Masz Trofeo Zarra. Ostatni rok w Atleti, prawda? Wiem, że nie lubisz o tym mówić, ale zapytam. Bycie najlepszym hiszpańskim strzelcem albo strzelenie wielu goli w lidze jest bardzo trudne, a ty to zrobiłeś.
Powiem ci prawdę, Mario, bo uważam cię też za przyjaciela i czasami rozmowa w domu z przyjacielem nie jest tym samym, co zwykły wywiad. Nigdy się nad tym nie zatrzymywałem, bo od meczu w Dortmundzie posypała mi się głowa. W ciągu trzech miesięcy odszedłem z Atleti, czyli z miejsca, w którym zawsze chciałem być, od dziecka, choć wielu ludziom może się to nie podobać. Po meczu w Dortmundzie poczułem na sobie cały ciężar i moja głowa nie potrafiła tego udźwignąć. Nigdy nie zatrzymałem się nad tym, że wygrałem Trofeo Zarra z Atleti ani nad tymi wszystkimi rzeczami. Zatrzymałem się za to nad pytaniem, jak mogłem odejść z Atleti, skoro przez całe życie marzysz o tym, żeby tam grać. Wszystko, co tu widzisz, zamieniłbym za zdobycie tytułu z Atleti.
Mówisz o niewykorzystanej okazji w Dortmundzie, po której mocno cię atakowano w mediach społecznościowych. To był najgorszy moment w twojej karierze? Ten moment po Dortmundzie i kolejne miesiące w Atleti?
Bez wątpienia. Bardziej niż przez media społecznościowe, chodziło o moją osobistą historię i o to, co wiedziałem, że to oznaczało. Jestem przekonany, że lepszego roku na to nie było. Kiedy dorastasz… Na przykład dziś oglądam wszystkie mecze Atleti i w tym roku mówiłem sobie, że bardziej chciałbym zobaczyć Koke wznoszącego Ligę Mistrzów, niż samemu… Wiesz, to trochę jak z dziećmi. Ty też jesteś ojcem. Czasami większą radość daje ci oglądanie osoby, którą bardzo kochasz, gdy świętuje. Wtedy mecz się kończył, kończył, i dawał ci szansę awansu do finału Ligi Mistrzów. A potem finał to już finał, może wydarzyć się wszystko.
I nosiłeś to w głowie przez całą końcówkę sezonu? Myślałeś: przez to chcę odejść? Czy decyzja przyszła dopiero pod koniec sezonu?
Raczej prawie pod koniec sezonu. Miałem półtora miesiąca, w którym wpadłem w depresję. Nie byłem w stanie zawiązać butów, funkcjonować z kolegami, nic. Dlatego mówię, że Koke, Andrés i wszystkie te osoby, które mi pomogły… Bez nich nie mógłbym pojechać na EURO. W ciągu miesiąca przeszedłem z najgorszego możliwego dołka, nie tylko jako piłkarz, ale też jako człowiek, do podniesienia mistrzostwa Europy jako kapitan. Byłem na lekach i szczerze mówiąc, pojawiłem się w Mediolanie, na prezentacji w Milanie, ale w głowie naprawdę nie rozumiałem, co robię.
Jak myślisz, jak oceniany jest twój etap w Atlético? Masz karnet na Atlético. Jak twoim zdaniem ocenia się go obiektywnie?
Nie wiem. Boli mnie to, że odszedłem wtedy, gdy poczułem, że w końcu mnie zrozumiano i doceniono.
Dlaczego więc odszedłeś?
Szczerze? Myślę, że z poczucia winy.
Czyli to była twoja osobista sprawa, nie klubowa?
Tak, moja osobista. Oczywiście klub zawsze jest wśród najlepszych klubów świata. Nie wiem, czy później miał przyjść Julián, czy nie, ale ja i tak bym został.
Czyli tego żałujesz?
Oczywiście, że tak. To jedyna rzecz, której żałuję w karierze.
Są też ludzie z Atlético, którzy cię kochają, cenią i wiedzą, że byłeś tam trzy lata. Nie udało się nic wygrać, ale to nie jest łatwe.
Tak, wiem to. Przynajmniej teraz, gdy idę ulicą… Wcześniej było trudno. Przy mojej historii zawsze byli ludzie z Atleti, którzy nie przyjmowali mnie dobrze, i ludzie z Realu Madryt, którym przeszkadzało to, że jestem kibicem Atleti. Nie potrafią zrozumieć, że to biznes. Grałem w Realu Madryt, bo dano mi tam szansę i jestem za to bardzo wdzięczny. Nie czuję żadnej nienawiści ani urazy. Carva jest moim przyjacielem. Gdy grają, też ich wspieram i im kibicuję. To trudne. W Hiszpanii nie jest chyba tak normalne, żeby ktoś grał w Realu Madryt i w Atleti, jak we Włoszech, gdzie ktoś może grać w Interze i w Milanie. Tam ludzie rozumieją futbol, wiedzą, że takie rzeczy mogą się zdarzyć. Zawsze podaję przykład firm. Ludzie zmieniają firmę dla pieniędzy, z powodu celów osobistych albo dlatego, że nie czują się dobrze. A my od razu jesteśmy zdrajcami i wszystkim naraz. Pozytywne jest to, że kiedy spotykam ludzi z Atleti, witają mnie dobrze i mówią: „Szkoda, że tak wyszło”. Dla mnie to bardzo dużo znaczy. Na przykład ostatnio miałem jechać na finał Pucharu Króla przeciwko Realowi Sociedad. Rozmawiałem z Koke, rozmawiałem ze wszystkimi, kupiłem wszystkie bilety, ale ostatecznie nie pojechałem, zawsze przez ten strach, że coś się stanie, że ktoś coś powie. Chciałem zabrać dzieci, żeby zobaczyły. Chcę, żeby moje dzieci dorastały, wiedząc, czym jest Atleti. Pytają mnie, a ja im tłumaczę, że to nie jest coś normalnego. Normalne jest walczyć całe życie, żeby może wygrać jedną rzecz. Ja miałem też bardzo dużo szczęścia, bardzo dużo pracowałem, ale chciałbym, żeby moje dzieci były kibicami Atleti, choć oczywiście później same wybiorą, co będą chciały. Uważam po prostu, że Atleti jest tym, co w futbolu najbardziej przypomina życie. Kiedy patrzę na Koke, Cholo i tych ludzi, którzy od tylu lat walczą o wygranie Ligi Mistrzów, a następnego dnia, pewnie pierwszego dnia okresu przygotowawczego, zobaczysz Koke i… Ja nie wiem, czy bym potrafił. Bardzo trudno byłoby mi to zrobić. I to jest chyba najpiękniejsze w życiu.
To bardzo piękne słowa o Atleti i jestem pewien, że prawie wszystkim kibicom Atleti bardzo się spodobają. Mnie wzrusza, gdy ktoś, kto był w tylu klubach i wygrał tyle rzeczy, tak mówi o Atleti, bo Atleti ma coś wyjątkowego. Teraz zapytam cię, co tutaj jest dla ciebie najbardziej wyjątkowe. Widzę dwie Ligi Mistrzów. O jednej nie będziemy mówić, o tej z 2014 roku, którą wygrałeś ze mną, ale dla mnie to jedyny tytuł klubowy, którego mi brakuje. Co znaczy wygranie Ligi Mistrzów?
To niesamowite, przez to, co reprezentuje, przez historię tego rozgrywek. W finale, który przegrałem z Barceloną, pamiętam przylot na lotnisko i trzydzieści albo czterdzieści tysięcy kibiców Juve, którzy na nas czekali. Zawsze zostanie we mnie pytanie, co by było, gdybyśmy ją wygrali. To zależy od miejsca. Dwie Ligi Mistrzów, które wygrałem z Realem Madryt, są czymś najbardziej zbliżonym do normalności. To oczywiście niesamowite, bo to tytuł, ale w Realu Madryt to jest najbliższe normalności.
Tak, tak. Teraz dwa lata nie wygrali tytułu i są wybory.
Tak właśnie jest. Dlatego mówię, że w każdym miejscu jest inaczej.
Miejsce, w którym czułeś się najlepiej, to Turyn?
Tak, Turyn. W Turynie było mi bardzo dobrze, byłem bardzo szczęśliwy. Miałem dużo szczęścia, że byłem w wielu miejscach. Jest jeszcze jedna rzecz, za którą często mnie krytykują i która zawsze mnie śmieszy. Ludzie śmieją się z tego, że mówię: „To było moje marzenie, żeby tu grać”, „To było moje marzenie, żeby tam grać”. Zapytaj dziecko, czy chciałoby grać w tych klubach, w których ja grałem, i czy nie powiedziałoby, że to wymarzona kariera.
Co powiedziałbyś o Juve? Co było w nim najbardziej wyjątkowego? Słyszałem, jak wiele razy mówiłeś, że Juve jest szczególne, i o napastnikach: Tévezie i Llorente.
Tak. Wskazałbym tę koszulkę z finału przeciwko Milanowi. Historia jest ciekawa, bo miałem zapisany wykup przez Real Madryt po dojściu do finału Ligi Mistrzów. Prezes Juve powiedział mi wtedy, że chce, żebym został, że złożą ofertę, ale ja muszę publicznie powiedzieć, że chcę zostać. Mając kontrakt, nie mogłem tego zrobić. W tym finale brakowało mi jednego meczu do spełnienia warunków wszystkich bonusów za cały rok i klub powiedział mi, że nie zagram. Że nie zagram ani minuty. To był finał Pucharu Włoch przeciwko Milanowi. Buffon jest bardzo przesądny i zawsze miał w głowie, że w ważnych momentach strzelam gole. Ponieważ to był puchar, Buffon nie grał, siedzieliśmy wszyscy na ławce, a Allegri nie wysłał mnie nawet na rozgrzewkę. Była 110. minuta dogrywki i Buffon, który bardzo się denerwuje, gdy nie gra, powtarzał trenerowi już kilka razy: „Wpuść go, wpuść go, on strzeli gola”. Nie wiem, jakie informacje trener miał od klubu, ale pamiętam, że mnie wpuścił. Dotknąłem piłki, strzeliłem gola, pobiegłem przytulić Buffona, wygraliśmy puchar i wybrano mnie najlepszym zawodnikiem meczu. Dostałem bonusy, bo brakował mi właśnie jeden mecz, i to był ostatni mecz mojego pierwszego etapu w Juve. Pamiętam, że potem spacerowałem z ojcem i przyjaciółmi po Rzymie. To jedno z moich najlepszych wspomnień związanych z Juve. Mam też wiele butów Téveza, Fernando… Tamten rok był niesamowity. Niedawno Fernando był ze mną we Włoszech i naprawdę uważam, że miałem ogromne szczęście. Moja historia, moja kariera, nie wyglądałaby tak samo, gdybym nie spotkał kogoś takiego jak Fernando. Graliśmy na tej samej pozycji, rywalizowaliśmy o jedną koszulkę, a po treningu wracaliśmy razem do domu, chodziliśmy razem jeść. Przyjął mnie jak brata. Wiesz, że w świecie futbolu to nie jest częste, żeby ktoś z twojej pozycji tak bardzo ci pomagał. A Carlitos też nas obu mocno cisnął, bo był bardzo wymagający. Kiedy mówi się o takich rzeczach, często mówi się sercem, ale ja nie widziałem czegoś podobnego na boisku. Pamiętam, że gdy miał z kimś na pieńku, mówił mi: „Mały, idź tam i go przyciśnij”. A ja, dwadzieścia lat, szedłem tam walczyć z kimś. A potem on przychodził z tymi swoimi mięśniami i kogoś przestawiał. To było niesamowite. Na początku bardzo mnie opieprzał, ciągle za wszystko mnie ganił, ale z czasem się nauczyłem. Patrzyłem też na Fernando. Zrozumiałem, że kiedy Carlos szedł z piłką przodem, wybierał ci stronę, ty grałeś z nim klepkę. Jest też bardzo dobra historia, którą zawsze opowiadam. Złapał mnie w szatni i powiedział: „Kiedy strzelam, uderzam tak mocno, że żaden bramkarz nie może złapać piłki”. Tak jak mówią Argentyńczycy. A ja myślałem: „Co ty, jesteś jak z Kapitana Tsubasy?”. Powiedział mi: „Posłuchaj mnie, ty podaj mi piłkę, a w ważnych meczach, kiedy ja strzelę, ty idź na dobitkę”. Strzeliłem przeciwko Realowi Madryt w półfinale Ligi Mistrzów i w finale Ligi Mistrzów właśnie dzięki tej radzie z początku sezonu: „Żaden bramkarz nie może złapać mojej piłki”. A ja myślałem: „Jasne…”.
Byłeś z Cristiano w Realu Madryt i w Juve?
Tak. Cristiano to absolutny crack. Jako kolega… Pierwszy etap nie był taki sam jak drugi, bo byłem bardzo młody i może nie jesteś wtedy przyzwyczajony do wymagań, jakie stawia piłkarz na jego poziomie. Czasami jesteś chłopakiem, który wchodzi z ławki, chce coś pokazać, może strzela na bramkę, próbuje zdobyć gola, bo stadion jest pełen twoich kolegów i rodziny, bo zaczynasz grać. Nie zdajesz sobie sprawy, że on w tamtym sezonie rywalizuje z Messim o to, kto strzeli więcej niż siedemdziesiąt pięć goli. Normalne, że wymagania są niesamowite. Dla mnie zawsze miał wyjątkowe traktowanie. Pamiętam, że gdy byłem młody i jeździliśmy na okresy przygotowawcze, zawsze mówił: „Czego ci trzeba?”. Chodziliśmy na zakupy, dawał nam iPady, telefony, perfumy. Naprawdę spektakularny człowiek. Później w Juve miałem już inną pozycję i to było inaczej. Spędzaliśmy razem dużo czasu, rozmawialiśmy o wielu rzeczach. Powiem tak o Cristiano: wszystko, co widać z zewnątrz, a potem gdy idziesz z nim na kolację, jest niesamowite. On rozumie wszystko. Bardzo dużo rzeczy studiuje, ma imponującą kulturę w różnych dziedzinach życia. Jako piłkarz, co mam ci powiedzieć? Są rzeczy u Cristiano, które rozwalają głowę. Wracasz z podróży o 5:00 rano, marzysz o tym, żeby wejść do domu i położyć się do łóżka, a on robi górę ciała, zimną wodę i rowerek. Kiedy widzisz człowieka, który robi takie rzeczy, widzisz, jak żyje i jak podchodzi do życia, nie mogę powiedzieć, że nie jest najlepszym piłkarzem, nie tylko spośród tych, z którymi grałem, ale najlepszym ze wszystkich.
(…)
Jako wychowanek Atleti, jak wyglądał ten Álvaro Morata z akademii, który przechodzi przez Real Madryt, Atleti, Getafe? Opowiedz trochę o tamtym czasie.
Zacząłem w szkółce, potem przeszedłem do akademii Atleti i nie grałem dużo. Byli zawodnicy dużo lepsi ode mnie, dlatego odszedłem na rok do Getafe. Ten rok w Getafe był chyba najważniejszy na poziomie akademii, bo mieliśmy świetny sezon. Stamtąd pojawiła się możliwość przejścia do wielu klubów. Moi rodzice chcieli, żebym został w Madrycie, bo najlepsze było to, żebym został tutaj. Poszedłem do Realu Madryt. Do Realu Madryt trafiłem w wieku piętnastu albo szesnastu lat. Spędziłem rok w juvenilu, zacząłem w juvenilu C razem z Franem Solem. Potem Frana i mnie przesunięto do Realu Madryt C, żeby pomóc drużynie. Zaczynaliśmy sezon w strefie spadkowej, a skończyliśmy w barażach. To było niesamowite. Od tamtego roku zaczęliśmy trenować z Castillą. Graliśmy też mecze z Juvenilem A, z Carvą, Sarabią i wszystkimi tymi, których uznawano za najlepszych w akademii Realu Madryt. Miałem rozpocząć okres przygotowawczy z Castillą, Fran też, i wtedy zadzwoniono do mnie, żebym pojechał na okres przygotowawczy z Mourinho.
To Mourinho dał ci szansę w pierwszym zespole, prawda?
Tak, Mourinho. Tu jest też bardzo piękna historia. W dniu, w którym Inter grał finał Ligi Mistrzów z Bayernem, chyba na Bernabéu, dzień wcześniej trenowali w Valdebebas. Byliśmy tam z moją drużyną, oglądaliśmy trening i wszyscy zrobiliśmy sobie zdjęcie z Mourinho przed rozpoczęciem zajęć. Potem zostałem. Właściwie zostałem sam oglądać cały trening, bo wszyscy moi koledzy poszli. On podszedł i zapytał: „Ej, tylko ty zostałeś?”. Odpowiedziałem: „Tak, tak”. A on: „No to może niedługo się zobaczymy”. Potem pojechałem na wakacje z rodziną. Dopiero co przyjechałem z mamą po sześciu godzinach jazdy samochodem do Marbelli, z moim przyjacielem Leo, i zadzwonił Chendo: „Słuchaj, musisz jechać do Ameryki z pierwszym zespołem”. Myślałem, że to żart. To był Mourinho, który podpisał kontrakt z Realem Madryt i zabrał mnie na okres przygotowawczy. Od tego momentu zadebiutowałem w Realu Madryt, zacząłem grać z pierwszą drużyną i dał mi szansę. Tego nigdy się nie zapomina. Mourinho naprawdę o mnie dbał. Jest jeszcze jedna bardzo dobra historia. Kupiłem swój pierwszy samochód, golfa, a mój ojciec powiedział: „Nie bierz go przez pierwsze dni na trening, bo go porysujesz. Weź seata ibizę, którego mieliśmy”. To był dość stary samochód. Czasami gasł i trzeba było go pchać, wrzucić dwójkę i odpalał znowu. Typowy stary samochód. Pamiętam, że raz w ośrodku treningowym jakiś kolega mi pomagał i akurat przechodził trener. Powiedział: „Ej, to jest twój samochód?”. Zamilkłem i mówię: „Tak, tak”. Kupiłem już wtedy nowy samochód do domu, ale jeszcze nim nie przyjechałem. A on: „Dobrze, jutro zadzwoni do ciebie ktoś z klubu”. Zadzwonili do mnie z klubu i zabrali mnie do salonu Audi. „Wybierz samochód, jaki chcesz”. Było mi strasznie głupio. Powiedzieli: „Trener powiedział, że ty też musisz mieć samochód”. A ja myślałem: „Jeśli trener zobaczył mnie z tym złomem i dowie się, że mam samochód w domu…”. Pytałem o A3, nie chciałem zwracać uwagi, czy może mają jakieś A3. Ostatecznie dali mi Audi A5, bo Mourinho tak powiedział. Naprawdę dbał o mnie niesamowicie.
Opowiedz mi o Mourinho jako człowieku poza postacią medialną.
To fenomen. Fenomen. Myślę, że nikt nie wyobraża sobie, jak zabawny jest prywatnie, w bliskim kontakcie. Zawsze, kiedy go widzę, śmiejemy się razem. To człowiek, który ma fantastyczną równowagę między byciem niesamowitym motywatorem a dobrym zarządzaniem grupą.
Uważasz, że znowu byłby idealnym trenerem dla Realu Madryt?
Myślę, że gdziekolwiek był, wygrywał albo był blisko wygrywania. W Realu Madryt, który zawsze musi wygrywać, uważam, że mogłoby mu pójść bardzo dobrze.
Bardzo dobrze o nim mówisz. To najważniejsza osoba w twojej karierze?
To pierwsza osoba, która we mnie uwierzyła. Ja przeszedłem od wakacji z Leo, od wejścia do ogrodu i kopania piłki w wieku szesnastu lat, do okresu przygotowawczego z Cristiano, Kaką, Benzemą, Ikerem… Nie wiem, czy najważniejsza, ale bardzo ważna. Później miałem też inne postacie, które bardzo we mnie wierzyły. Allegri, który zrobił ze mnie bardziej mężczyznę. Conte, który postawił na mnie w Chelsea. Luis Enrique… Bez Luisa Enrique nie wygrałbym EURO i nie byłoby tego wszystkiego, o czym mówiliśmy wcześniej. W pewnym momencie Luis Enrique miał krytyczną sytuację na EURO, grając w Hiszpanii, a jemu było wszystko jedno. Powiedział: „To jest mój piłkarz i będę go bronił do końca. Nie obchodzi mnie reszta”. To kolejna zadra, którą będę nosił całe życie: gdybyśmy przeszli Włochów w karnych, wygralibyśmy EURO z Luisem Enrique już wcześniej.
Powiedziano mi, że Mourinho próbował cię jeszcze kilka razy sprowadzić.
Tak, do Romy. Było blisko. Myślę, że ostatecznie nie wyszło przez dyrekcję Romy, która chciała młodszych zawodników. Mourinho próbował mnie najpierw ściągnąć do United, ale do Romy też.
Kiedy był temat Romy? Gdzie wtedy byłeś?
W Atleti.
Jak oceniasz swój etap w Realu Madryt?
To był bardzo piękny etap, w którym wygrałem mnóstwo tytułów i wiele rzeczy. To niesamowity etap. Real Madryt jest jednym z najlepszych klubów świata i dla każdego piłkarza gra tam jest niesamowita. To prawda, że presja jest tam ekstremalna. Nie mogę dokładnie powiedzieć, jaka to presja, bo nigdy nie byłem jednym z jedenastu podstawowych piłkarzy Realu Madryt i jednym z najważniejszych zawodników, ale myślę, że to presja ekstremalna. Czasami może sprawić, że nie cieszysz się wszystkim tak, jak naprawdę powinieneś.
Dlaczego odszedłeś z Realu Madryt do Juve?
Żeby wyrobić sobie nazwisko, własną historię. W tamtym momencie nie grałem dużo w Realu Madryt, a przychodzi klub taki jak Juve. Wtedy Juve miało politykę robienia prawie wszystkich transferów bez kwoty odstępnego, wolnych zawodników, a te dwadzieścia czy dwadzieścia dwa miliony euro były dla nich chyba najważniejszym transferem od dłuższego czasu. Poczułem się bardzo doceniony i poszedłem tam. Wielu ludzi mówiło mi, że powinienem odejść na wypożyczenie. Pamiętam, że wybierałem między Wolfsburgiem a Juve. Pewnego dnia rozmawiałem z ojcem i Juanmą, a oni powiedzieli: „Juve to Juve. Idź do Juve i niech się dzieje wola Boża”. Ostatecznie w tamtym roku doszliśmy do finału Ligi Mistrzów, wygraliśmy wszystko we Włoszech i było niesamowicie.
W Juve wygrałeś wszystko poza Ligą Mistrzów, którą przegraliście z Barceloną. I stamtąd zdecydowałeś się odejść.
Kiedy Real Madryt cię sprzedaje, masz obowiązkową opcję odkupu. Jeśli ją aktywują, podpisujesz kontrakt jeszcze przed odejściem i wszystko jest już przygotowane na wypadek powrotu. W tym opinia piłkarza nie ma dużego znaczenia.
A ten drugi etap w Realu Madryt? Jaki był?
Niesamowity. Był Zidane. Rozegrałem sezon, w którym strzeliłem dwadzieścia albo dwadzieścia jeden goli, wszystko szło bardzo dobrze, ale to było to samo co za pierwszym razem. Wiesz, że przed sobą masz maszynę, Benzemę, i że jest trudno. Masz rok, w którym strzelasz dużo goli, grasz wiele meczów, ale nie grasz żadnego meczu z Atlético, z Barceloną ani w Lidze Mistrzów. A piłkarz lubi grać w meczach Ligi Mistrzów.
(…)
Co jest najlepsze i najgorsze u Cholo?
Najlepsza u Cholo jest motywacja. Były jego przemowy przed meczami, po których byłem na granicy płaczu. Naprawdę. To zbliża cię do zwycięstwa. Jeśli jesteś na odpowiednim poziomie emocjonalnym i umiesz tym zarządzać, to jeden z najlepszych motywatorów, jakich widziałem. Najgorsze? Może ja mam wrażliwość, która nie jest normalna dla świata futbolu, ale czasami, gdy na boisku się denerwuje i może mówić do ciebie w określony sposób, to moim zdaniem jest najgorsze. W ostatnim roku bardzo mnie zaskoczył osobiście jako trener. Zawsze go podziwiałem, bo uważam, że to, co zrobił w Atleti, jest niewiarygodne, ale bardzo zaskoczyła mnie też jego ludzka strona, kiedy naprawdę było ze mną źle.
Dlaczego?
Bo znalazłem człowieka, który mnie rozumiał, który bardzo się przede mną otworzył, opowiedział mi też, że sam miał wiele trudnych momentów. Bardzo to doceniłem.
Powiedziano mi, że był wielki klub, w którym byłeś blisko gry, ale to nie wyszło.
Tak, byłem blisko. Tego jeszcze by mi brakowało.
Jaki klub?
Barcelona.
Jak to było? Xavi?
Tak. Byłem wtedy w Juve. Zaczęliśmy sezon średnio. Byłem po roku, w którym strzeliłem ponad dwadzieścia goli z Pirlo, wrócił Allegri. Z Allegrim zawsze grałem bardzo dobrze, ale prawie zawsze na lewej stronie. Znowu poczułem, że to ja jestem winny, że brakuje dziewiątki, która strzelałaby dużo więcej goli. Potem Juve sprowadziło Vlahovicia. Dałem mu wiele asyst i świetnie nam się razem grało. W tamtym momencie jednak, kiedy grasz na lewej stronie, to nie jest to samo, gdy jesteś przyzwyczajony do gry jako napastnik. Zadzwonił do mnie Xavi i powiedział, że widzi, iż mogę pomóc drużynie. Że przy jego sposobie pressingu i tych wszystkich rzeczach mógłbym się przydać. Poszedłem porozmawiać z trenerem, z Allegrim, i powiedziałem mu, żeby mnie zrozumiał. Jako klub zinterpretowali, że potrzebny jest inny napastnik. Nie chodziło o zazdrość ani nic takiego. Byłem bardzo szczęśliwy, ale gra w Barcelonie też była niesamowitą szansą. Myślę, że zakończenie kariery z grą w Atleti, Realu Madryt, Barcelonie, Juve, Milanie – wtedy tego jeszcze nie wiedziałem – Galatasaray… W końcu krytykowano mnie też mocno, gdy podpisałem kontrakt z Como, a to też jest część wejścia do historii, wejścia do klubu, który pierwszy raz awansował do Ligi Mistrzów. To też jest niesamowite. Bardzo chciałbym też zagrać w Bayernie, nie wiem dlaczego. Bayern to klub. Bardzo bym chciał. Jeśli pytasz mnie o drużynę, w której chciałbym zagrać, a nigdy nie zagrałem, to chyba właśnie dlatego, że pierwszy mecz poza domem, na który pojechałem z ojcem, Leo i przyjaciółmi, to był Getafe – Bayern w Lidze Europy.
Nadal chcesz zakończyć karierę w Getafe?
Bardzo chciałbym zagrać w Getafe, ale gdy się nad tym zastanawiam, nie jestem mentalnie przygotowany do gry w Getafe.
Przez to, że to Hiszpania?
Tak, przez to, że musiałbym mierzyć się z komentarzami ludzi, gdy przychodzisz grać.
Nadal bardzo wpływa na ciebie to, co mówią ludzie?
Tak.
Jak nad tym pracujesz?
Na tysiąc różnych sposobów, ale zdałem sobie sprawę, że nie mogę zmienić osoby, którą jestem. Pomaga mi coach, pomaga psycholog, psychiatra, wszyscy mi pomagają, ale nie mogę zmienić mojego sposobu bycia.
Bardzo mi było przykro, gdy wcześniej powiedziałeś, że nie poszedłeś na finał pucharu z dziećmi przez strach przed tym, co ludzie powiedzą. Myślę też, że ludzie z Atleti cię kochają i okazaliby ci sympatię.
Zawsze jest jednak różnie, Mario. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzi z Atleti pewnie byłoby dla mnie miłych, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto wypił dwa piwa za dużo. Nie chcę, żeby moje dzieci zobaczyły coś, co komuś wyda się zabawne. I to nie tylko na meczu piłki nożnej czy w okolicach stadionu Atleti. To może być w każdym miejscu. W supermarkecie też słyszysz różne rzeczy.
(…)
Nico Paz jest tak dobry, jak się mówi?
Bardziej, niż się mówi. Isco, Dybala i Nico Paz to piłkarze, przy których mówisz: „Nie wiem, co zrobi”. Czy widzę dla niego miejsce w Realu Madryt? Widzę dla niego miejsce w drużynie, w której będzie chciał grać. Inna sprawa, czy dadzą mu wartość, na jaką zasługuje. To chłopak, który potrzebuje znaczenia i odpowiedzialności, bo jest bardzo, bardzo dobry.
Komentarze (33)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się