– Transfer do Realu Madryt? Spotkaliśmy się na lotnisku – Espanyol i Real. I wtedy zadzwonił do mnie Hierro, żebym dołączył do nich. Znałem go z jednego zgrupowania reprezentacji. Powiedział, żebym odszedł z Espanyolu i poszedł z nimi. Nie myślałem już ani o Rayo, ani o niczym innym. Był jednym z moich idoli.
– Charakter? Miałem wiele spięć, bo nie znoszę niesprawiedliwości. Z czasem nauczyłem się z tym obchodzić. Ale jeśli działo się coś naprawdę poważnego, od razu reagowałem – byłem buntownikiem. Niejeden raz miałem coś do powiedzenia koledze z drużyny, jeśli robił coś, co mi się nie podobało. Na przykład kiedyś Brazylijczycy wykonali taniec jak karaluchy – powiedziałem, że to totalna głupota. Trochę jak Puyol, który też podobno reagował tak samo.
– Pokora i Real Madryt? Nie byłem zbyt zapatrzony w siebie. Trzeba umieć to unieść, bo to spełnienie marzenia nieśmiałego dzieciaka. Ale musisz się zmienić, zrozumieć, jak to działa – nie będziesz już tym samym chłopcem. Musisz stawić czoła pewnym lękom, a wiele z nich dotyczy tego, że jeśli w szatni Realu jesteś zbyt nieśmiały albo zbyt miły, to cię zjedzą. Nie można na to pozwolić. Przyszedłem z lękiem i wielkimi oczekiwaniami. Ale większość ludzi okazała się wspaniała i traktowali mnie świetnie. Tylko że jeśli zobaczą, że jesteś słaby na boisku, nie robisz tego, co trzeba, nie wyróżniasz się – zjadają cię, i wtedy w szatni też nie jest już tak samo.
– Początki w Realu? Na początku bardzo ciężko grało mi się na Bernabéu. Ponieważ pokrywałem dużo przestrzeni, pomagałem drużynie w wielu rzeczach, których nie widać. Wielu ludzi mówi teraz o Tchouaménim – że robi rzeczy niewidoczne, że ma taką obecność na boisku, że nikt nie chce się tam zapuszczać. Ja też trochę taki byłem. Aż nagle rozgrywasz dobry mecz. Grałem wtedy z Seedorfem i Redondo w środku pola i zauważyłem, że mam coś, czego oni nie mieli.
– Vicente del Bosque? To trener, który najlepiej mnie rozumiał i najlepiej rozumie piłkarzy. Najlepsi trenerzy Realu, jak widać, nie są ani wybitnymi taktykami, ani mistrzami zarządzania drużyną. Del Bosque bardzo lubił wystawiać mnie na środku obrony, często grałem jako libero.
– Życie prywatne? W ostatnich latach w Realu zacząłem zbyt mocno wszystko przeżywać. Później przychodzi taki etap w życiu, że nie liczy się już tylko piłka. Masz rodzinę, zaczynasz dostrzegać inne rzeczy i to trochę odbija się na twojej grze.
– Najlepsza forma? 2001 to był niesamowity rok, bo grałem jako defensywny pomocnik, przyszedł Makélélé i robił wszystko, co trzeba. Dało mi to dużo swobody. Zostałem drugim najlepszym strzelcem Ligi Mistrzów. Miałem gigantyczną pewność siebie. Wszystko mi wychodziło. A potem przyszli Galácticos i zrujnowali mi życie [śmiech]. Pojawił się Zidane i to on przejął tę rolę, a ja dostałem zadania bardziej defensywne. To był jego pierwszy sezon, który nie był zbyt udany, i myślałem: „Gdybym grał na jego miejscu, robiłbym to dwa razy lepiej”. Bo miałem wtedy taką pewność siebie, jakiej jemu brakowało.
– Camacho w reprezentacji? Camacho bardzo dobrze mnie znał, ale w pierwszych meczach nigdy mnie nie wystawiał. Wiedział, że jestem bardzo ambitny i chciał mnie podrażnić, żebym był jeszcze bardziej zmotywowany. Miałem z nim wiele spięć... Na konferencjach pytali go, jaką jedenastkę by wystawił, a on mówił: „Z jedenastu Helguerów”. Cały czas trwała taka gra nerwów, ale z czasem zrozumiałem, o co mu chodziło. Później, w Realu, nasze relacje się poprawiły.
– Ostatnie lata w Realu? To był bardzo trudny czas. Zarząd, a zwłaszcza prezes i były piłkarz, którego się nie spodziewałem – Mijatović, wtedy dyrektor sportowy – zabrali mi numer i powiedzieli, że już nie zagram. Utrudniali mi życie na każdym kroku. Nie wiem, dlaczego. Powiedzieli, że chcą mnie sprzedać. Miałem jeszcze trzy lata kontraktu, a dopiero co wygrałem ligę i grałem. Przyszedł Capello i powiedział, że nie będę grał. Gdy rozgrywano wewnętrzne gierki, przydzielano mnie do rezerw. Ale Capello nie był głupi – wiedział, że Cannavaro przyda się ktoś taki jak ja. On też w końcu popadł w konflikt z zarządem. Zacząłem grać kilka meczów. Skończyłem jako szósty piłkarz z największą liczbą minut i zdobyliśmy mistrzostwo. Grałem już wtedy z czystej złości i determinacji, nie z techniki. Emocjonalnie byłem wykończony. Czułem, że mnie niszczą. Prezes się ze mną nie witał, a ja grałem. Mijatović – dla mnie fenomen – nagle zrobił coś takiego. Ale taki jest futbol. Capello powiedział mi: „Każą mi, żebym cię nawet na treningi nie wpuszczał”. W kolejnym sezonie Mijatović powiedział, że odbiorą mi numer i znowu będą mnie niszczyć. I wtedy zgłosiła się Valencia. Nawet już nie chodziłem na spotkania, bo napięcie było zbyt duże.
– Idole w Realu? Czuję, że kibice mnie bardzo doceniają. Jest wielu piłkarzy Realu, którzy mają status idoli, a moim zdaniem wcale na to nie zasłużyli. I są tacy, jak Morientes, którzy są niedoceniani. Ronaldo to najlepszy piłkarz, z jakim grałem, ale moim zdaniem nie zrobił w Realu więcej niż Morientes, a mimo to jest uznawany za legendę. Wielu Galácticos ma status, którego inni piłkarze, lepsi od nich, nigdy nie dostali.
– Emery w Valencii? To było okropne. Fatalnie się dogadywaliśmy. Mam mnóstwo bardzo złych wspomnień. Uważam, że to świetny trener, ale w zarządzaniu zespołem i jako człowiek jest bardzo trudny. Od razu iskrzyło, i z różnych powodów Valencia była dla mnie koszmarem. Emery mówił, że na mnie liczy, a potem mijały miesiące i grałem tylko w Pucharze z Portugalete. Ciągle się ścieraliśmy. Mieliśmy tablicę w szatni, na której zapisywał różne sentencje. Jedna z nich brzmiała: „Im częściej kojot wychodzi z nory, tym bliżej do kuśnierza”. Wariował. Codziennie jakaś nowa fraza. Nie mogłem tego znieść. A do tego utrudniał mi życie i w końcu zbyt często dochodziło między nami do starć.
Komentarze (5)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się