„Real Madryt pragnie złożyć klubowi FC Barcelona najszcze... najszersz... najszczur.... gratulacje za zdobycie mistrzostwa Hiszpanii w sezonie 2026/27”. Komunikat o takiej właśnie treści był już gotowy do publikacji na oficjalnych mediach społecznościowych Królewskich po niedzielnym starciu Barcelony z Valencią. Koniec końców nie ujrzał on jednak światła dziennego. Oficjalnie tuż przed publikacją w biurach na Bernabéu akurat mieli problemy z Internetem. Nieoficjalnie zaś rozeszło się o braki w elementarnych kwestiach dobrego wychowania. Tak czy inaczej, szkic posta na wszelki wypadek się zachował.
Jakkolwiek patrzeć, Realowi Madryt po porażce z Betisem pozostało już tylko ratować to, co w ogóle da się jeszcze uratować. A jest tego, nie oszukujmy się, niewiele. Chyba że jednak choć na chwilę porzucimy filozofię dramatu i przełączymy się na filozofię faktu. Jeśli takie rozwiązanie nie wchodzi w grę, lekturę śmiało można przerwać w tym momencie.
Konfrontacja Realu Madryt z Realem Betis przypominała starcie, w którym gdybyśmy chcieli wrzucić kamień do jeziora, ten zacząłby się odbijać od tafli akwenu i wylądował na przeciwległym brzegu. Gdybyśmy chcieli natomiast trafić strumieniem moczu do muszli klozetowej, klapa sama by się zamknęła. Otwór na drzwi w momencie próby przekroczenia progu nagle zaś przesunąłby się o dwa metry w którąś stronę.
No dobrze, być może trochę się zagalopowaliśmy i sobotnia potyczka nie stanowiła aż takiej anomalii. Wciąż jednak trudno powiedzieć, by była ona zupełnie normalna. Będziemy się bowiem upierać, że zdecydowanie bliżej normy pod względem skuteczności jest którekolwiek z poprzednich spotkań w tym sezonie. Gdybyśmy mieli określić, czy prawdziwym Mbappé jest ten z konfrontacji z Realem Sociedad, czy ten z Betisem, nietrudno domyślić się, do jakiego wniosku byśmy doszli.
Żebyście nie zrozumieli nas źle, nie zamierzamy propagować w tym momencie toksycznej pozytywności, ponieważ porażka w Sewilli wciąż boli. Cały czas w kategorii faktu należy przecież traktować to, że pierwszy poważniejszy test Real Madryt José Mourinho po prostu oblał i to bez względu na to, czy w jego trakcie zaznaczył wszystkie odpowiedzi źle, czy też wypisał mu się długopis. Z drugiej strony, stojąc przed wyborem między dżumą i cholerą, tym razem nie wydaje się to aż tak trudne. Myślę, że i dla was nie będzie to zbyt problematyczne, jeśli przypomnimy sobie, co działo się w minionych dwóch sezonach.
Takich meczów, jak z Betisem, gdy na bramkę przeciwnika rzucony jest jakiś urok, najzwyczajniej w świecie nie będzie zbyt wiele. Real Madryt tamto spotkanie mógł i tak naprawdę powinien był wygrać. Nie udało się to wyłącznie ze względu na katastrofalną skuteczność, której po prostu nie sposób regularnie dorównywać. Dużo bardziej martwilibyśmy się natomiast, gdybyśmy wzorem poprzednich sezonów znów musieli przełknąć porażkę stojącą pod znakiem braku pomysłu i bezradności.
Nie chcemy szukać w ten sposób pocieszenia na siłę, bo złość jest ze wszech miar zrozumiała, a już od startu rozgrywek trzeba gonić Katalończyków. Chwalenie Los Blancos za jakąkolwiek porażkę niezmiennie wywoływałoby w nas wewnętrzny sprzeciw. Jeśli jednak już na początku sezonu chcemy doszukiwać się jakichś głębszych problemów, to, niestety, akurat takie spotkanie jak z Betisem nie dostarcza nam ku temu żadnych argumentów. I miejmy nadzieję, że tak już pozostanie.
Ewentualne budowanie katastroficznej narracji można zdusić w zarodku bardzo szybko. Dziś na rozpoczęcie fazy ligowej Ligi Mistrzów zmierzymy się bowiem z mistrzem Włoch, Interem. Z jednej strony więc ciężko będzie powtórzyć podobny festiwal nieskuteczności, z drugiej z kolei przynajmniej w teorii trudniej będzie dochodzić do sytuacji, bo i przeciwnik znajduje się na oko dwie półki wyżej od Betisu. Tak czy inaczej, jeśli na początku kampanii koniecznie chcemy traktować jakieś spotkanie jako pierwszy wyznacznik rzeczywistego potencjału Królewskich, to o wiele bardziej sensowna wydaje się próba wyciągania wniosków po tym, co zobaczymy tego wieczoru.
Jeszcze bardziej sensowne niż szukanie na Real Madryt paragrafu po pojedynczej porażce wydaje nam się cieszenie się powrotem Ligi Mistrzów oraz samą otoczką wokół konfrontacji z Interem. Już sam fakt, że na inaugurację kolejnej edycji przychodzi nam stanąć w szranki z mistrzem jednej z lig top 5, ma swój wydźwięk. Nie brakuje tu mimo wszystko i nieco głębszego tła. Dość przecież wspomnieć, że José Mourinho zmierzy się ze swoim byłym klubem, który lata temu świeżo po triumfie w Lidze Mistrzów opuścił na rzecz właśnie Realu Madryt. Samo to, że potyczka rozegra się na Bernabéu także ma nieco inny odcień niż miałoby zazwyczaj, ponieważ to na tym stadionie Mediolańczycy pokonali w 2010 roku Bayern. Choć wydarzenia te są już zamierzchłą przeszłością, a pod stadionem na Portugalczyka nie będzie czekał zapłakany Marco Materazzi, to jednak tego rodzaju historie często tworzą wokół meczów szczególną aurę. A już na pewno zdrowszą niż gorączkowe wypatrywanie kryzysu w drugim tygodniu września.
Zarówno w krótkiej, jak i średniej perspektywie cele są jasne. Dziś Królewscy nie mają udowadniać na siłę, że w sobotę nic się nie stało, bo tak naprawdę się stało. Chodzi jedynie o to, by utwierdzili nas w przekonaniu, że to nic na tyle poważnego, by zacząć się realnie martwić. Zwłaszcza że jeszcze w tym miesiącu czeka nas kolejne starcie wagi ciężkiej w postaci derbów z Atlético. Patrząc natomiast nieco dalej, fajnie by było, gdybyśmy tym razem zimą nie musieli znowu grać w 1/16 z Manchesterem City.
Mecz z Interem rozpocznie się dzisiaj o godzinie 21:00 na Estadio Santiago Bernabéu. W Polsce spotkanie będzie można obejrzeć na CANAL+ Exta 1 w serwisie CANAL+ Online [współpraca].
Komentarze (25)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj sięSocio RealMadryt.pl
Zanim odpowiesz, sprawdź wcześniejsze komentarze
Jako Socio możesz przeglądać publiczną historię komentarzy użytkowników i lepiej wiedzieć, z kim oraz o czym dyskutujesz.