Real Madryt chce wzmocnić środek pola, ale na razie wpada na ścianę, którą dobrze zna z ostatnich lat. Nie chodzi tylko o to, czy bardziej pasuje Enzo Fernández, Mateus Fernandes, Carlos Baleba, Ayyoub Bouaddi, Vitinha, João Neves czy jeszcze ktoś inny z długiej listy zawodników obserwowanych w Europie. Chodzi o to, że w momencie, gdy Królewscy pytają o pomocnika z wysokiej półki, rozmowa bardzo szybko zaczyna się od kwoty, przy której jeszcze kilka lat temu mówiło się o największych gwiazdach świata.
Dziś 100 milionów euro nie jest już ceną za pewność. Coraz częściej jest ceną za samo wejście do negocjacji.
AS pisze, że José Mourinho jest zadowolony z obecnej kadry Realu Madryt, ale chce jeszcze jednego ruchu. Portugalczyk szuka pomocnika, który da drużynie inny wymiar, będzie w stanie grać od pola karnego do pola karnego, a przy tym nie będzie tylko fizycznym dodatkiem do środka pola, lecz piłkarzem umiejącym poruszać zespół z piłką. Problem w tym, że właśnie ten profil stał się na rynku jednym z najdroższych.
José Félix Díaz zwraca uwagę, że rynek został rozbity przez Premier League, a szczególnie przez Manchester City. Transfer Elliota Andersona z Nottingham Forest do City za 150 milionów euro ma wyznaczać nowy punkt odniesienia dla pomocników o podobnym profilu. I nawet jeśli w Valdebebas mogą uważać takie kwoty za oderwane od logiki, to nie zmienia to najważniejszego: sprzedający kluby widzą, ile płacą Anglicy, i natychmiast podnoszą poprzeczkę wszystkim innym.
To jest sedno problemu Realu. Klub nie musi uważać, że dany zawodnik jest wart 110, 120 czy 130 milionów euro. Wystarczy, że tyle chce za niego klub, który nie ma potrzeby sprzedawać. Chelsea może mówić o 130 milionach za Enzo Fernándeza. West Ham może oczekiwać około 90 milionów za Mateusa Fernandesa. Lille może windować cenę za Bouaddiego. Brighton przy Balebie też nie zachowuje się jak klub, który musi przyjąć pierwszą sensowną ofertę. Każdy z tych przypadków jest trochę inny, ale mechanizm jest ten sam: Real szuka jakości, a rynek odpowiada ceną za potencjał, kontrakt, wiek, profil i zainteresowanie Premier League.
Dlatego w klubie coraz mocniej wybrzmiewa prosta kalkulacja: jeśli ma przyjść pomocnik za ponad 100 milionów, ktoś z obecnej kadry musiałby odejść za podobne pieniądze.
Nie jest to kwestia biedy ani nagłego zaciskania pasa. Real Madryt już wykonał kilka istotnych ruchów. W ostatnim czasie na przebudowę kadry poszły duże pieniądze, doszli nowi piłkarze, a przy niektórych operacjach trzeba doliczyć nie tylko kwoty transferowe, ale też premie za podpis i całą strukturę kontraktów. Klub może wydać dużo, ale nie chce wejść w rynek bez hamulców, szczególnie po latach, w których bardzo ostrożnie pilnował równowagi finansowej.
W tym kontekście coraz częściej wracają nazwiska Eduardo Camavingi, Auréliena Tchouaméniego i Federico Valverde. Nie dlatego, że Real Madryt koniecznie chce się ich pozbyć. Bardziej dlatego, że to właśnie oni mają realną wartość rynkową, która mogłaby uruchomić kolejną wielką operację. Ceballos może rozwiązać jeden problem kadrowy, ale nie sfinansuje pomocnika za 100 milionów. Sprzedaż mniej ważnych zawodników może uporządkować szatnię i budżet płacowy, ale też nie zmieni całego rynku. Do tego potrzebny byłby ruch z najwyższej półki.
Camavinga ma za sobą sezon zbyt nierówny i zbyt często przerywany, by jego pozycja była tak mocna jak jeszcze niedawno. Tchouaméni, mimo bardzo dobrej kampanii, nadal może budzić pytania o miejsce w nowym planie Mourinho. Valverde pozostaje piłkarzem o wyjątkowym znaczeniu, pierwszym kapitanem i jednym z symboli tej kadry, ale również jego nazwisko naturalnie pojawia się w rozmowach, bo tylko tacy zawodnicy mają na rynku cenę, która może naprawdę coś odblokować.
To nie znaczy, że Real jutro wystawi któregoś z nich na sprzedaż. Bardziej pokazuje, jak zmieniła się logika okna transferowego. Kiedyś klub mógł szukać „normalnego” pomocnika do rotacji, zawodnika bardzo dobrego, ale niekoniecznie z etykietą gwiazdy. Dziś taki piłkarz, jeśli gra w Premier League, ma długi kontrakt i pasuje do kilku dużych klubów, natychmiast wskakuje na półkę, na której zaczynają się kwoty galácticos.
Paradoks polega na tym, że Real Madryt sam też korzysta z tego rynku. Operacja z Nico Pazem i Como pokazuje, że w Valdebebas doskonale wiedzą, jak dziś liczy się potencjał. Jeśli za połowę praw do Argentyńczyka można dostać 60 milionów euro, to jego pełna wycena natychmiast zaczyna krążyć wokół 120 milionów. Klub nie jest więc tylko ofiarą nowych zasad. Jest również jednym z tych, którzy potrafią je wykorzystywać, gdy sprzedają albo zabezpieczają własne interesy.
Różnica polega na tym, że kupowanie w takim rynku boli znacznie bardziej niż sprzedawanie. Dlatego Real czeka. Nie z braku pomysłu i nie dlatego, że nie widzi problemu w środku pola. Czeka, bo każdy ruch za takie pieniądze musi mieć sens sportowy, finansowy i kadrowy. Jeśli Mourinho ostatecznie uzna, że potrzebuje nowego pomocnika za wszelką cenę, klub będzie musiał znaleźć sposób, by zrobić miejsce. Jeśli nie, obecna kadra może zostać uznana za wystarczająco mocną, przynajmniej do kolejnego okna.
W Valdebebas nadal uważają, że środek pola Realu Madryt nie musi mieć kompleksów wobec żadnego innego w Europie. To ważne, bo przy obecnych cenach najgorszą decyzją byłoby kupowanie tylko po to, by odpowiedzieć na hałas rynku. Sto milionów euro przestało być gwarancją transferu wyjątkowego. Stało się ceną za zawodnika, który może być wyjątkowy, ale dopiero musi to potwierdzić w klubie o największych wymaganiach.
I właśnie dlatego najbliższe tygodnie będą zależeć nie tylko od tego, kogo Real chce kupić. Równie ważne będzie to, czy znajdzie się ktoś, kogo klub będzie gotów sprzedać.
Komentarze (32)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się