„Jakim ku**a cudem MARCA dowiaduje się o wszystkim?!”
Juan Ignacio Gallardo – MARCA
Wulgarne zdanie, które widnieje na początku w tytule, huknęło w środę w najważniejszych gabinetach Bernabéu. MARCA chwilę wcześniej podała kolejną informację, jedną z wielu, która postawiła Valdebebas na nogi: Valverde i Tchouaméni byli o krok od rękoczynów. Zamiast okazać zaniepokojenie po tak poważnym incydencie, klub obrał najgorszą możliwą drogę: rozpętał wściekłe polowanie na czarownice, by ustalić, kto jest naszym źródłem.
Tego samego popołudnia, nieoficjalnymi kanałami, umniejszano więc wagę całej awantury, przedstawiano ją jako „rzeczy, które zdarzają się w futbolu” i zapewniano (!), że „obaj od razu skończyli, żartując w szatni razem z pozostałymi kolegami”.
W tym samym czasie klub zaczął tropić tych, którzy o wszystkim opowiedzieli.
Ostre groźby, będące objawem całkowitego braku panowania nad sytuacją, wewnętrznego chaosu i atmosfery graniczącej z obłędem, jaka zapanowała w Realu Madryt, nie przyniosły większego skutku. Już dzień później, w czwartek, Valverde i Tchouaméni znowu się starli, a MARCA, ponownie jako pierwsza i z informacją o światowym zasięgu, bardzo krótko po tym, jak sprawa dotarła do gabinetów na Bernabéu, poinformowała całą planetę o tym, co się wydarzyło. „Jakim ku**a cudem MARCA dowiaduje się o wszystkim?!” – znów dało się usłyszeć, tym razem jeszcze głośniej. Dla moich dziennikarzy to była muzyka skrzypiec.
Machina szukająca głębokich gardeł wczoraj nabrała rozpędu. Realowi zależało na ukryciu całego tego braku kontroli, całego tego chaosu, a przede wszystkim na tym, by sprawa nie dotarła do socios. Gdyby MARCA tego nie ujawniła, najpewniej nic by się nie stało. W klubie uznano by wszystko za „coś normalnego”. To porażające. Prawdopodobnie nie byłoby ani postępowania dyscyplinarnego, ani kary, ani nawet nagany. Wszystko dalej toczyłoby się błędną drogą ostatnich miesięcy. Socio ma jednak prawo wiedzieć. I w dzienniku MARCA znajduje kogoś, kto mu o tym opowie.
Przynajmniej nasze informacje sprawiły, że klub potraktował sprawę poważnie, a JAS znów stanął na czele działań, odzyskując pozycję utraconą na rzecz Anasa Laghrariego. Kara w wysokości pół miliona pozwoli uniknąć trzeciej rundy. Prawdziwą grzywnę wymierzy jednak Bernabéu.
W tym wszystkim nieobecność Florentino staje się ogłuszająca. Coraz głośniej słychać opinię, że klub wymknął mu się z rąk.
Nie da się wyjaśnić tego, że nigdy nie pokazuje twarzy. Od dłuższego czasu z każdej strony pojawiają się kolejne przecieki. A prezes, ku konsternacji socios, nie wychyla głowy. Teraz brakowało już tylko jego decyzji, ogłoszonej nieoficjalnie, by nie lecieć z drużyną do Barcelony. By zostawić okręt bez kapitana w środku największej burzy, jaką można sobie wyobrazić. Kapitan statku nie może chować głowy pod poduszkę, gdy grzmoty przybierają na sile.
Powinien jeszcze raz przemyśleć swoje stanowisko i, o ile nie zatrzyma go siła wyższa, zasiąść w loży podczas Klasyku, nawet jeśli będzie musiał znieść bolesną możliwość, że Barça przypieczętuje mistrzostwo na jego oczach. Wciąż ma czas, by zmienić zdanie, powiedzieć, że ani przez chwilę nie rozważał nieobecności i być tam, gdzie powinien.
W mediach społecznościowych część madridismo nie odbiera najlepiej tego felietonu. Wśród wielu kibiców Realu Madryt pojawia się duże oburzenie, bo ich zdaniem MARCA urządza pokaz siły na tle bójki dwóch piłkarzy w szatni, a przez trzy lata nie była w stanie z podobną determinacją zająć się sprawą Negreiry. Najostrzejsi komentujący piszą wprost, że to „prawdziwy wstyd”: w kilka dni dziennik poświęcił kryzysowi w Valdebebas więcej artykułów i okładek niż najpoważniejszej aferze w historii hiszpańskiego futbolu, a teraz jeszcze publicznie się tym chwali.
Krytycy Gallardo widzą w tym nie obronę dziennikarstwa, lecz kolejny przykład hiszpańskiego środowiska medialnego, które żyje plotkami z Realu Madryt, a w sprawach dotyczących Barcelony i Negreiry latami patrzyło w drugą stronę. Padają też wyjątkowo ostre określenia pod adresem samego dyrektora Marki. Część kibiców nazywa go „marionetką Tebasa”, „tchórzliwym lizusem bez talentu” i wypomina mu, że jego dziennik nie przeprowadził żadnego realnego śledztwa w sprawie Negreiry.
Dlatego dla tej części madridismo tekst Gallardo brzmi nie jak troska o socios, lecz jak demonstracja: „patrzcie, wiemy wszystko o Realu”. Tyle że wielu kibiców odpowiada na to pytaniem, gdzie była ta sama determinacja, gdy przez lata trzeba było drążyć sprawę Negreiry. W ich oczach MARCA bardzo chętnie poluje na chaos w Valdebebas, ale gdy chodziło o poważniejszą aferę, wolała patrzeć w inną stronę.
Komentarze (18)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się