Nie trofeum, lecz rywal
Każdy wie, jak to działa, a i tak wszyscy chcą dać się nabrać. I tak naprawdę nic w tym złego.
Fede Valverde. (fot. Getty Images)
Iluzja jest bardzo ciekawą formą sztuki, o ile można ją tak nazwać. Rzadko kiedy bowiem do manipulacji, oszustwa, przekierowywania uwagi i pozornej możliwości wyboru dochodzi za pełną zgodą osoby poddawanej tym technikom. Można próbować patrzeć artyście na ręce, starać się go przechytrzyć, ale na końcu i tak każdy z zadowoleniem i podziwem nie ma kłopotu z przyznaniem, że trafił na sprytniejszego od siebie. Wszystko dlatego, że w gruncie rzeczy zwyczajnie chcemy dać się oszukać i zastanawiać, jakim cudem do tego doszło.
Iluzja w saudyjskim wydaniu nie jest co prawda szczególnie wymyślna, a jej mechanika nie sprawia, że zastanawiamy się po nocach, jak oni to wykombinowali. Szkopuł w tym, że i tak najczęściej przynosi ona zamierzony efekt. Trik polega na stworzeniu turnieju, na który niby trzeba się dostać, ale mając zawsze przy tym pewność, że dwójka uczestników będzie się powtarzać. Następnie zaś konieczne jest ułożenie konfiguracji w taki sposób, by ci dwoje spotkali się w finale. Tak oto puchar-wydmuszka z tombaku zdaje się ważyć tyle samo, co trofeum wykonane ze szczerego złota.
W teorii uczestnikami dzisiejszego finału Superpucharu Hiszpanii mogli być Atlético i Athletic Bilbao. Wszyscy doskonale wiemy jednak, że nie o to chodziło organizatorom pomimo oczywistego braku ingerencji w boiskowe wydarzenia. Saudyjczycy, sprowadzając te rozgrywki do siebie, mieli na nie jasny plan – skonfrontowanie ze sobą Realu Madryt i Barcelony. Choć nie zawsze się to udawało, ponieważ sztuczka mimo wszystko zawiera w sobie pewną dozę wkalkulowanego ryzyka, to jednak fakty są takie, że oba zespoły zmierzą się w finale tych rozgrywek po raz czwarty z rzędu. To, kto zwycięży, dla organizatora całego przedsięwzięcia nie ma już zaś większego znaczenia. Ważne jedynie, by triumfator pomimo świadomości realnej rangi pucharu i tak czuł satysfakcję z jego zdobycia. No i żeby koniecznie wrócił za rok.
Nikogo nie trzeba przekonywać, że w tym konkretnym przypadku to nie prestiż trofeum, lecz nazwa rywala dodaje pucharowi połysku. Nawet jeśli liczba Superpucharów Hiszpanii nigdy nie będzie zestawiana w jednym szeregu z mistrzostwami kraju, Pucharami Europy, czy nawet Pucharami Króla, to jednak mało rzeczy motywuje tak, jak możliwość udowodnienia odwiecznemu antagoniście swojej wyższości. Rzeczywista stawka stanowi wyłącznie konieczne tło. Cały sekret tkwi w kontekście czysto emocjonalnym i mnogości podtekstów.
Kiedy naprzeciwko siebie stają Real Madryt i FC Barcelona, po prostu nie ma takiej możliwości, by obie te drużyny aktualnie nie miały sobie nic do udowodnienia. W skali mikro odkuć się z pewnością będą chcieli Katalończycy. Ekipa Hansiego Flicka co prawda przewodzi ligowej stawce, ale akurat w bezpośrednim meczu z Królewskimi w tym sezonie okazali się gorsi. Wynik 2:1 dla Realu na pierwszy rzut oka nie sugeruje co prawda jakiejś olbrzymiej różnicy klas, ale kto pamięta tamto starcie, musi się zgodzić, że był to zdecydowanie najlepszy mecz zespołu Xabiego w bieżącej kampanii. Dość wspomnieć, że po ostatnim gwizdku radość po triumfie mieszała się z niedosytem spowodowanym rozmiarem zwycięstwa.
Los Blancos mimo wygranej pod koniec października też jednak mają swój cel do osiągnięcia, z tym że bardziej w skali makro. Ostatni Klasyk wciąż bowiem nie przykrywa w pełni serii kompletu czterech przegranych potyczek z Barceloną w zeszłym sezonie. Blaugrana ogołociła Real z marzeń o którymkolwiek z trzech krajowych trofeów. Dwukrotnie okazała się lepsza w lidze, zwyciężyła w Pucharze Króla, a rok temu bez jednego dnia rozgromiła nas także właśnie w finale Superpucharu Hiszpanii. Spotkanie z 12 stycznia 2025 roku doskonale pokazało zresztą, jak bardzo może boleć klęska w tych rozgrywkach, zwłaszcza jeśli przegrywasz 2:5, grając od 56. minucie w przewadze jednego zawodnika (czerwona kartka Szczęsnego).
Jeśli na sam koniec ktokolwiek ma jeszcze jakieś wątpliwości lub czuje potrzebę, by podkreślić, że Klasyk to Klasyk, proszę bardzo: Klasyk to Klasyk. Choć frazes ten powtarzany był miliony razy, przy całej swej prostocie doskonale oddaje on, z czym mamy do czynienia. Nie pada w nim żadna nazwa zespołu, a i tak każdy wie, jakich drużyn się tyczy. Real Madryt i Barcelona już wiele dekad temu wytworzyli aurę, dzięki której to oni stanowią o tym, ile jest warte jakieś trofeum w danym momencie.
***
Finał Superpucharu Hiszpanii będzie można obejrzeć na kanale Eleven Sports 1.
Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.
Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!
Komentarze