Kiedy kilka tygodniu temu Sergio Ramos doznał kolejnej kontuzji, ponieważ ponad klub i swoje zdrowie postawił bicie rekordów indywidualnych w reprezentacji, a Varane złapał koronawirusa, to nastroje madridismo zalała olbrzymia fala pesymizmu. Na horyzoncie był dwumecz z Liverpoolem i El Clásico z będącą w gazie Barceloną, co wydawało się zbyt dużym wyzwaniem dla Nacho i przede wszystkim Militão, który do tej pory praktycznie nie grał. Błąd. Obaj egzamin zdali i to z wyróżnieniem.
O ile pierwszy mecz z Liverpoolem należał do Viníciusa, to zasługi za środę należą do nich. Również do Courtois, to oczywiste, ale Belg należy do klasy światowej, a wychowanek i Brazylijczyk to trzeci i czwarty stoper w zespole. Po wytrzymaniu pierwszych dziesięciu minut dzikiego abordażu Liverpoolu obaj zaczęli rosnąć przy atakach Salaha i Mané i okazali się kluczowi w wywalczeniu dziewiątego awansu do półfinału w ostatnich jedenastu sezonach Ligi Mistrzów.
Nacho ponownie zaprezentował gotowość i umiejętności, które pokazuje od kilku dobrych lat zawsze, kiedy klub jego życia go potrzebuje. Z kolei Militão potwierdził, że dobre prognozy, o których mówili w Porto, kiedy Real sprowadzał go dwa lata temu, mają solidne podstawy: macie stopera i to z tej górnej półki. Różnica jest taka, że w tym momencie sam Militão uwierzył, że może stanąć na wysokości tych wymagań. Partidazo w ich wykonaniu ma jeszcze większy wydźwięk mając na uwadze fakt, że w środku pola ani Modrić, ani Kroos nie potrafili narzucić swoich zasad i odpowiedział tylko Casemiro. Tym razem w drużynie rządzili Nacho i Militão, dwóch prawdziwych szefów.
Komentarze (3)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się