REKLAMA
REKLAMA

Florentino Pérez i wybory w Realu Madryt: siedem kadencji, trzy głosowania i jedna przegrana

Od 1995 roku Florentino Pérez siedem razy obejmował funkcję prezesa Realu Madryt, ale tylko trzykrotnie socios mogli faktycznie pójść do urn i wybierać między kilkoma kandydatami. Ángel Luis Menéndez z dziennika ABC przypomina całą drogę obecnego sternika Królewskich – od pierwszej porażki z Ramónem Mendozą, przez wyborczy przewrót z transferem Luísa Figo w tle, po kolejne automatyczne proklamacje bez głosowania.

REKLAMA
REKLAMA
Florentino Pérez i wybory w Realu Madryt: siedem kadencji, trzy głosowania i jedna przegrana
Florentino Pérez. (fot. ABC)

„Zmiana? Nie, dziękuję”. Pod tak stanowczym hasłem Luis de Carlos, prezes Realu Madryt w latach 1978–1985, wygrał 10 października 1982 roku pierwsze wybory na prezesa klubu, w których głosować mogli wszyscy socios. Wcześniej prezesa wybierali wyłącznie członkowie delegaci podczas zgromadzenia. Jeśli zgłaszał się tylko jeden kandydat, co logiczne i co zdarza się także dzisiaj, był on ogłaszany prezesem bez konieczności przeprowadzania głosowania.

REKLAMA
REKLAMA

Od tamtego momentu minęły 44 lata, ale tamto proste hasło wciąż pozostaje żywe w Realu Madryt. Dla każdego prezesa ubiegającego się o reelekcję przekaz jest oczywisty: jeśli klub działa, jeśli nie ma widocznej potrzeby zmiany, najbezpieczniej postawić na ciągłość. Ostatnim, który korzysta z tej logiki, jest Florentino Pérez.

W 1995 roku, przy swoim pierwszym podejściu do wyborów, Pérez nie mógł jednak opierać kampanii na takim przesłaniu. Nie mógłby zrobić tego żaden kandydat próbujący odsunąć od władzy urzędującego prezesa. Florentino był wtedy inżynierem dróg, miał za sobą doświadczenie polityczne w różnych strukturach administracji publicznej i działał w sektorze budowlanym. Swoją kampanię oparł na dyscyplinie finansowej, uzdrowieniu klubowych rachunków i modernizacji Realu Madryt.

Pérez był kandydatem z największymi szansami na pokonanie Ramóna Mendozy, który rządził klubem od dekady. W wyborach pojawił się też trzeci pretendent, Santiago Gómez Pintado, przedsiębiorca z branży motoryzacyjnej i właściciel Otaysy, grupy, która zmieniła model sprzedaży samochodów i została nawet sponsorem Realu Madryt. Gómez Pintado reprezentował bardziej tradycyjny nurt opozycji, mocno zakorzeniony wśród madryckich stowarzyszeń.

REKLAMA
REKLAMA

Pod względem sportowym Real Madryt, prowadzony przez Jorge Valdano, zmierzał w sezonie 1994/95 po mistrzostwo Hiszpanii. Królewscy przerwali wtedy serię czterech kolejnych tytułów Barcelony, zdobytych w latach 1991–1994 przez Dream Team Johana Cruyffa. Był to również sezon debiutu Raúla Gonzáleza.

Największym problemem rządów Mendozy była jednak bardzo trudna sytuacja finansowa. Klub miał 12 miliardów peset długu, czyli około 72 miliony euro. Zadłużenie wynikało przede wszystkim z kosztownej przebudowy stadionu Santiago Bernabéu, obejmującej nowe wieże dostępowe i rozbudowę górnej trybuny. Już wtedy, 31 lat temu, największą obawą socios była utrata kontroli nad klubem. Real Madryt, zmuszony przez finansową dziurę, mógłby zostać przekształcony w sportową spółkę akcyjną.

Jak opisuje Ángel Luis Menéndez w ABC, była to najdłuższa kampania wyborcza w historii klubu. Trwała trzy miesiące, była twarda i do samego końca pozostawała nierozstrzygnięta. Kilka sondaży wskazywało na bardzo wyrównaną walkę i taki właśnie był finał. 19 lutego Ramón Mendoza obronił stanowisko przewagą zaledwie 698 głosów. Otrzymał 15 203 głosy, czyli 41,5%. Florentino Pérez zdobył 14 505 głosów, czyli 40%. Daleko za nimi znalazł się Gómez Pintado, na którego zagłosowało 4154 socios, czyli 11%.

REKLAMA
REKLAMA

Ta pierwsza i jedyna wyborcza porażka bardzo zabolała Florentino, ale właśnie na niej zaczął budować przyszłe zwycięstwa. Już wtedy był przekonany, że przy głosowaniu korespondencyjnym doszło do nieprawidłowości. Uważa tak do dziś, co przypomniał 12 maja podczas burzliwej konferencji prasowej, na której ogłosił rozpisanie nowych wyborów. Jak stwierdził, „w tamtych wyborach głosowali zmarli, ale wyciągnąłem wnioski na kolejne”.

I rzeczywiście je wyciągnął. Pérez potrafił czekać, przygotował się bardzo starannie i pięć lat później doprowadził do spektakularnego wyborczego przewrotu, który po raz pierwszy dał mu stanowisko prezesa Realu Madryt. Wcześniej, w listopadzie 1995 roku, Ramón Mendoza został zmuszony do dymisji. Wybory nie rozwiązały problemów ekonomicznych. 31 lipca 1995 roku klub musiał przedstawić Lidze Piłkarskiej zabezpieczenie w wysokości 1,2 miliarda peset, czyli 7,2 miliona euro, aby uniknąć degradacji Realu Madryt do Segunda División. Lorenzo Sanz, ówczesny wiceprezes klubu, zabezpieczył ten kredyt własnym majątkiem. W ten sposób stał się silnym człowiekiem zarządu i po odejściu Mendozy przejął prezesurę.

20 maja 1998 roku Real Madryt pokonał Juventus 1:0 w Amsterdamie i po 32 latach przerwy zdobył siódmy Puchar Europy. Pięć dni później Komisja Wyborcza zatwierdziła Sanza jako prezesa, ponieważ był jedynym kandydatem. W 2000 roku przyszło ósme najważniejsze europejskie trofeum, wywalczone po zwycięstwie 3:0 nad Valencią w Paryżu. Lorenzo Sanz uznał, że trudno wyobrazić sobie lepszy moment na rozpisanie wyborów. Miał przecież za sobą dwa tak upragnione i tak świeże sukcesy w Europie.

REKLAMA
REKLAMA

Nikt nie przewidział jednak bomby, którą odpalił Florentino Pérez, jedyny rywal Sanza w tamtych wyborach. Pérez przejął całą uwagę kampanii, gdy ogłosił, że ma wiążące porozumienie z Figo, wielką gwiazdą Barcelony. Obiecał, że jeśli wygra wybory, zapłaci wysoką klauzulę odstępnego Portugalczyka, wynoszącą 10 miliardów peset, czyli 60 milionów euro, i sprowadzi go do Realu Madryt. Figo, jego otoczenie oraz Joan Gaspart, prezes Barcelony, kategorycznie temu zaprzeczali. Florentino podbił więc stawkę i zobowiązał się, że jeśli nie sprowadzi Figo, z własnej kieszeni opłaci karnety wszystkich socios Realu Madryt na kolejny sezon. Wygrał i sprowadził Figo.

W rozstrzygnięciu tamtych wyborów kluczowy okazał się jeszcze jeden element. Florentino naprawdę odrobił lekcję z 1995 roku. Tym razem przeprowadził bardzo dokładną i intensywną zbiórkę głosów korespondencyjnych. To właśnie one przechyliły szalę na jego korzyść. 16 lipca 2000 roku Pérez wygrał wybory pod hasłem „Tak wygrywa Real Madryt”. Zdobył 16 469 głosów, czyli 49,7%. Lorenzo Sanz otrzymał 13 302 głosy, czyli 40,2%.

To zwycięstwo nie tylko zmieniło kierunek Realu Madryt, ale również wpłynęło na cały współczesny futbol. Rozpoczęło erę Galácticos, w której Figo otworzył drogę kolejnym wielkim transferom, takim jak Zinédine Zidane, Ronaldo czy David Beckham. Real Madryt stał się globalną marką sportową i finansową.

REKLAMA
REKLAMA

Po czterech latach, zgodnie ze statutem, odbyły się kolejne wybory. Ogólny bilans sportowy pierwszej kadencji Florentino był bardzo dobry. Real Madryt zdobył dwa mistrzostwa Hiszpanii, w sezonach 2000/01 i 2002/03, Ligę Mistrzów, dwa Superpuchary Hiszpanii, Superpuchar Europy oraz Puchar Interkontynentalny. W 2004 roku sytuacja sportowa była już jednak znacznie mniej komfortowa.

Po zwolnieniu Vicente del Bosque w czerwcu 2003 roku sezon 2003/04 zakończył się bez trofeów. Real Madryt przegrał finał Pucharu Króla z Saragossą 2:3, odpadł z Monaco w ćwierćfinale Ligi Mistrzów i zajął czwarte miejsce w La Lidze.

W szatni zaczęły narastać napięcia, a wśród kibiców pojawił się zrozumiały szmer niezadowolenia. To zachęciło Lorenzo Sanza i Arturo Baldasano do wystawienia własnych kandydatur. Nie docenili jednak tego, jak mocno do socios przemówiło zarządzanie ekonomiczne Florentino. Jego zarząd zlikwidował historyczne zadłużenie i dał klubowi potężny impuls finansowy dzięki kontrowersyjnej, wielomilionowej zmianie przeznaczenia oraz sprzedaży terenów dawnego miasteczka sportowego w 2001 roku. Pérez wygrał przytłaczającą przewagą. Otrzymał 28 416 głosów, czyli 91,6%. Sanz zdobył 1222 głosy, czyli 4%, a Baldasano 513 głosów, czyli 1,6%.

REKLAMA
REKLAMA

Tak zdecydowane zwycięstwo nie zatrzymało jednak sportowego spadku i pogarszającej się atmosfery w szatni. Real Madryt notował trzeci kolejny sezon bez ważnych trofeów i 27 lutego 2006 roku Florentino Pérez niespodziewanie zwołał konferencję prasową, na której ogłosił dymisję. Tłumaczył, że „źle wychował piłkarzy” i że drużyna potrzebuje wstrząsu. Prezesurę przejął Fernando Martín, ale wytrwał na stanowisku tylko dwa miesiące. Do odejścia zmusił go sam zarząd. Następnie okres przejściowy poprowadził Luis Gómez-Montejano, który doprowadził klub do wyborów rozpisanych na 2 lipca.

Wystartowało w nich pięciu kandydatów, co było liczbą niespotykaną w historii Realu Madryt. Ramón Calderón, prawnik i były działacz, obiecywał transfery Kaki, Robbena i Cesca Fàbregasa. Juan Palacios, przedsiębiorca, stawiał na projekt sportowy kierowany przez José Antonio Camacho. Juan Miguel Villar Mir, przedsiębiorca z branży budowlanej, miał zakulisowe wsparcie otoczenia Florentino Péreza. Do rywalizacji ponownie stanęli też Lorenzo Sanz i Arturo Baldasano.

Kilka dni przed wyborami madrycki sąd zapobiegawczo zawiesił głosowanie korespondencyjne. Powodem były podejrzenia manipulacji, kradzieży tożsamości i brak gwarancji dotyczących przechowywania głosów. W efekcie jako ważne policzono wyłącznie głosy oddane osobiście w dniu wyborów w hali koszykarskiej Realu Madryt.

REKLAMA
REKLAMA

Wyniki były bardzo wyrównane. Calderón otrzymał 8344 głosy, czyli 30%. Palacios zdobył 8098 głosów, czyli 29%. Villar Mir uzyskał 6702 głosy, czyli 24%. Lorenzo Sanz otrzymał 2377 głosów, czyli 8%, a Baldasano 1581 głosów, czyli 6%. Ramón Calderón został oficjalnie ogłoszony prezesem klubu 3 lipca 2006 roku. Od początku jego mandatowi towarzyszył jednak cień sądowych zaskarżeń ze strony Villara Mira i kryzys legitymacji, który wybuchł z pełną siłą trzy lata później.

Calderón został zmuszony do dymisji w styczniu 2009 roku po ujawnieniu, że na Walnym Zgromadzeniu pojawili się fałszywi członkowie delegaci, którzy mieli pomóc zatwierdzić klubowe sprawozdania finansowe. Tymczasowe stery przejął Vicente Boluda, przedsiębiorca z branży morskiej, który doprowadził do przedterminowych wyborów. W tym czasie Barcelona Pepa Guardioli dominowała w hiszpańskim i europejskim futbolu, a w tamtym sezonie sięgnęła po pierwszy tryplet w swojej historii. Upokarzająca porażka 2:6 z Katalończykami na Santiago Bernabéu, poniesiona 2 maja, przyspieszyła w Realu Madryt potrzebę przebudowy projektu.

14 maja 2009 roku Florentino Pérez oficjalnie zgłosił swoją kandydaturę, przedstawiając się jako instytucjonalny ratunek dla klubu. Eduardo García i Juan Onieva sygnalizowali zamiar startu w wyborach, ale ostatecznie tylko Pérez spełnił wszystkie wymagania. Komisja Wyborcza ogłosiła go więc prezesem 1 czerwca 2009 roku.

REKLAMA
REKLAMA

Wtedy głosowania już nie było i od tamtej pory urny w Realu Madryt nie zostały wykorzystane ani razu. Jak zwraca uwagę ABC, jednym z powodów jest zmiana statutu zatwierdzona w 2012 roku przez członków delegatów na wniosek Florentino. Nowe przepisy zaostrzyły wymagania wobec kandydatów. Najważniejszy i najbardziej kontrowersyjny punkt dotyczy obowiązku przedstawienia gwarancji bankowej w wysokości 15% budżetu klubu, zabezpieczonej osobistym majątkiem kandydatów na prezesa.

Od tamtej pory, w wyborach rozpisywanych w 2013, 2017, 2021 i 2025 roku, Florentino Pérez był jedynym kandydatem. Za każdym razem zostawał więc ogłaszany prezesem automatycznie, bez głosowania.

Bilans jest wymowny. Od 1995 roku Florentino Pérez siedem razy obejmował funkcję prezesa Realu Madryt, ale tylko trzykrotnie doszło do kampanii zakończonej głosowaniem. Tylko wtedy socios mogli wysłuchać różnych propozycji, porównać programy i wrzucić głos do urny.

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (1)

REKLAMA