– Przydomek Pajarito (Ptaszek)? To było jeszcze za czasów dziecięcej piłki w Urugwaju. Przez moją budowę byłem bardzo chudy, drobny. Kiedy biegałem, biegałem szybko i prowadziłem piłkę po całym boisku. Jeden z trenerów zaczął mówić na mnie Pajarito. Mojemu ojcu w ogóle się to nie podobało, złościł się, ale ten przydomek został. Dziś mówią na mnie Halcón (Sokół), to bardziej wojowniczy, agresywny pseudonim, który nadał mi trener w seniorskiej reprezentacji. Tyle że ja nadal jestem tym samym spokojnym, dobrym Pajarito.
– Przyjazd do Madrytu? Na pierwszym treningu z Castillą przeżyłem zderzenie z rzeczywistością. Już na parkingu widziałem, że moi koledzy, chociaż byli młodzi jak ja, przyjeżdżali świetnymi samochodami, a ja w Urugwaju, mimo że grałem już w pierwszym zespole Peñarolu, ledwo miałem porządne auto. Pomyślałem sobie: „Gdzie ja właściwie trafiłem?”. Potem wszedłem do szatni i zacząłem widzieć marki, których w Urugwaju prawie się nie spotyka, do tego bardzo drogie. Nawet nie chciałem zdejmować ubrań, a jeśli już to robiłem, to bardzo szybko, żeby nikt nie zobaczył, że nie noszę markowych rzeczy. Po powrocie do domu myślałem tylko o tym, że moi rodzice przez całe życie robili wszystko, żebym miał jak najlepiej. To był dla mnie mocny kontakt z rzeczywistością.
– Mój strzał? Zawsze mówię, że kiedy uderzam na bramkę, uderzam całą duszą. Jasne, próbujesz dopracować kierunek czy miejsce strzału, ale kiedy już kopię, chcę zrobić to z całą siłą, jak dziecko grające ze starszymi, które po prostu chce huknąć jak najmocniej. Koledzy śmieją się z moich nóg, bo jestem chudy i mój czworogłowy chyba niewiele różni się od łydki. Ludzie patrzą i zastanawiają się, skąd bierze się taka siła. A jednak zdarzało mi się na treningach kontuzjować bramkarzy. Niektórym wypadał bark. Pamiętam choćby Lucę Zidane’a – uszkodziłem mu bark i prawie umarłem ze strachu, bo pomyślałem: „Kontuzjowałem syna Zidane’a, zaraz mnie stąd wyrzucą”.
– Hattrick? W meczu z City wychodziło mi wszystko. Po trzecim golu, kiedy kończysz cieszyć się z bramki i słyszysz, jak ludzie skandują twoje imię, nagle zaczyna do ciebie docierać, co się dzieje. Zamknąłem oczy na kilka sekund, które wydawały się wiecznością, i pomyślałem: „Nie mogę w to uwierzyć. Niech ktoś mnie uszczypnie, żebym sprawdził, czy to dzieje się naprawdę”. Dzień wcześniej rozmawiałem z żoną i mówiłem jej: „Obyśmy wygrali, oby udało mi się strzelić gola, może jednego, może dwa”. Ale trzy? To było niewyobrażalne. Najpiękniejsze było zobaczyć reakcję ludzi, rodziny i kolegów z drużyny. Kiedy czuję od nich takie wsparcie, wiem, że nie tylko dobrze gram, ale też że cenią mnie jako człowieka. To było 50 niezapomnianych minut mojego życia w piłce.
– Mój piskliwy głos? Miałem problem z gardłem i wszyscy radzili operację, ale byliśmy skromną rodziną i nie dało się zrobić tego z dnia na dzień. Po tamtym wywiadzie cierpiałem, bo ludzie nie wiedzieli, co się za tym kryje. Dziś się z tego śmieję, ale wtedy byłem dzieckiem. Przez to przez wiele lat nie miałem odwagi odzywać się w grupie do ludzi, których nie znałem, bo bardzo się wstydziłem.
– Kim jestem? Staram się być sobą – tą samą osobą, którą zna moja żona, którą wychowali moi rodzice i którą moje dzieci widzą każdego dnia. Jasne, dziś piłkarze są wystawieni na widok publiczny bardziej niż kiedykolwiek, więc wszystko roznosi się wszędzie, ale próbuję być jak najbardziej normalny, jak najbardziej sobą.
– Faul na Moracie? Tamten mecz pamiętam nie tylko z powodu wejścia w Moratę, ale też przez sytuację chwilę wcześniej, gdy mogłem strzelić gola i wygrać finał. Główkowałem, piłka poszła w górę po kontakcie z kolanem rywala i czułem się potem strasznie winny. Pomyślałem: „Jeśli przegramy, to będzie moja wina”. A potem poszło podanie do Moraty. Byłem ostatnim obrońcą, w bramce stał Courtois, najlepszy bramkarz świata, ale w takich sekundach nie myślisz racjonalnie. Pomyślałem tylko: „Tego trzeba zatrzymać, on nie może przejść”. Próbowałem go dogonić, ale gdy przeciął mi drogę, mnie też na moment odcięło. Wiem i zawsze będę wiedział, że to nie jest obrazek dla dzieci, że tak nie powinno się wygrywać meczów. Tyle że wtedy czułem, że muszę zaryzykować dla drużyny i dla kolegów. Przede mną jest zespół. Jeśli mieli mnie wyrzucić, niech wyrzucą, nawet z Realu Madryt, ale Real Madryt musiał wygrać. Jestem Urugwajczykiem, a my mamy gorącą krew. Czasem po prostu przeskakują ci bezpieczniki.
– Zizou? Zidane bardzo mi pomógł zbudować charakter. Dawał mi spokój i to poczucie, że wszystko się ułoży, że rzeczy wyjdą tak, jak powinny. Nauczyłem się od niego trochę więcej spokoju, wiary i cierpliwości, szczególnie wtedy, gdy robi się trudno. A poza tym w codziennym kontakcie wystarczyło mi już to, że przychodził i pytał o moją żonę czy dzieci. To sprawiało mi ogromną radość. Rzadko zdarza się trener, który nie rozmawia z tobą wyłącznie o piłce.
– Carletto? Ancelotti nie tylko bardzo mnie rozwinął i pomógł mi zabłysnąć w świecie piłki, ale przede wszystkim sprawił, że uwierzyłem w siebie. Dla mnie był kimś z rodziny. Bardzo go podziwiałem i bardzo go kochałem, podobnie jak cały jego sztab. To, jak przeżywał futbol na co dzień i jak sprawiał, że czuliśmy się jako piłkarze – z takim spokojem, pewnością, ale też głodem zwycięstwa – było czymś wyjątkowym. Oby kiedyś nasze drogi jeszcze się przecięły. Ze wszystkich trenerów, których miałem, Ancelotti był najbardziej kompletny.
– Ego w zespole? Zostawienie ego z boku jest w piłce bardzo ważne. Kiedy odkładasz ego na bok, angażujesz się dla drużyny, oddajesz wszystko za kolegę i rozumiesz, że w centrum nie jesteś ty, tylko zespół. Jeśli wszyscy w drużynie myślą w ten sposób, prędzej czy później prowadzi to do celu. O wiele bardziej niż sytuacja, w której każdy walczy tylko o swoją nagrodę albo o dwa czy trzy gole, nieważne, czy drużyna przegra.
– Atmosfera na Bernabéu i w reprezentacji? W Madrycie najbardziej nakręca mnie moment, kiedy w meczu Ligi Mistrzów cały zespół pressuje, musi strzelić gola, stadion ryczy, my uderzamy, doskakujemy, rzucamy się do pressingu. To ten moment, kiedy drużyna i ludzie stają się jednością i czujesz, że można osiągnąć wszystko. W Urugwaju takim wyjątkowym przyśpiewką jest dla mnie Soy Celeste.
Komentarze (7)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się