Jude Bellingham przybył do Valdebebas 10 lipca, z ogromną presją, ale to wyjątkowy chłopak i przyszedł pod dowództwo Ancelottiego z głodem nauki, poprawy aspektów technicznych i taktycznych oraz z chęcią do pokazania Włochowi, że może być przydatny na każdej pozycji. Pomocnik urzekł Carletto swoim trójwymiarowym futbolem już podczas pierwszych sesji treningowych. Trener obserwował go jeszcze za czasów gry w Borussii, był oczarowany jego osobowością i pewnością siebie. Kilkakrotnie dzwonił do Dortmundu, aby namówić go do wybrania Realu zamiast City Guardioli czy Liverpoolu Kloppa, które oferowały mu dwa razy więcej niż Królewscy.
Chociaż wielu widziało w Bellinghamie utalentowanego pomocnika, który mógłby pomóc Camavindze i Valverde stworzyć potężną i bardzo wybieganą linię środkową, Carletto uznał, że wraz z odejściem Benzemy i brakiem transferu Kane'a musi znaleźć z zarządem rozwiązanie, które w dużej mierze zrekompensowałoby utratę 40 bramek Karima na sezon. Dlatego zmienił swoje klasyczne 4-3-3 na 4-3-1-2. Ta jedynka z formacji trafiła do Jude'a, który miał grać jako wsparcie Rodrygo i Viniciusa w środku pola. Włoch przekonał go, aby przeszedł o kilka metrów do przodu i udoskonalił swoje wejścia z drugiej linii, tak jak zrobił to przeciwko Getafe. Dało to gola na wagę trzech punktów.
Ancelotti dostrzegł potencjał wzrostu Bellinghama (1,86 m), jego wszechstronną budowę ciała i młodości. Ocenił, że gracz mógłby stać się hybrydą Zidane'a i Benzemy. Zmusił go do częstszego wchodzenia w pole karne i przekonał, że w dzięki swojej inteligencji i magicznym stopom może mieć strzelić 15 czy nawet 20 bramek. Właśnie to robi i to do tego stopnia, że jest aktualnym Pichichi LaLigi z czterema rozegranymi meczami i pięcioma golami na koncie. Bernabéu i sama szatnia już poddały się charyzmie młodego Anglika, a Ancelotti znalazł formułę, aby zrekompensować nieobecność Viniego i brak klasycznej „dziewiątki” w składzie (poza Joselu).
Ancelotti znalazł rozwiązanie taktyczne, które pozwoliło 20-latkowi rozwinąć się piłkarsko, co przyznał sam gracz. Geniusz z Reggiolo nie przestaje nas zaskakiwać swoimi innowacjami i zapałem do tworzenia składu, który nie potrzebował transferu zawodnika światowej klasy, by rywalizować o wszystko. No, z wyjątkiem Bellinghama. Ale wydane za niego 103 miliony będą wkrótce anegdotą. Nawet on nie zna swojego sufitu…
Komentarze (75)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się