karnego dotyczące korupcji sportowej przewidują karę za samo porozumienie, a nie za jego skutki. Mówiąc wprost: nie trzeba udowodnić, że ustawiono konkretny mecz. Wystarczy wykazać, że zawarto porozumienie mające zapewnić przychylne traktowanie. Ta sama logika obowiązuje w przypadku prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu: nie musi dojść do wypadku, żeby zachowanie stanowiło przestępstwo. Dlatego powtarzanie, że „nie ustawiono ani jednego meczu”, jest argumentem retorycznym, ale nie prawnym. Prawo nie wymaga, by taki skutek wystąpił. Ważna jest jeszcze jedna rzecz: nie mówimy o przepisie, który istnieje wyłącznie w teorii. Sąd Najwyższy zastosował go już w sprawie Osasuny w styczniu 2023 roku. Zapadł wtedy pierwszy w Hiszpanii prawomocny wyrok skazujący za korupcję sportową. Sąd Najwyższy wyraźnie stwierdził, że takie praktyki są przestępstwem, nawet jeśli środowisko piłkarskie społecznie je toleruje. Ta wykładnia została już przyjęta.
Twierdzi pan również, że przy wieloletnich, wielomilionowych płatnościach na rzecz przedstawiciela środowiska sędziowskiego, dokonywanych pod pretekstem zapewnienia „neutralności”, nie da się obronić stanowiska o braku zamiaru przestępczego. Jak pan to uzasadnia?
Słowo „neutralność” kryje w sobie pułapkę prawną, w którą wpada ten, kto się nim posługuje. Wyjaśnijmy to jasno. Artykuł 286 bis ustęp 4 kodeksu karnego chroni to, co nazywamy uczciwością rywalizacji sportowej. Mówiąc prościej: wszystkie kluby mają być traktowane przez system sędziowski na równych zasadach. Bezstronność sędziego nie jest usługą, którą klub może sobie wykupić. To obowiązek systemu wobec wszystkich drużyn. Jeżeli klub płaci, żeby „zapewnić sobie” tę bezstronność, pośrednio przyznaje, że bez takiej zapłaty nie miałby jej zagwarantowanej na takich samych warunkach jak pozostali. I właśnie tu dochodzimy do istoty tego przestępstwa.
Z perspektywy postępowania karnego zamiar sprawcy, czyli w tym przypadku dążenie do uzyskania przychylnego traktowania, należy do sfery jego myśli i intencji. Do jego wykazania nie potrzeba nagrania ani przyznania się do winy. Można go udowodnić na podstawie poszlak. Trybunał Konstytucyjny już w latach 80. określił w kilku orzeczeniach warunki, które trzeba spełnić: poszlak musi być wiele, muszą być potwierdzone, wszystkie muszą prowadzić do tego samego wniosku i wykluczać inne racjonalne wyjaśnienia. To nie jest droga na skróty ani przyjmowanie z góry niekorzystnych dla oskarżonego założeń. To uznana metoda dowodzenia, przy której obowiązują wszystkie gwarancje procesowe.
Co istotne, w sprawie Osasuny, w wyroku STS 1014/2022, Sąd Najwyższy wyraźnie zaakceptował ustalanie zamiaru sprawcy na podstawie poszlak właśnie w odniesieniu do tego przestępstwa. Nie mówimy więc o abstrakcyjnej metodzie dowodowej. Mamy orzeczenie Sądu Najwyższego, które stosuje te zasady do artykułu 286 bis ustęp 4 kodeksu karnego. To nasze, hiszpańskie i stosunkowo niedawne orzecznictwo. Dochodzi do tego jeszcze jedna ważna kwestia prawna: zgodnie z dominującym stanowiskiem prawników jest to przestępstwo abstrakcyjnego zagrożenia, o którym już wspomnieliśmy. Oznacza to, że nie trzeba dowodzić ustawienia meczów. Trzeba wykazać, że taki cel przyświecał samemu porozumieniu. Prawo nie wymaga, by zamierzony skutek rzeczywiście nastąpił.
Co mogłoby grozić Barcelonie, gdyby sprawa się nie przedawniła?
Trzeba rozróżnić dwie płaszczyzny, bo ludzie często je ze sobą mieszają. W postępowaniu administracyjnym dotyczącym sportu zarówno poprzednia, jak i obecna ustawa o sporcie przewidują bardzo krótki termin przedawnienia: trzy lata. Gdyby do przedawnienia nie doszło, Wyższa Rada Sportu mogłaby nałożyć grzywny do 400 tysięcy euro za każde naruszenie, wieloletnie zakazy pełnienia funkcji przez działaczy czy sankcje polegające na utracie dotacji. Federacja mogłaby rozważyć odjęcie punktów w La Lidze, tak jak zrobiono to z Juventusem w sprawie zawyżania zysków z transferów. Wszystko to mogło zostać rozstrzygnięte już przed laty, bez czekania na wynik postępowania karnego. Barcelona skorzystała z bardzo krótkich terminów przedawnienia, których nie projektowano z myślą o takich przypadkach. Formalnie jest to zgodne z prawem, ale budzi zastrzeżenia. Na gruncie karnym postępowanie dotyczące prezesury Laporty w latach 2003–2010 zostało umorzone z powodu przedawnienia. Dlatego zeznaje on jako świadek, a nie jako podejrzany. Gdyby nie przedawnienie, miałby postawione zarzuty, a postępowanie obejmowałoby całe 17 lat. Jest też trzecia droga, w której nie obowiązuje porównywalne przedawnienie: UEFA. I właśnie tam kryje się rzeczywiste zagrożenie, którego wiele osób nie docenia.
Jak pana zdaniem zachowa się UEFA po otrzymaniu raportu od Realu Madryt?
UEFA dotychczas obserwowała sytuację. To jej elegancki sposób na to, by nie podejmować działań, a jednocześnie nie zamykać sprawy. Raporty Realu Madryt, La Ligi i federacji zmuszają ją do ponownego przemyślenia tej ostrożnej postawy. Jeżeli zapadnie postanowienie o skierowaniu sprawy na rozprawę, co uważam za niemal pewne, UEFA zyska podstawę, na którą czekała, by wszcząć własne postępowanie. Trzeba przy tym jasno powiedzieć: UEFA nie czeka na hiszpański Sąd Najwyższy. Prowadzi własną grę. Europejska decyzja dyscyplinarna może zapaść na wiele lat przed prawomocnym wyrokiem karnym w Hiszpanii.
Jakie kary za tego rodzaju czyny przewiduje UEFA i co pokazują dotychczasowe orzeczenia?
Katalog sankcji UEFA jest szeroki: grzywna bez górnego limitu, odjęcie punktów, wykluczenie z europejskich rozgrywek, zakaz rejestrowania zawodników, a w wyjątkowych przypadkach nawet odebranie tytułów. Skalę pokazują wcześniejsze sprawy. W 1993 roku Olympique Marsylia został wykluczony z Superpucharu Europy, Pucharu Interkontynentalnego i Ligi Mistrzów. Fenerbahçe przez dwa lata nie mogło grać w Europie, Beşiktaş przez rok, a Metalist Charków został wykluczony z Ligi Mistrzów w 2013 roku. Gdyby przyszło do rozstrzygania sprawy Negreiry, wysokość płatności i okres 17 lat stanowiłyby okoliczności obciążające. Mamy też bliższy nam, hiszpański przykład. Po wyroku Sądu Najwyższego w sprawie korupcji sportowej dotyczącej Osasuny UEFA wykluczyła klub z Ligi Konferencji w sezonie 2023/24. Trybunał Arbitrażowy do spraw Sportu później uchylił tę decyzję i Osasuna mogła zagrać, ale najważniejsze jest to, że UEFA uruchomiła własne mechanizmy natychmiast i niezależnie.
Czy uważa pan, że można porównywać tę sprawę z przypadkami Lance’a Armstronga lub Juventusu, którym odbierano nawet zdobyte tytuły?
Choć takie porównanie jest kuszące, te sprawy zasadniczo się od siebie różnią. Armstrong stracił zwycięstwa w Tour de France, ponieważ istniały obiektywne dowody: próbki biologiczne, ślady EPO, zeznania kolegów z zespołu. Były to dowody bezpośrednie. W aferze Calciopoli Juventus został ukarany na podstawie nagrań rozmów telefonicznych między jego dyrektorem sportowym a osobami odpowiedzialnymi za sędziów, które dowodziły manipulowania rywalizacją. To również były dowody bezpośrednie. W sprawie Negreiry materiał dowodowy ma inny charakter i w większym stopniu opiera się na poszlakach. Jeśli pyta mnie pan o rzeczywiście porównywalny precedens, wskazałbym nie Armstronga czy Juventus, lecz Osasunę. Wyrok Sądu Najwyższego ze stycznia 2023 roku był pierwszym w Hiszpanii wyrokiem skazującym za korupcję sportową. Sąd zastosował ten przepis wobec byłych działaczy klubu z Nawarry, którzy płacili zawodnikom innych zespołów za wpływanie na wyniki. Przyjął też jasną wykładnię: takie praktyki są przestępstwem, nawet jeśli środowisko piłkarskie je toleruje. To jest właściwy punkt odniesienia w hiszpańskim prawie. Podstawy prawne zostały już określone w orzecznictwie.
Jaka pana zdaniem może być strategia Realu Madryt, który tak mocno angażuje się w sprawę Negreiry?
Real Madryt działa w tej sprawie na kilku polach jednocześnie. Warto przyjrzeć się każdemu z nich osobno, ponieważ każde rządzi się własnymi zasadami.
Pierwsze to postępowanie karne. Przystępując do sprawy w charakterze oskarżyciela, klub zyskał bardzo silną pozycję procesową: ma pełny dostęp do akt, może składać wnioski dowodowe, uczestniczyć w przesłuchaniach, a przede wszystkim zaskarżać wszelkie próby umorzenia sprawy. Posługując się językiem sportowym: Real zabezpieczył się przed zakończeniem meczu w połowie. Nawet gdyby prokuratura lub którykolwiek z pozostałych oskarżycieli zaczęli się wahać, dopóki Real podtrzymuje oskarżenie, postępowanie pozostaje w toku.
Drugie pole to międzynarodowe instytucje sportowe. Raporty przesłane do UEFA i FIFA uruchamiają własne mechanizmy dyscyplinarne tych organizacji, niezależne od hiszpańskiego postępowania karnego. To kluczowa i często niedoceniana kwestia: UEFA działa we własnym tempie i według własnych kryteriów. Nie musi czekać na hiszpański Sąd Najwyższy. Real wie, że ta droga może przynieść rezultaty na wiele lat przed zakończeniem sprawy karnej.
Trzecie pole to media i instytucje. Podtrzymywanie zainteresowania opinii publicznej jest klasycznym działaniem, które ma zapobiec cichemu umorzeniu sprawy lub zakończeniu jej mało dotkliwym rozstrzygnięciem. Nie przesądza to o wyniku prawnym, ale wywiera presję na wszystkie zaangażowane instytucje.
Każdy oskarżyciel w tego rodzaju sprawie dąży do dwóch rzeczy: doprowadzenia do rzeczywistego ukarania na przynajmniej jednej z tych płaszczyzn oraz stworzenia precedensu, który utrudni bagatelizowanie podobnych przypadków w przyszłości. Ponieważ te trzy drogi są od siebie niezależne, niepowodzenie na jednej z nich nie zamyka pozostałych. Oczywiście jest w tym również element sportowej rywalizacji, nie zamierzam tego ukrywać. Z prawnego punktu widzenia nie ma to jednak znaczenia. Prawo nie wymaga od oskarżyciela altruistycznych pobudek. Wymaga jedynie bezpośredniego interesu w sprawie i przestrzegania zasad postępowania. Te warunki są spełnione. Pod względem procesowym to dobrze przemyślana strategia.
Na czym pana zdaniem może się opierać strategia obrony Barcelony?
Z całym szacunkiem, nie do mnie należy odpowiedź na to pytanie. Chcę szczególnie podkreślić powód: Barcelonę, podobnie jak każdą osobę czy podmiot objęty postępowaniem karnym, chroni domniemanie niewinności. Dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok skazujący, w świetle prawa klub jest niewinny. Moim zadaniem jako prawnika jest o tym przypominać, a nie z góry przesądzać o winie. Do tego dochodzi zasada in dubio pro reo, która nakazuje rozstrzygać wszelkie uzasadnione wątpliwości na korzyść oskarżonego. To dwie fundamentalne zasady konstytucyjne. Uważam, że trzeba je tutaj przywołać właśnie dlatego, że medialny szum może sprawić, iż opinia publiczna o nich zapomni. Mogę natomiast powiedzieć, że w sprawach dotyczących korupcji w działalności gospodarczej obrona zazwyczaj koncentruje się na trzech kwestiach: czy dane zachowanie wypełnia znamiona przestępstwa, czy przepis miał zastosowanie w danym okresie oraz czy dowody oceniono z zachowaniem wszystkich gwarancji procesowych. To standardowe obszary działania. Poza tym klub reprezentują kancelarie najwyższej klasy, a spekulowanie o ich strategii byłoby z mojej strony nieprofesjonalne.
Z czego pana zdaniem wynika milczenie pozostałych klubów i instytucji hiszpańskiego futbolu?
Chciałbym zachować ostrożność, ponieważ jako prawnik nie uważam za właściwe przypisywania intencji podmiotom, które nie uczestniczą w postępowaniu. Spekulując o cudzych motywacjach, wchodzilibyśmy na grząski grunt. Mogę natomiast wskazać, że w trakcie trwającego postępowania karnego instytucje powinny zachowywać powściągliwość. Wypowiadanie się o istocie nierozstrzygniętej sprawy może kolidować z poszanowaniem pracy wymiaru sprawiedliwości, a także narazić wypowiadającego się na odpowiedzialność. Taka powściągliwość jest powszechna w świecie biznesu i instytucji, nie dotyczy wyłącznie tej sprawy. Poważne organizacje, korzystające z dobrego doradztwa, kierują się nią z ostrożności. Każdy prawnik odradziłby też publiczne wypowiadanie się o postępowaniu, w którym dany podmiot nie jest stroną, ale którego skutki mogą go pośrednio dotknąć. Moją rolą jest analiza prawa, a nie cudzych decyzji dotyczących komunikacji.
Czy uważa pan, że Barcelona ostatecznie zostanie skazana? Jeśli tak, jaka kara może ją spotkać?
Nie lubię przewidywać rozstrzygnięć w trwających sprawach. To sądy powinny się wypowiedzieć. Mogę natomiast powiedzieć, że w aktach znajdują się dowody, które uzasadniały kontynuowanie postępowania i formalne postawienie zarzutów klubowi jako osobie prawnej, co w hiszpańskim futbolu zdarza się rzadko. Gdyby zapadł wyrok skazujący, na gruncie karnym typowymi sankcjami byłyby wysokie grzywny, zakaz korzystania z dotacji i pomocy publicznej, przepadek udokumentowanych kwot oraz podanie wyroku do publicznej wiadomości. Na gruncie sportowym, w ramach UEFA, byłoby to wykluczenie z europejskich rozgrywek. To jednak scenariusze teoretyczne.
Na koniec bardziej osobiste pytanie: jest pan kibicem Realu Madryt i ogólnie miłośnikiem piłki nożnej. Jak godzi pan kibicowanie z rzeczową analizą prawną, której wymaga taka sprawa? I jeśli pozwoli pan na odrobinę ciekawości: która Barcelona spośród tych, które oglądał pan przez lata, najbardziej podobała się panu pod względem piłkarskim?
Cieszę się z tego pytania, bo warto tę kwestię wyjaśnić. Tak, kibicuję Realowi, odkąd sięgam pamięcią. Ale bycie kibicem i wykonywanie zawodu prawnika to dla mnie dwie odrębne sprawy. Jako prawnika interesują mnie obowiązujące przepisy, a nie wynik sportowy. To, kto wygra najbliższy Klasyk, nie ma dla mojej pracy żadnego znaczenia. Zawodowo zajmuje mnie interpretacja prawa. A jeśli chodzi o Barcelonę, która najbardziej mi się podobała, odpowiem bez wahania: Dream Team Cruyffa. To było jedno z najlepszych zjawisk, jakie spotkały hiszpański futbol. Tamten zespół zmienił sposób postrzegania piłki w naszym kraju. Jego gra dawała czystą radość: nieustanna wymiana podań, wysoki pressing, Koeman wyprowadzający piłkę z obrony, Laudrup ze swoją naturalną elegancją, Stoiczkow przedzierający się skrzydłem, Bakero pojawiający się dokładnie tam, gdzie należało, Romário umiejący jednym zwodem rozstrzygnąć akcję. Wtedy byłem madridistą i jestem nim nadal, ale uczciwy kibic potrafi docenić wielkość rywala. Barcelona Guardioli również była niezwykła, nie zamierzam temu zaprzeczać, jednak Dream Team miał w sobie coś szczególnego. To on dał początek tej szkole gry. Właśnie z szacunku dla historii klubu i znaczenia Barcelony dla hiszpańskiego futbolu uważam, że sprawę Negreiry należy analizować rzetelnie pod względem prawnym, bez emocjonalnego zacietrzewienia i symbolicznego wyrównywania rachunków. Barcelona jest instytucją, której znaczenie wykracza poza jakiekolwiek postępowanie. Zarzucane czyny dotyczą konkretnych osób i konkretnych okresów, a nie klubu jako historycznej wspólnoty, jego kibiców czy zawodników. Rzetelny prawnik musi zachować to rozróżnienie.
Komentarze (5)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.