Real się skompromitował, ale nie tą bramką
Gol Anatolija Trubina nic nie zmienił. Problem był gdzie indziej. Przemyślenia Macieja Leszczyńskiego po wczorajszym meczu Realu Madryt z Benficą.
Ustawienie przed golem na 4:2 dla Benfiki. (fot. X)
Spotkanie na Estádio da Luz z udziałem Realu Madryt po raz kolejny przeszło do historii Ligi Mistrzów i z miejsca obrazki z takiego wieczoru stały się wręcz ikoniczne. Niestety tym razem to Real Madryt – tak jak Atlético 12 lat temu i wiele razy także później – był jedynie tłem dla tego, co faktycznie ważne. Występ Benfiki był spektakularny, a postawa całej drużyny została wynagrodzona przez los w idealny sposób.
Dla Realu Madryt ten mecz od początku był po prostu zły, a gol dający prowadzenie mógł zamazać obraz tego, co działo się praktycznie przez cały mecz. Powody takiej postawy można wymieniać bez liku: standardowo od nastawienia, przez nieodpowiedzialne straty, złe decyzje samych piłkarzy, po zbyt późne i nieskuteczne zmiany trenera. Można jednak odnieść wrażenie, że forma Realu i kompromitujący spadek z 3. na 9. miejsce zostały przyćmione przez bramkę Anatolija Trubina. Wtedy jednak też nie brakuje krytyki wobec Królewskich, o czym możemy się przekonać choćby w artykule Marki pt. „Obraz marazmu Realu”.
Ustawienie Realu przy stałym fragmencie gry było niestandardowe, ale… według mnie w pełni zrozumiałe. Królewscy mieli minimalny interes w tym, by przerwać akcję Benfiki bez czegoś konkretnego. Czymś konkretnym byłby kontratak, zwłaszcza przy wyjściu bramkarza. Nie zapominajmy, że sytuacja drużyny Álvaro Arbeloi w tabeli w ogóle się nie zmieniła przez stratę gola na 2:4, i taka była też świadomość drużyny, która musiała wiedzieć, czego szukać w tym momencie. Szukała strzelenia gola. Real grał już w dziewięciu po dwóch czerwonych kartkach, a jednocześnie szukał gola na 3:3 (szkoda, że wcześniej co najwyżej pozorował szukanie), zostawił trzech piłkarzy do kontrataku: Viníciusa, Mbappé i Brahima (w murze). Reszta – Courtois oraz Alaba, Camavinga, Bellingham, Valverde i Cestero – miała próbować bronić. Bramkarz oraz pięciu graczy broniących kontra ośmiu atakujących Benfiki.
Czy to nie mogło się udać? Ryzyko było minimalne, bo wynik 2:4 niczego w praktyce nie zmieniał, natomiast skuteczny kontratak mógł odmienić położenie w tabeli. W najgorszym przypadku Real straci gola i nic się nie zmieni, a w przypadku wybicia ma szansę na kontratak praktycznie w przewadze od samego początku akcji i bez bramkarza rywali na pokładzie. Benfica też oczywiście zaryzykowała, ale musiała: dla niej ten gol zmieniał wszystko. Skupienie się wyłącznie na defensywie nic Realowi nie dawało. Wybicie piłki do nikogo czy nawet złapanie jej w ręce przez Courtois, dopuszczenie do strzału z nieprzygotowanej pozycji… Wszystkie te sytuacje oznaczałyby gwizdek sędziego i koniec meczu. Kontratak w przewadze – nie.
Real Madryt bronił przy tym stałym fragmencie dziwnie pod względem liczbowym, ale da się to dość łatwo uzasadnić: trzeba było szukać czegoś innego i się nie udało. Znaleźlibyśmy wspólnymi siłami sto powodów do krytykowania Realu w tym meczu, ale samo ustawienie nie powinno być większą kontrowersją. Kontrowersją byłoby za to dojechanie przez Benficę do końca meczu z wynikiem 3:2 – jakim cudem nie znali tabeli jeszcze kilka minut przed tym rzutem wolnym?
Występu Realu Madryt nie da się usprawiedliwić, ale może trudno zagrać gorzej, niż to, co wczoraj pokazali Vinícius, Mastantuono, Tchouaméni czy Carreras. O ile Królewscy zasłużyli na maksymalne słowa krytyki za swoją postawę od początku do niemal samego końca, izolując akcję bramkową na 4:2 dla gospodarzy chce się powiedzieć: nic się nie stało. Ten gol nic nie zmienił. Jestem pewny, że gdyby Arbeloa lub piłkarze mogli usiąść nad tablicą taktyczną i zastanowić się, co należało zrobić w tym momencie, ustawienie byłoby niemal identyczne do tego, co widzieliśmy.
Jest sto innych powodów do krytykowania, więc nie doszukiwałbym się na siłę sto pierwszego. Rozczarowanie tym spotkaniem pozostaje jednak maksymalne i nie zmienia tego nawet to, że mogliśmy zobaczyć radość José Mourinho, jednego z ulubionych trenerów madridismo. Z drugiej strony, jeśli ktoś miał wygrać w ten sposób, to dobrze, że trafiło akurat na niego.
I jednocześnie zupełnie nie rozumiem cmokania nad decyzją Mourinho o posłaniu Trubina w pole karne Realu. Portugalczyk sto rzeczy zrobił dobrze, więc nie doszukujmy się też tutaj sto pierwszej, którą każdy przed telewizorem powinien rozumieć.
Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.
Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!
Komentarze