JOSELU: W Castilli ze mną byli Carva, Nacho, Álex Fernández, Morata, Jesé, Cheryshev, Lucas Vázquez… Wyobraź sobie. To znaczy, oczywiście, to zawodnicy, o których dzisiaj łatwo jest mówić, ale wtedy nie. Wtedy nie. Potem patrzysz na wyniki, jakie mieliśmy w tamtym sezonie, przegraliśmy jeden mecz, awansowaliśmy i tak dalej, ale też to, w jaki sposób awansowaliśmy, wygrywając 8:1 z Cádizem i tak dalej. Więc jasne, ostatecznie wszystko, co może dać ci inny klub, to Real Madryt moim zdaniem mnoży razy pięć, jeśli sprawy idą dobrze. Właśnie wtedy dostałem możliwość odejścia do pierwszej ligi.
CASILLAS: Gdzie poszedłeś?
Joselu: Poszedłem do Hoffenheim, przede wszystkim dlatego, że Real stawiał na innych zawodników, w sensie młodszych. Plan klubu był taki, żeby przedłużyć ze mną kontrakt w Segundzie A, ale ja miałem oferty z pierwszej ligi, a w Realu byli inni, młodsi zawodnicy, na których w tamtym momencie postanowił postawić klub. Ja też, przy dwóch czy trzech latach różnicy, nie chciałem stracić okazji, żeby trafić do pierwszej ligi, bo już miałem te oferty w ręku. W futbolu jest tak, że rozegrasz zły rok w Segundzie i potem naprawdę dużo trudniej jest wyjść wyżej. No i pojawiła się wtedy możliwość wyjazdu do Niemiec.
Do tego niestety miałeś doświadczenie gry w dwóch drużynach, które spadły.
[westchnienie] Słuchaj, kiedy trafiłem na przykład do Realu Madryt, ludzie mówili mi o presji wygrywania tytułów i tak dalej. A ja mówię: słuchajcie, presja to jest świadomość, że lecisz w dół, że 60% kontraktu wyparowuje i że jeśli rozegrasz zły rok, w następnym sezonie nikt cię nie chce. Więc ja uważam, że żyłem pod presją przez całą karierę, bo grałem właśnie w takich warunkach. Grałem w skromnych drużynach, gdzie wiesz, że od pierwszego meczu ligowego twoim celem jest utrzymanie, a nie wygranie tytułu. Rozumiesz? Kiedy trafiłem do Realu, powiedziałem: błogosławiona presja, wiesz? To też oczywiście trudne, bo na końcu zakładasz rodzinę, twoje dzieci dorastają i widzą, jak grasz w meczu, widzą, że jednego meczu nie wygrywasz, drugiego meczu nie wygrywasz i ostatecznie próbujesz nie przynosić tego do domu, ale grasz też o przyszłość swojej rodziny i o to, żeby mieć kontrakt. Wiesz, że jeśli spadniesz, pensja pójdzie ci o połowę w dół, a nie wiesz, czy później będziesz mógł jeszcze podpisać taki kontrakt, czy nie. Dlatego to prawda, że presja… Myślę, że pomoc, jaką masz w domu, moja żona, moje dzieci i tak dalej, bardzo pomaga w zarządzaniu tym wszystkim i w tym, żeby nie chcieć przynosić problemów do domu, bo prawdą jest, że miałem bardzo skomplikowane momenty. Były momenty, gdy nagle łapiesz kontuzję na trzy tygodnie, drużyna potrzebuje twojej pomocy, a ty nie możesz jej dać, a nagle zespół spada. I widzisz, że inni koledzy już stamtąd nie wyszli, już nie wrócili do drużyny z Primera División.
Pytanie, nie wchodząc w kwoty, ale na przykład kiedy podpisujesz kontrakt z Alavés albo z drużyną, która walczy o to, żeby – żeby ludzie też trochę to zrozumieli – nie spaść, to kontrakt, który podpisujesz, poza twoją pensją i premiami za utrzymanie, zawiera też zapis, że jeśli spadniesz do Segundy, to kontrakt jest zmniejszany o 50%?
Tak. 50%, 30% czy 70%. Na końcu wszystkie kluby, może poza pięcioma czy sześcioma drużynami z Primera División – bo przysiągłbym, że nawet takie zespoły jak Villarreal czy Real Sociedad też to mają – prawie wszystkie drużyny mają taki zapis. Co więcej, nie pozwalają ci nawet tego negocjować. To znaczy, może możesz negocjować procent, ale redukcję zarobków po spadku masz na 100%. Bo kiedy drużyna spada do Segunda División, to na poziomie przychodów traci ogromne pieniądze. To już nie są tylko wpływy z telewizji, ale też od sponsorów i tak dalej. Więc jasne, kwota pieniędzy, którą zarabiasz w Primerze, nie jest taka sama jak w Segundzie, dlatego nie możesz utrzymywać takich samych pensji.
Wracając do Espanyolu, bo to właśnie chciałem jeszcze poruszyć. Podpisujesz z Espanyolem kontrakt na 2 czy 3 lata, ale jeśli spadaliście do Segundy, to było tak, że zostawałeś wolnym zawodnikiem, prawda?
Tak, jeśli spadaliśmy do Segunda, miałem klauzulę, że zostawałem wolny. Ale jeśli nie znalazłem wtedy żadnego klubu, który wyrównałby mi to, co zarabiałem w Espanyolu, to musiałem zostać w Espanyolu z obniżką.
Jasne.
Taki był warunek. Ale tutaj chcę wejść w temat, bo ludzie myślą, że ja to narzucam, ale podpisuję to ja i podpisuje to klub. To znaczy, to była umowa między stronami. Negocjujesz z klubem, a klub mówi ci: „Dobrze, to są jeszcze warunki, jeśli będzie spadek”. Tego nikt nie zakłada w momencie podpisywania kontraktu, ale musisz to negocjować. Negocjujesz tak samo, jak możesz negocjować zarobki czy możesz negocjować to, o czym mówiliśmy wcześniej, procent redukcji albo warunki w przypadku spadku. Na końcu to nie jest tak, że ja sam podjąłem decyzję o podpisaniu tego warunku. Podpisują to obie strony. A ludzie czasami myślą: „Nie, ty spadłeś i odszedłeś”. Nie, to jest klauzula, która o przypadku spadku – a to nie było moim celem, bo jeśli spojrzysz na liczby, pracę i wszystko inne, to nie sądzę, żebym, za przeproszeniem, miał wywalone jaja przez cały sezon, żeby do tego doprowadzić. Na końcu jest kontrakt, który mówi to, co mówi. Ale ludzie potem myślą: „Nie, spadłeś i odszedłeś, bo coś tam”. A ja mówię: „Nie, nie odszedłem w żaden dziwny sposób. Tutaj chodzi o umowę”.
Warto to wyjaśniać, bo ludzie są
Dokładnie. Łatwo też zawsze zrobić z ciebie kogoś pazernego na kasę, ale tak jest zawsze.
I słuchaj, dochodzi do zbiegu okoliczności czy przypadku, że ty spadasz do Segunda División, a w tym samym roku Benzema chyba odchodzi już do Arabii Saudyjskiej i Real Madryt potrzebuje napastnika. Chciałbym więc, jeśli pamiętasz, żebyś powiedział, kto do ciebie zadzwonił, kiedy spadłeś do Segunda. Nie mówię, że to była twoja wina, jak sam mówisz, ale po dwóch spadkach z Alavés, z Espanyolem w trzecim roku przychodzą do ciebie i mówią: „José Luisie, Real Madryt chce cię sprowadzić”.
Posłuchaj, my spadliśmy w Walencji, pamiętam. O niczym wtedy nie wiedziałem. Wiedziałem, że mam tę klauzulę, ale nie wiedziałem i nie miałem żadnej świadomości, że jakikolwiek klub w tamtym momencie o mnie myśli. Byłem skupiony na tym, żeby w tamtym sezonie utrzymać ligę. Spadamy więc w Walencji i zostaje ostatnia kolejka u siebie z Almeríą. Almería grała o utrzymanie, ale my już graliśmy tę kolejkę jako drużyna zdegradowana. Kiedy spadliśmy, to tydzień później i już po meczu z Almeríą dzwoni do mnie mój agent i mówi: „Słuchaj, może dojść do pewnej sytuacji”. Ja czekałem na powołanie do reprezentacji na Ligę Narodów – tę, którą później wygraliśmy z Chorwacją. Ja mówiłem sobie: „Cholera, dobra, spadliśmy, nie mogę nic zrobić, bo to jest dokonane”. A tydzień później wychodziły powołania. Wyobraź sobie, gramy w sobotę w Walencji, a w kolejny piątek wychodzi lista na półfinały z Włochami i potem finał, który wygraliśmy z Chorwacją. Mówię: „Dobra, w tym tygodniu skupiam się na tym, żeby znaleźć się na tej liście”. Co się dzieje? Lista wychodzi w piątek, gramy w sobotę z Almeríą i następnego dnia dzwoni do mnie agent i mówi: „Słuchaj, może dojść do czegoś takiego z Realem”. A ja mówię: „Co ty gadasz”. A on: „Tak, bo Mariano wygasa kontrakt, Benzema odchodzi i klub szuka dziewiątki, ale potrzebują takiej dziewiątki z ławki, można powiedzieć, kogoś, kto w razie czego… Wiesz, jak Mariano w ostatnich latach”. A ja: „Dobra, daj spokój, kończymy”. Co się dzieje dalej? Od tamtego dnia to idzie sobie do przodu i tak dalej. Ja jadę na reprezentację. Wchodzę w tryb reprezentacji i skupiam się na kadrze. Gramy w Holandii, poleciała też moja żona… Wyobraź sobie, te wyobrażenia, że może do tego dojść: „Nie, nie, to nie może być, to nie może być, to nie jest prawda”. Ale rozmowy trwają dalej. W tamtym tygodniu zaczynamy rozmawiać i było tak: tak, nie, tak, nie, może tak, może nie, nie wiem co, nie wiem ile, może to, może tamto. I dzwoni do mnie Ancelotti, mówi, że tak, że pasuję mu idealnie, że oglądali mnie przez cały sezon, opowiada o wszystkim, co mogę wnieść do drużyny: gra w powietrzu, ostatnia minuta, druga piłka. A ja mówię: „Cholera, to może się wydarzyć”. To Carva powiedział mi: „Słuchaj, zadzwoni do ciebie Ancelotti”. [śmiech] A ja: „Co?”. Dał mi jego telefon i mówi: „Żebyś wiedział, że mówiłem mu o tobie, o tym, co możesz nam dać. Rozmawiałem też z [dyrektorem generalnym] José Ángelem o tym, co możesz dać klubowi”. Na końcu myślę, że był kluczowy mecz, kiedy sprawa była jeszcze w zawieszeniu. To był mecz z Włochami w Lidze Narodów, w półfinale Ligi Narodów. Wszedłem mniej więcej w 70. minucie i strzelułem gola na zwycięstwo. I od tego momentu to już było takie: uff. Następnego dnia operacja prawie się domknęła. Wyglądało, jakby brakowało jeszcze jednego kroku i nagle bum. Pamiętam, że strzeliłem gola, coś tam i widzę po meczu moją żonę płaczącą, mojego agenta też prawie płaczącego. Pytam: „Co się dzieje?”. A oni: „Właśnie zadzwonił José Ángel, jutro chce przygotować dokumenty”. Mówię: „O cholera”. Trzeba było porozmawiać jeszcze z Espanyolem, bo ostatecznie jest klauzula i trzeba się porozumieć. Ja miałem kontrakt z Espanyolem, ale jeśli spadaliśmy, mogłem odejść, choć trzeba było to załatwić. I mniej więcej tak to wyszło. Ostatecznie wygraliśmy Ligę Narodów 19 czerwca, a 21 czerwca przechodziłem badania w Valdebebas.
I jakie miałeś odczucia?
Nie mogłem w to uwierzyć, ale prawdą jest, że kiedy przyjechałem do szpitala na badania medyczne, byłem bardzo… Wiesz... Kiedy przyjechałem do Valdebebas i miałem prezentację, miałem wrażenie, że byłem tam przez cały czas.
Że nigdy nie odszedłeś, prawda?
Chodzi o to, że zobaczyłem tyle znajomych twarzy. Pamiętam, że robiłem zdjęcia na stadionie Di Stéfano. Stadion, na którym awansowałem, na którym grałem dwa lata, na którym strzeliłem czterdzieści parę goli. Tak bardzo przypomniało mi to tamten piękny okres, który przeżyliśmy. Prawdą jest też, że moim zdaniem tak bardzo mi to przypomniało tamten czas, bo potem nie miałem już tyle, powiedzmy, szczęścia w kolejnych latach. Kiedy wszedłem do szatni pierwszej drużyny i zobaczyłem [kitmanów] Jorge, Manolína i innych, powiedziałem: „Cholera, mam wrażenie, jakby nie minęło wcale aż tak dużo czasu”.
A ile lat minęło?
No minęło… Wyobraź sobie, awansowaliśmy w 2011 roku, a to było w 2024, więc minęło 13 lat.
Ale słuchaj, te odczucia… Chciałem cię też zapytać o dwa lata wcześniej, kiedy pojechałeś obejrzeć finał Ligi Mistrzów w Paryżu.
Tak. To był 2022 rok, Real Madryt–Liverpool.
I skąd pomysł, żeby tam pojechać?
Zadzwonił do mnie Carva. Carva i ja, jak wiecie, jesteśmy rodziną [ich żony to siostry] i tak dalej. Powiedział mi: „Słuchaj, masz ochotę przyjechać obejrzeć finał Ligi Mistrzów?”. A ja: „Oczywiście”. Dlatego założyłem jego koszulkę, bo ludzie też dużo wymyślają… Słuchaj, ja byłem madridistą przez całe życie, ale na końcu na ten mecz pojechałem wspierać członka rodziny. Jadę go wesprzeć i zakładam jego koszulkę tak, jak założył ją jego wujek, jego ojciec, jego matka, a ja uważam się za jednego z nich. My wszyscy spotykamy się w jednym domu i ja nie patrzę na Daniego jak na Daniela Carvajala, najlepszego prawego obrońcę świata. Widzę go jako część mojej rodziny i jak kogoś, kogo dzieci są kuzynami moich dzieci. A teraz przebywam z nim praktycznie codziennie. Rozumiem, jaki to miało oddźwięk, bo wrzuciłem zdjęcie w jego koszulce i to obiegło świat, że dwa lata później grałem z nim w jednej drużynie. Ale prawdą jest, że to był moment, w którym nigdy wcześniej nie oglądałem na żywo żadnego finału Ligi Mistrzów. On powiedział: „Masz ochotę przyjechać?”. Zaprosił mnie. Pojechałem. Bawiłem się genialnie i prawdę mówiąc, to było niesamowite doświadczenie. A potem wydarzyło się to, co się wydarzyło, ale ostatecznie to wszystko jest połączone w taki sposób.
Coś musisz mieć, żeby mieć tego typu przypadki i sytuacje w futbolu.
Tamtego dnia Dani wygrał swój piąty finał, a dwa lata później polecił mnie w klubie: „Słuchajcie, może to być zawodnik, który nam pomoże” i tak dalej. I to był jego najlepszy rok, odkąd jest w Realu. Czwarte miejsce w Złotej Piłce, gol w finale Ligi Mistrzów i tak dalej. Jest taka anegdota z tamtego roku. Pamiętam, że grałem mecz Ligi Mistrzów w Berlinie z Unionem, strzeliłem dwa gole i dali mi tę statuetkę MVP Ligi Mistrzów. On ją wziął i powiedział: „Cholera, jestem w Realu Madryt od nie wiem ilu lat i nigdy nie dostałem takiej statuetki”. Przy tym powiedział mi, że dawniej ich nie dawali.
Nie, wybierali cię, ale nie dawali statuetki.
Tak, nie dawali. Powiedziałem mu: „Myślę, że w tym sezonie ci jedną dadzą, zobaczysz. Nie wiem kiedy, ale ci dadzą”. I wyobraź sobie ten cholerny przypadek: dali mu ją w finale Ligi Mistrzów, stary. Strzelił gola i dali mu nagrodę dla najlepszego zawodnika.
Ty grałeś w Realu przez jeden rok. Jeden sezon. Wyobrażam sobie, co oznacza dla ciebie powrót do Realu Madryt, bycie tam rok i na koniec…
Trudno o tym rozmawiać, bo… [wzdycha]
Wzrusza cię. Dobrze, ale to jest coś pięknego. Byłeś rok w Realu Madryt jako człowiek, który trafił do Realu w sposób, którego wielu ludzi nie rozumiało. Trzeba powiedzieć o tym jasno.
O tym mogę ci powiedzieć, że pierwszy miesiąc przeżyłem źle, bo mocno mnie dojeżdżali. Chodzi o media i tak dalej. Pamiętam pierwszą konferencję prasową i pytali mnie tylko o to, że Real sprowadzi inną dziewiątkę i czy ja w ogóle mam poziom, żeby grać w Realu Madryt. A potem od razu doszły memy, że Barça ma Lewandowskiego, a Real Madryt Joselu, że to, że tamto. Ostatecznie właśnie wtedy zdajesz sobie sprawę z wydźwięku Realu Madryt. Wiesz, że to nie jest to samo, z zachowaniem proporcji i z całym szacunkiem, grać medialnie w Alavés czy w Espanyolu. Prawdą jest, że kiedy mierzysz się z Realem Madryt albo Barceloną, to jest ten tydzień boomu w sezonie, ale w Realu Madryt ten boom jest codziennie. Nie możesz pozwolić sobie na zrobienie jakiejkolwiek głupoty, bo następnego dnia jesteś na okładce gazety, kiedy grasz w Realu. Tak to wygląda. Pamiętam, że pierwszy… może nie cały miesiąc, bo potem pojechaliśmy na przygotowania i ta przewrotka, którą strzeliłem Manchesterowi United, trochę wszystko naprawiła. Ale prawdą jest, że pierwsze tygodnie były trudne… Ale prawdą jest, że przez wszystko, co przeżyłem, bardzo wierzyłem w samego siebie. Ale przychodzi moment, w którym mimo wszystko zastanawiasz się: „Cholera, a może to prawda, że może nie jestem…”. Wiesz, bo też podpisałem kontrakt z Realem Madryt w wieku 32, właściwie 33 lat. I myślisz sobie: może to prawda, że to jest za duże. Prawdą jest, że podświadomie miałem absolutną pewność, że mogę dać to, co wiedziałem, że mogę dać. Nie proś mnie o robienie trików czy dryblingów, bo to nie ja. Ale to, co mogłem wnieść, mogłem wnieść. Prawdą jest jednak, że medialnie tak mocno cię atakują od pierwszego momentu, a na koniec okazało się, że Real nie sprowadza żadnej innej dziewiątki i wtedy zaczęła się jazda po bandzie. Ludzie gadali: „Ten sezon Realu Madryt, zapomnij, nie wygra absolutnie nic, bo sprowadził tylko Jude’a, Ardę z rozwalonym kolanem i Frana Garcíę, tyle”. Pierwsze tygodnie były skomplikowane. Potem widzisz, że się adaptujesz, jesteś z grupą, łapiesz rytm kolegów i widzisz, że możesz wnosić rzeczy. Trener też dał mi dużo pewności siebie, dużo ze mną rozmawiał, pokazywał mi wideo i mówił: „Ty możesz mi dać to, to i tamto”. Zaczynasz widzieć, że wchodzisz na Bernabéu, strzelasz gole, ludzie cię wspierają, wyjeżdżasz na mecze, robisz swoje, strzelasz ważne gole.
Też sam wywalczasz sobie wsparcie ludzi.
Tak, zdobywasz je. Ale prawdą jest, że na początku nie jest łatwo, bo ty przychodzisz stąd, skąd przychodzisz, a ktoś inny przychodzi po transferze za 100 milionów. Więc na początku moja głowa wiedziała, że mogę dać swoje, ale te pierwsze tygodnie trochę zasiewają w tobie wątpliwości. Potem już było dobrze.
Opowiedz mi o tym meczu. O meczu, który moim zdaniem na zawsze naznaczył cię dla wszystkich madridistas, czyli o meczu z Bayernem. Jak go przeżyłeś? Jak się czuliście? Jakie miałeś odczucia, kiedy stamtąd wychodziłeś? Na koniec wszyscy skandowali nazwisko Joselu. Co pamiętasz?
Słuchaj, jeśli mam być szczery, pamiętam, że wszystko było absolutnie tak samo, jakby to był mecz przeciwko jakiejkolwiek innej drużynie. Pamiętam, że przyjechaliśmy na stadion. To był rewanż półfinału Ligi Mistrzów, ale ja byłem już z taką motywacją: „Cholera, jeśli wygramy, jesteśmy w finale”. Nie myślisz wtedy: „Cholera, zaraz narobię zamieszania i awansujemy dzięki mnie”. Prawdą jest, że mam dość ciekawą kwestię związaną z tym meczem, o której rozmawiałem też z Nacho. Na końcu pomogło mi to, że Bayern wyszedł na prowadzenie.
Jasne, bo dzięki temu ty mogłeś wejść.
Oczywiście. We wcześniejszych meczach... Pamiętam, że w dwóch spotkaniach z City, nie zagrałem nic, w żadnym z dwóch spotkań, ze względu na przebieg meczu. 3:3 na Bernabéu, 1:1 tam, karne i tak dalej. To nie był mecz dla mnie. Pamiętam, że w Monachium zagrałem chyba 15 minut, mecz kończy się 2:2, a w rewanżu: „Joselu, rozgrzewka”. Rozgrzewam się w drugiej połowie i nagle Alphonso Davies strzela gola. Wtedy powiedziałem sobie: po tym golu na 100% będę musiał wejść na boisko, bo potrzebujesz przynajmniej jednego gola, żeby wyrównać dwumecz. Pamiętam, że był też gol anulowany Nacho. Nie wiem, czy pamiętasz. Uderzył ręką Niemca i sprawdzali to na VAR-ze. Zawsze mówię Nacho: „Dobrze, że ci tego gola nie uznali, bo pewnie wpłynęłoby to na to, czy wszedłbym na boisko, to wpłynęłoby na mecz. Może by to utrzymali i może trener wpuściłby innego zawodnika na dogrywkę albo z jakiegokolwiek innego powodu”. Zawsze mu to mówię. Do tego tydzień wcześniej graliśmy… Bo wtedy miałem za sobą kilka meczów bez gola. Tydzień wcześniej graliśmy z Cádizem na Bernabéu. Jeśli wygralibyśmy, zdobywaliśmy ligę albo Barça musiała zremisować. Potem chyba zremisowała czy coś takiego i wygraliśmy ligę zaraz po meczu. Była na sam koniec akcja, w której Nacho zaczyna biec skrzydłem, a ja biegnę obok. Zostajemy przed bramkarzem i krzyczę: „Nacho, Nacho!”. Podaje mi piłkę, ja strzelam. Po dwóch golach z Monachium zawsze mu mówiłem: „Widzisz, ostatecznie to ty dałeś mi pewność siebie przy tamtym golu z Cádizem”. [śmiech] Bo od dłuższego czasu nie trafiałem do siatki. Na końcu napastnicy żyją właśnie z tego, że wepchniesz piłkę i twoja głowa robi klik, znowu masz w niej gola. Często mówię o tym Nacho. Ale prawdą jest, że jeśli wracamy do meczu z Bayernem, to byłem na rozgrzewce i czułem, że chcę wejść i pomóc. Chciałem móc coś wnieść. Jeśli zobaczysz, jest taki filmik, kiedy wchodzę na boisko, bronimy rzut wolny albo rzut rożny i daję instrukcje Camavindze, mówiąc: „Cholera, będą wrzucać piłki tam i uważajcie na drugie piłki, bo mogę strącić każdą piłkę albo coś takiego. Może zostać piłka i trzeba to wykorzystać, trzymajcie się blisko mnie”. Dużo rozmawiałem też z Jude’em. Jude na przykład uwielbiał grać ze mną, bo bardzo korzystał z przestrzeni, które robiłem, odciągając stoperów. Wchodził z drugiej linii i tak dalej. Prawdą jest też, że na końcu zbiega się to tak, że Vini oddaje dość normalny strzał, ale piłka dziwnie kozłuje, a ja z mentalnością napastnika, żeby iść na drugą piłkę, idę do odbitki. Obrońca był przekonany, że Neuer ją bez problemu złapie, ale piłka spada mi pod nogi. A potem drugi gol. Drugi gol też jest po takiej trochę dziwnej akcji, wysoka piłka, dobrze posłana na drugi słupek, wraca, coś tam. Nacho chciał strzelać, bo zawsze mi mówi: „Chciałem strzelać, ale nie byłem w stanie się obrócić, bo miałem bramkę za plecami”. Zobaczył tam Rüdigera, który w ogóle nie miał czego tam szukać, a Rüdiger wali w piłkę tak, że nawet nie chciał dośrodkowywać. Chociaż jak z nim rozmawiasz, mówi: „Zobaczyłem piłkę, wiedziałem, że tam jesteś ty, Jude, ktoś jeszcze i posłałem tam taką bombę”. Jeśli się przyjrzysz, ja podskakuję i piłka nawet trafia mnie [pokazuje w piszczel]. Próbuję trochę otworzyć wewnętrzną część stopy, a ona trafia mnie w piszczel. Ta piłka leciała z taką prędkością, a do tego piłka Ligi Mistrzów jest inna, on fruwa inaczej. I akurat byłem tam w tym momencie. Potem wyobraź sobie, nie wiem, ile czasu minęło, naprawdę nigdy nie byłem świadomy, ile czasu sędzia sprawdzał to na VAR-ze. Dla mnie to było pół godziny. Stałem tam i się modliłem: proszę, proszę, proszę, proszę. [śmiech] A potem wyobraź sobie ten moment…
Bo wszedłeś na ile? 10, 15 minut?
Wszedłem chyba w 81. minucie.
Wyobraź sobie, to wszystko wydarzyło się w 10 minut. Mniej więcej dwa gole w 89. i 91. minucie.
Tak, coś koło tego.
I stałeś się absolutnym bohaterem półfinałów z Bayernem.
Od tamtej chwili prawdą jest, że już samo podpisanie kontraktu z Realem Madryt zmienia całkowicie twoje życie osobiste i prywatne, że tak powiem. Bo prawdą jest, że wcześniej mogłeś iść ulicą, a teraz już nie możesz. Po tamtym meczu razy dziesięć. [śmiech] Ale mówię, że ostatecznie to jest to, o czym rozmawialiśmy wcześniej: chodzi o zasięg Realu Madryt na całym świecie. Ja teraz jestem w Katarze i wszyscy mówią mi o tamtym meczu, a mówimy o sytuacji sprzed dwóch lat. Pomaga też to, że Real Madryt od dwóch lat nie wygrał żadnego tytułu i ostatecznie ostatnim wspomnieniem jest też tamten mecz. Ale prawdą jest, że na przykład w zeszłym roku pojechałem na Bernabéu obejrzeć mecz z Sevillą, wychodzę tam, pojawiam się na ekranie i wszyscy zaczynają skandować moje nazwisko. Wtedy mówisz sobie: „Uff, coś zrobiłeś dobrze”. I nie tylko to. Bo potem, kiedy rozmawiamy o podjęciu decyzji o odejściu…
Właśnie o to chciałem cię zapytać. Kto ją podjął? W którym momencie, po tym całym uniesieniu i radości, po tym, jak udaje ci się trafić do Realu Madryt, wygrywasz tytuły, jesteś bohaterem, przychodzisz i mówisz: „Muszę odejść”?
[westchnienie] To było bardzo trudne, bo… [głębokie westchnienie] Zobacz, ja ostatecznie, gdybym miał myśleć sercem, podpisałbym umowę z Realem Madryt na 20 lat. Gdybym miał 25 lat też. Co się wydarzyło? Ostatecznie przychodzi do mnie oferta, która finansowo… Ja nie miałem szczęścia, czy jakkolwiek chcesz to nazwać, mieć w życiu takiego kontraktu. Myślałem o mojej rodzinie. Decyzja o odejściu z Realu będzie mi ciążyć przez całe życie, bo tego, co przeżyłem tam, nie przeżyję już nigdy więcej, ale decyzja, żeby pomyśleć o moich dzieciach, o mojej żonie i o ich przyszłości, moim zdaniem w tym momencie jest ważniejsza od jakiejkolwiek kwestii sportowej.
Jasne.
[głębokie westchnienie] To był najtrudniejszy tydzień w moim życiu na poziomie sportowym. Bo wszystko, na co pracowałem przez całą karierę, doprowadziło mnie do tego: do osiągnięcia tego, co osiągnąłem. Bo jednym jest to, że Real Madryt cię sprowadza, ale to dawało ci też kontynuację w reprezentacji i tak dalej. Ja nie chciałem odchodzić, moja głowa nie chciała powiedzieć „nie”. José Ángel posadził mnie i powiedział wprost: „Chcę, żebyś został”. Ale jasne, ja miałem na stole coś, co… Patrzyłem na moje dzieci i widziałem to wszystko. Ludzie mogą powiedzieć: „Tak, ale już grałeś w Primera División”. Tak i nie. To znaczy, mówiąc skromnie, kontrakty nie są takie same w Realu Madryt czy Barcelonie jak w Alavés albo w innych drużynach. Miałem też 34 lata. Myślałem też o tym, że już nigdy w życiu nie zobaczę czegoś takiego, co widziałem w Realu Madryt. To było trudne, trudne, trudne.
Moje pytanie: żałujesz tej decyzji?
[westchnienie] [śmiech] [zdławiony okrzyk] [długo się zastanawia] Nie wiem.
No cóż, żałuje się raczej rzeczy, które zrobiłeś, a nie tych, których nie zrobiłeś.
Ja nigdy nie żałuję decyzji, które podjąłem, ale prawdą jest, że ta była bardzo trudna.
Wyobrażam sobie.
Co więcej, po czterech czy pięciu miesiącach w Katarze mówiłem żonie: „Nie wiem, czy podjąłem właściwą decyzję, albo czy my podjęliśmy właściwą decyzję”. Potem prawdą jest, że jesteś tam, adaptujesz się, widzisz, jak wszystko działa, zdobyłem też tam dwa tytuły i mówisz: „Cholera, tak, myślę, że podjąłem dobrą decyzję”. Ale prawdą jest, że to, co przeżyłem w tamtym roku, już nie wróci. Ale też wiesz, łatwo mówić, bo mówisz: „Real Madryt w kolejnym roku nic nie wygrał”.
Jasne, to też miałem ci powiedzieć. Nie zawsze wszystko pozostaje takie piękne.
Dokładnie. Ludzie mi to mówią, ale potem ja też o tym myślę i mówię: może zostałbym jeden rok, ale przyszedł Endrick, przyszedł Mbappé, może twój udział byłby dużo mniejszy, a do tego drużyna nic nie wygrywa i wtedy to twój koniec, rozumiesz? Bo Real Madryt na końcu przedłuża z tobą rok po roku, a potem mówi: „Nie, słuchaj, teraz już nie”, a tamta inna oferta znika. [westchnienie] To był bardzo, bardzo trudny tydzień. Do tego złapało mnie to na EURO, byłem daleko od rodziny i nie miałem, wiesz, na kim się oprzeć w tamtym momencie. To było trudne. I jeszcze wiesz, rozmawiałem z Florentino i José Ángelem, a oni mówili: „Powinniśmy byli sprowadzić cię pięć lat wcześniej”. [westchnienie] A ja mówię: „Tak, ale to już nie istnieje”. Rozumiesz? Ja przyszedłbym oczywiście zachwycony wcześniej, pożerałbym trawę, słupki i wszystko, ale jasne, przyszło to w momencie, w którym przyszło. Jestem ogromnie wdzięczny i dumny ze wszystkiego, co doprowadziło mnie do tego miejsca, ale prawdą jest, że powiedzenie Realowi Madryt „nie”…
Było trudne.
Było bardzo trudne. Bardzo trudne.
Zadebiutowałeś w Realu u Mourinho?
Tak.
Strzeliłeś gola.
Tak. Jednego w Pucharze i jednego w lidze.
Nie wiem, czy pamiętasz ten mecz. Almería, 8:2 na Bernabéu.
A, jasne. Tak, tak, pamiętam. Ostatni mecz ligowy.
Mou wraca. Co o tym sądzisz?
Prawdą jest, że to trener z dużym charakterem, trener z pomysłami. Myślę, że Real Madryt potrzebuje teraz zmiany. Ostatecznie uważam, że to trener, który ma to, co trzeba, żeby ustawić ludzi na swoim miejscu. Czy jest najlepszą opcją? Tego nie będziemy wiedzieć, dopóki nie miną mecze i miesiące. Czy Real Madryt potrzebuje dyscypliny, zwłaszcza w szatni? W stu procentach. Myślę, że klub taki jak Real Madryt nie może pozwolić sobie na dwa lata bez zdobycia żadnego tytułu.
Tak, zgadzam się. Całkowicie się zgadzam. Jak myślisz, co mogło się wydarzyć w tym roku?
[wzdycha] To trudne, bo na końcu masz Real Madryt z dwoma trenerami w jednym sezonie… Wydaje się, że nagle idzie, ale jednak nie idzie. Potem były mecze, w których wyglądało, że tak, ale potem wyglądało, że nie. Myślę, że porządek trzeba wprowadzić w szatni. Ostatecznie uważam, że teraz nie jest określone, kto jest numerem jeden w drużynie. Zawsze był jakiś numer jeden w kadrze. W waszym przypadku na przykład pod względem liczb mógł być Cristiano, ale w szatni byłeś ty, był Sergio [Ramos]. To byli ludzie z autorytetem w szatni. Myślę, że właśnie tego brakuje w szatni. Trochę tak, jak rozmawialiśmy wcześniej o reprezentacji. Myślę, że brakuje weteranów, którzy mają charakter, żeby powiedzieć: „Słuchaj, ma być tak i tak”. Prawdą jest, że kiedy ja tam byłem, to byli tacy ludzie, ale Modrić, Kroos i tacy zawodnicy już odeszli. Teraz na przykład Vini jest kapitanem, ma 25 lat.
Jest bardzo młody.
Fede jest kapitanem, a ma 26 lat. Ostatnio widziałem, że Łunin był kapitanem. To są ostatecznie bardzo młodzi ludzie i myślę, że brakuje takiego weterana, który powie w szatni cztery rzeczy i ustawi ludzi do pionu. Nawet jeśli jesteś Realem Madryt, potrzebujesz powagi w szatni. Myślę, że tego brakowało.
Dla wspomnienia i dobrej niedzieli bonus:
Komentarze (2)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się