Kilka lat temu, kiedy Cristiano Ronaldo grał w Realu Madryt, zapytano go o idylliczną wręcz jedność w szatni Barcelony i wspaniałe relacje między Messim, Suárezem i Nemarem w porównaniu do atmosfery panującej w szatni Królewskich. Jego odpowiedź była równie jasna, co niezręczna: „To dla mnie nic nie znaczy. Nie muszę jeść kolacji z Benzemą czy zapraszać Bale'a na kolację do mojego domu. Te całe wyjścia na miasto, przytulaski i buziaki dla mnie nic nie znaczą. Najważniejsze na boisku jest to, żeby drużyna wygrała”.
Cristiano nie lekceważył więzi zespołowej. Lekceważył pustą narrację. A w Realu Madryt jedynym, co ocenia jakiekolwiek słowa, jest murawa. I to, czy drużyna wygrywa mecze i tytuły, czy nie. W poniedziałkową noc Los Blancos wybrali się na kolację integracyjną. I pierwszy cel został osiągnięty, ponieważ przekaz, jaki wyszedł, był jasny: drużyna jest silna i zjednoczona. Nie było przypadku w tym, że informacje o kolacji rozeszły się jak błyskawica. Zdjęcia pojawiły się niemal natychmiast, udostępnione przez samych zawodników w mediach społecznościowych. Zaczął Vinícius, a reszta poszła jego śladem. Przesłanie było jasny: trzymamy się razem.
Był to sygnał skierowany do środka drużyny, ale przede wszystkim na zewnątrz. Do madridismo. Do całego świata futbolu. Jednak Cristiano w 2016 roku miał rację w jednej fundamentalnej kwestii: atmosfera nie gra za ciebie. Kibice mogą docenić ten gest. Mogą zrozumieć intencję, ale zaufania nie odzyskuje się na Instagramie. Odzyskuje się je, broniąc lepiej, pressując lepiej, strzelając więcej goli i ciężej pracując.
Kolacja jest pozytywna. Może być konieczna. Może być punktem wyjścia. Ale teraz Królewscy mają przed sobą robotę do wykonania. Muszą udowodnić, że grupa bierze odpowiedzialność i aspiruje do najwyższych celów. Jednak egzamin, jak zawsze w Realu, przechodzi się na murawie.
Komentarze (22)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się