Czy wyobrażają sobie Państwo, gdzie byłby teraz Ancelotti, gdyby Real Madryt przegrał 9 z ostatnich 12 meczów i zajmował siódme miejsce w lidze, będąc 12 punktów za liderem? Albo gdyby notował najgorszą ligową passę od 20 lat, z 5 punktami na 21 możliwych i tylko jednym zwycięstwem w ostatnich siedmiu spotkaniach?
„Człowieku, Ancelotti ma świetny zespół”, odpowiedzą mi niektórzy. I nie mylą się. Ale takimi ekipami dysponują też Guardiola i Flick i już widać, jak sobie radzą. Niestety dla poczciwego Hansiego jego błędy nie skończyły się wraz z końcem „tego pieprzonego listopada” (sic). Chociaż trener obiecywał sobie, że będzie bardzo szczęśliwy po zwycięstwie 5:1 na Majorce, jego zawodnicy pokazali mu przeciwko Betisowi (2:2), Leganés (0:1) i Atlético (1:2), że grudzień nie będzie festiwalem. Jednak Flick i tak będzie jadł swoje turrón i winogrona w święta, podobnie jak Guardiola w Manchesterze City. I to równie komfortowo. Każdy na swoim poziomie, jeden od trzech miesięcy, a drugi od ośmiu lat, zasłużyli na uznanie swoich klubów, które są przekonane, że w końcu położą oni kres tej uporczywej i niekorzystnej serii.
Ale bardziej niż ktokolwiek inny zasłużył na to Carlo Ancelotti, który w zeszłym tygodniu wszedł na piłkarski Olimp, stając się najbardziej utytułowanym trenerem w historii Realu Madryt, klubu z największą liczbą trofeów w światowym futbolu. A po przejściu przez prawdziwą pustynię kontuzji (Carvajal, Militão), tęsknoty za przeszłością (Kroos), problemów z aklimatyzacją (Mbappé), napadów złości (Vinícius), zazdrości (Rodrygo) i ogólnie słabej gry od sierpnia, udało mu się „dotrzeć do Bożego Narodzenia z szansą na wygranie wszystkiego”. To mantra, którą wielokrotnie powtarzał, gdy krytyka narastała, a która teraz, gdy drużyna zaczyna wykazywać zbiorowe oznaki poprawy, brzmi prawie jak groźba dla jego rywali.
Tak więc mamy tutaj Królewskich rosnących w siłę i gotowych do rywalizacji o wszystko przez kolejny rok, bez względu na to, co się wydarzy. W światowym futbolu nie mają sobie równych pod względem zdolności do przezwyciężania problemów i to właśnie ten gen rywalizacji wyjaśnia bardzo nierówny bilans pod względem zdobytych Pucharów Europy między trzema wielkimi dominatorami ostatniej dekady, Realem, Manchesterem City i Bayernem Monachium: 5-1-1. Ale dopóki nie dotrzemy do lipca, gdzie kwestia ostatniego tytułu zostanie rozstrzygnięta dzięki nowatorskiemu i niefortunnemu klubowemu mundialowi, Ancelotti będzie musiał pokonywać przeszkody. I nie mówię tu tylko o przeciwnikach.
Mówię o paradoksie polityki wzmocnień klubu (im lepiej sobie radzi, pomimo braków w defensywie, tym mniej prawdopodobne jest, że sprowadzą mu upragnionego prawego obrońcę). Albo o niesłabnącej krytyce niektórych kibiców, dla których ważniejsze wydają się być minuty, jakie dostają dwaj młodzieńcy, tacy jak Endrick czy Asencio, niż dwa tytuły, jakie zespół wstawił już do gabloty w tym nieregularnym sezonie.
Za to wszystko, Wesołych Świąt, Panie Ancelotti. Zasłużył Pan na to.
Komentarze (4)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się