Na początku były chęci, a później były bramki. Trzy punkty więcej i jeden mecz mniej. Real wyszedł na boisko zmotywowany, aby wynagrodzić kibicom strach, którego doświadczyli w meczu z Lipskiem. Ancelotti zdecydował się na rotacje, a tacy gracze jak Brahim, Lucas, Modrić, Rodrygo czy Camavinga wnieśli dodatkową dawkę entuzjazmu, świeżości i znacznie więcej chęci do atakowania, tak jak Królewscy mają w zwyczaju na Santiago Bernabéu. Rezultat? Osiem rzutów rożnych Realu w ciągu pół godziny gry i osiem strzałów na bramkę Guaity po 34 minutach. Jakbyśmy oglądali zupełnie inny sport niż ten, którego doświadczyliśmy w środę. Trzeba jednak wspomnieć o rywalu, który był z innej półki. Ta ospała Celta Rafy Beníteza, która przeżywa swój setny rok z większym bólem niż chwałą, nie ma porównania z jadowitym Lipskiem. Jeśli jest coś, co łączy Galisyjczyków i Niemców, to jest to defensywna naiwność. Wiadomo jednak, że aby strzelić gola, trzeba najpierw wyjść z inicjatywą.
Z inicjatywą wyszedł Vinícius. I to w dobrym stylu. Prawda jest taka, że niezależnie od prowokacji czy dyskusji, Brazylijczyk wsparł swoją drużynę czterema golami i jedną asystą w ostatnich trzech meczach. Pod nieobecność Bellinghama (co za niesprawiedliwość, aby karać go za narzekanie po nieuznaniu decydującego gola) i wobec kolejnego słabego występu Rodrygo, Vini, wraz z bardziej ofensywnym niż zwykle Camavingą, wziął na siebie odpowiedzialność w ataku. Paradoksy futbolu. Drużyna Ancelottiego strzeliła tylko jednego gola, gdy grała najlepiej. Z kolei gdy Celta miała już małą nadzieję, że wciąż może coś wyciągnąć przy 0:1 w 78. minucie, Królewscy zdobyli trzy bramki jedna po drugiej. Oczywiście pomogła w tym nieoceniona współpraca defensorów Celty.
Güler trafił do siatki i prawie tego nie celebrował. Ma dużo jakości, ale wykonuje też pewne nieco niezrozumiałe gesty. Cóż, zaufajmy mądrości mistrza Ancelottiego, który odpowiednio go poprowadzi.
Komentarze (6)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się