Tamtego dnia Florentino umówił się bowiem w hotelu Sheraton z Antonio Pintusem, by przy kawie dograć szczegóły powrotu trenera przygotowania fizycznego do stolicy Hiszpanii. Trzy z rzędu Ligi Mistrzów za Zidane'a oraz mistrzostwo w 2017 roku nosiły na sobie stempel postawiony nie tylko przez Zizou, lecz również właśnie przez Pintusa. Bliżej niesprecyzowana różnica zdań między poprzednim szkoleniowcem i sierżantem sprawiła, że ten drugi latem 2019 roku postanowił zmienić pracodawcę.
Powrót 59-latka po sezonie, w którym Real dobił do 61 kontuzji, był przez wielu uważany za ważniejszy nawet od znalezienia następcy Zidane'a. Poprawa w bieżącym sezonie jest więcej niż zauważalna. Do tej pory piłkarze Realu odnieśli 43 kontuzje. Warto jednak zaznaczyć, że w wielu przypadkach trwały one krócej lub miały bardziej mechaniczne podłoże, niezależne od przygotowania fizycznego jako takiego. Jeśli chodzi o samo przygotowanie do sezonu, trudno nie zachwycać się pracą Pintusa. Dość wspomnieć, że 49 z 73 trafień w lidze padło po przerwie, a 24 w trakcie ostatnich kwadransów. Włoch stale analizował sytuację zarówno pod kątem całokształtu kadry, jak i rozkładał stan poszczególnych piłkarzy na czynniki pierwsze. Tego typu działanie okazało się absolutnie kluczowe w walce o najwyższe cele.
Dwa pierwsze miesiące sezonu stały jeszcze pod znakiem metody prób i błędów Carlo Ancelottiego. Dziś dość abstrakcyjne wydaje się to, że rozgrywki ligowe Królewscy zaczynali z Hazardem i Bale'em w pierwszym składzie. Później Carletto w pełni zaufał Viniemu, a Benzema wszedł na swój najwyższy poziom, z którego już nie zszedł. Szkoleniowiec eksperymentował z ustawieniem: od 4-3-3, przez 4-4-2, nawet do 4-2-3-1. W końcu jednak podstawowym i niemal nienaruszalnych schematem stał się ten pierwszy. Wyniki z czasem zaczęły przyznawać rację trenerowi. Kiedy częstotliwość została idealnie dostosowana, Królewscy zaczęli konsekwentnie odskakiwać reszcie stawki i w jasny sposób wyrośli na faworyta w walce o mistrzostwo. Stosunkowo szybko stało się jasne, że jeśli Real nie sięgnie po tytuł, to jedynie z własnej winy.
Po zakończeniu procesu nadawania drużynie kierunku Ancelotti ułożył sobie wszystko w bardzo prosty i zarazem skuteczny sposób. Preferowane przez niego ustawienie miało trzech oczywistych liderów. Pierwszym z nich jest Benzema, który na ten moment może pochwalić się niewiarygodną statystyką 42 goli w 42 meczach. Drugi to również wspomniany wcześniej Vinícius. Choć na początku przegrywał rywalizację z Bale'em i Hazardem, szybko przeszedł metamorfozę. Carlo zastosował wobec niego pedagogiczne podejście. Włoch chciał, by młody atakujący kompletnie zmienił swoją wizję gry w ofensywie. Raz go chwalił, by innym razem ganić. Starał się traktować go, jak ojciec syna. Do tej pory Ancelotti jest trenerem, który najlepiej był w stanie zrozumieć Brazylijczyka. Resztę dołożył sam Vini, który odpowiednio prowadzony był w stanie po prostu uwolnić swój potencjał. Wspaniały duet, jaki utworzyli Benzema z Viníciusem sprawił, że Ancelotti nawet przez sekundę nie brał pod uwagę wracania do korzeni z początku sezonu. Carletto prędko zorientował się, że taka mieszanka daje największe szanse na triumf w ligowych rozgrywkach.
Przypadkiem nie jest także wyśmienity sezon Courtois. Thibaut jest jednym z tych, których można nazywać kapitanem bez opaski. Jesienią był kluczowy w zwycięstwach z Rayo, Levante, Atlético i Athletikiem. Do tego wydatnie pomógł w uniknięciu porażki z Realem Sociedad i Villarrealem. Następnie zaś jego parady pozwalały utrzymywać przewagę nad resztą ligowej stawki. Belg do pełni szczęścia potrzebuje ponownego zdobycia Trofeo Zamora. Nie spędza mu to jednak snu z powiek. Do Realu przeszedł, by zostać najlepszym bramkarzem świata i nim jest. 35. tytuł mistrza Hiszpanii to w dużej mierze również i jego zasługa.
Komentarze (10)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się