REKLAMA
REKLAMA

Hiszpańska szkoła znów wyrasta na najlepszy model sukcesu w Lidze Mistrzów

Philipp Lahm, były piłkarz Bayernu Monachium, pisuje felietony dla angielskiego dziennika The Guardian. Przedstawiamy pełne tłumaczenie tekstu, który opublikował w poniedziałek 6 kwietnia, jeszcze przed spotkaniem jego byłego klubu z Realem Madryt.

REKLAMA
REKLAMA
Hiszpańska szkoła znów wyrasta na najlepszy model sukcesu w Lidze Mistrzów
Dani Carvajal. (fot. Getty Images)

W Niemczech trenerzy mawiali kiedyś: „Idź za rywalem nawet do toalety!”. Tak właśnie określano krycie indywidualne. Obrońcy nie mieli więc zbyt wiele myśleć. Ten taktyczny powrót do przeszłości niespodziewanie wrócił do łask od czasu, gdy Atalanta wygrała Ligę Europy w 2024 roku, stosując właśnie tę metodę.

REKLAMA
REKLAMA

Przeciwko drużynie, która ma wyraźnie większą jakość indywidualną, krycie indywidualne z natury nie daje większych szans. Atalanta boleśnie przekonała się o tym w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Bayern miał absurdalnie dużo wolnej przestrzeni i strzelił 10 goli. Rzadko kiedy mecz fazy pucharowej był aż tak jednostronny.

Mam nadzieję, że w Niemczech zostaną z tego wyciągnięte właściwe wnioski, bo znów coraz częściej widzę krycie indywidualne w Bundeslidze. Tymczasem może ono być co najwyżej środkiem doraźnym, jeśli chce się zaskoczyć rywala i wywrzeć na nim presję, jak w piłce ręcznej tuż przed końcową syreną. Nie jest to jednak strategia na całe spotkanie. Boisko piłkarskie jest na to po prostu zbyt duże.

Hiszpanie trzymają się więc innej idei, którą przyjęli: obrony zorientowanej na piłkę, jasno określonych pozycji i ról oraz uporządkowanej gry kombinacyjnej, która przesuwa akcję na połowę rywala. Pod względem poznawczym wymaga to więcej niż 90 minut pojedynków jeden na jednego. Piłkarze muszą współpracować, właściwie ustawiać się i w odpowiednim momencie, prowadzeni przez ruch całej grupy, wchodzić w pojedynki indywidualne. Bo to właśnie one wciąż stanowią sedno najwyższej jakości.

REKLAMA
REKLAMA

W ten sposób funkcjonuje cały kraj; dla Hiszpanów to kwestia tożsamości. Mają też wszelkie dowody na to, że obrali właściwy kierunek. Ich kluby zdobyły w tym stuleciu łącznie 24 trofea w trzech europejskich rozgrywkach. Za nimi jest Anglia z 11 tytułami, a następnie Włochy i Niemcy odpowiednio z pięcioma i czterema.

Na te sukcesy pracowało sześć różnych hiszpańskich klubów; z Bundesligi w tym samym okresie były tylko dwa. W siedmiu z ostatnich 12 lat Liga Mistrzów trafiała do La Ligi; w tym sezonie ponownie to właśnie ona ma najwięcej ćwierćfinalistów, czyli Real, Barçę i Atlético.

Ta trójka nie musi być w tym roku faworytami, za takich należy uznać najlepsze zespoły fazy ligowej i obrońców trofeum. One także mają jednak w sobie hiszpańskie elementy; ich trenerzy są produktami szkoły Barçy i w pewnym sensie pozostają pod wpływem Pepa Guardioli: Mikel Arteta z Arsenalu i Luis Enrique z PSG mają ten styl we krwi, choć każdy interpretuje go po swojemu.

Hiszpańscy trenerzy dominują w Europie; w 1/8 finału wszystkich trzech rozgrywek było ich 11, ponad dwa razy więcej niż przedstawicieli kraju, który był pod tym względem drugi. W ćwierćfinałach są trzej – więcej niż z jakiegokolwiek innego państwa. To Hiszpanie raz po raz robią furorę. Xabi Alonso przerwał dominację Bayernu z Bayerem Leverkusen. Unai Emery nieustannie wprowadza na pierwszy plan kluby z drugiego szeregu, obecnie Aston Villę. Cesc Fàbregas wstrząsa Serie A z Como i zmienia włoski futbol.

REKLAMA
REKLAMA

Długa seria zwycięstw Guardioli w Premier League dobiegła w poprzednim sezonie końca. Jego drużyna straciła natchnienie. Nie da się w nieskończoność pracować każdego dnia nad tym samym. Teraz buduje w Manchesterze coś nowego, dalej ewoluuje i stawia na inny profil piłkarzy niż wcześniej. W tym roku odpadł z Ligi Mistrzów, wyeliminowany przez swojego rodaka Álvaro Arbeloę, ale w Anglii wciąż wystarcza mu to do walki o mistrzostwo i zwycięstwa w krajowych pucharach.

Jest jeszcze Luis de la Fuente. Pracuje w Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej od ponad dekady, zdobywał mistrzostwa Europy z różnymi reprezentacjami młodzieżowymi, a w 2024 roku także z seniorską kadrą. Trzy z ostatnich pięciu tytułów mistrza Europy trafiły do Hiszpanii. Nawet Niemcom nie udało się osiągnąć takiej dominacji w latach 70. i 80. To właśnie do tej epoki odnosił się Gary Lineker, gdy mówił, że na końcu i tak zawsze wygrywają Niemcy. Nie, dziś jest to Hiszpania. Na tegorocznych mistrzostwach świata drużyna De la Fuente będzie oczywiście jednym z kandydatów do końcowego triumfu.

Hiszpańska szkoła zastąpiła włoską jako najlepszy model. Włochy wciąż produkują trenerów na międzynarodowy rynek, także po Carlo Ancelottim. Tyle że ich drużyny już nie wygrywają. Rok temu napisałem w felietonie, że włoskiemu futbolowi brakuje intensywności, zaangażowania, dynamiki, atletyzmu i inicjatywy, dlatego nie ma już piłkarzy światowej klasy. W odpowiedzi Süddeutsche Zeitung, gazeta z mojego rodzinnego Monachium, oskarżyła mnie o powtarzanie „frazesów”.

REKLAMA
REKLAMA

Tymczasem w tegorocznych ćwierćfinałach Ligi Mistrzów nie ma żadnego włoskiego klubu; niewiele brakowało, a po raz pierwszy nie byłoby ich nawet w 1/8 finału, gdyby Atalanta nie wyrzuciła Borussii Dortmund za burtę w ostatniej chwili. A reprezentacja narodowa po raz trzeci z rzędu nie awansowała na mistrzostwa świata. Cztery lata temu zbyt mocna okazała się Macedonia Północna, tym razem Bośnia.

Włochy zostały z tyłu. Jeśli Niemcy pójdą tą nową drogą, może spotkać nas to samo. Dziwi mnie, że tak wielu obrońców w Bundeslidze znów biega dziś za swoimi rywalami niemal do toalety. Bayern też to robi; Vincent Kompany czasami stawia na krycie indywidualne. W Bundeslidze, gdzie nie ma dla niego konkurencji, błędy nie są karane. I swoją grą zaskoczył w fazie ligowej obrońców trofeum z PSG. W tamtym momencie Europa była zdumiona.

Kilka tygodni później Arsenal był już jednak dobrze przygotowany. Aby osiągać wielkie cele, trener potrzebuje wyrazistego stylu. Kompany, protegowany Guardioli, sprawia wrażenie, jakby próbował przejść od obrony opartej na posiadaniu do krycia indywidualnego. Opanowanie takiej zmiany bez utraty kontroli byłoby czymś absolutnie wyjątkowym. Jak dotąd nie udało się to żadnemu trenerowi. Nawet ci najlepsi nie odważyli się tego spróbować.

Ostatnie aktualności

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (4)

REKLAMA