– Choć byłem graczem Sportingu, zainteresowanie Realu pojawiło się, gdy przebywałem na wypożyczeniu w Servette. W Szwajcarii notowaliśmy dobry sezon, ale nigdy bym nie pomyślał, że sprawy mogą się tak potoczyć. Tym bardziej że nie grałem nawet na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Klub od wielu lat miał problemy z awansem. Jorge Mendes porozmawiał jednak z Mourinho, obaj wspólnie ocenili sytuację i byli w niej zgodni. Postanowili działać w moim temacie dalej. Najpierw jednak musiałem przedłużyć kontrakt ze Sportingiem, co też się stało.
– Z założenia miałem grać w Castilli, ale tak naprawdę wszystko zależało ode mnie. Gdybym się dobrze spisywał, moja droga mogła potoczyć się tak, jak w przypadku chociażby Fabinho, który także zaczynał w rezerwach, a potem już regularnie przebywał z pierwszą drużyną.
– Etap w Madrycie był z pewnością lepszy pod każdym względem niż ten w Szwajcarii. Mówię tu nawet o tych negatywnych aspektach. Pobyt w Realu był dla mnie nieocenioną lekcją. Przede wszystkim zanotowałem olbrzymi przeskok zarówno jeśli chodzi o wielkość klubu, jak i warunki czy osobowość i ego graczy, których miałem wokół siebie.
– Swoje też robiło, że moim agentem był Mendes. Nie brakowało przez to ploteczek czy złośliwości dotyczących tego, że Jorge znowu wcisnął do klubu kogoś od siebie, kolejnego Portugalczyka. Mówi się, że Hiszpanie i Portugalczycy są dla siebie braćmi, ale tak naprawdę istnieje między nimi wielka rywalizacja, przynajmniej w piłce.
– Słyszałem na Bernabéu gwizdy na Cristiano. Dlaczego nie gwizdano na innych? Na Coentrão, na Pepe czy nawet na mnie? Gwizdano zawsze na najlepszego na świecie, gdy tylko nie strzelał. Kiedy miał gorszy dzień, od razu kwestionowano jego pracę i profesjonalizm. Potem jednak maszyna znowu się odpalała i krytycy nabierali wody w usta. Pod tym względem na początku nie czułem się w Madrycie do końca komfortowo.
Komentarze (3)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się