Czasami futbolu nie da się rozszyfrować. Po wyjściu w pierwszym składzie na derby i dziesięć wcześniejszych meczów Marco Asensio rozpoczynał na ławce starcia z Elche (nie zagrał), Atalantą i Celtą. W tych dwóch ostatnich spotkaniach rozegrał odpowiednio 8 i 19 minut, jednak w każdym z nich zdobył bramkę. Zrobił to, co nie wychodziło mu praktycznie przez cały sezon, mając na uwadze to, że w poprzednich 31 meczach strzelił dwa gole. Z Eibarem trafił po raz trzeci z rzędu, dlatego – patrząc na statystyki – należy stwierdzić, że przechodzi przez najlepszy moment sezonu, w którym, zdecydowanie częściej cieniował, niż błyszczał.
Tu jednak nie chodzi o gole, choć oczywiście na ich nadmiar w Madrycie nikt nie narzeka. Naprawdę istotne jest to, że w końcu Marco daje pozytywne sygnały. Bomba w poprzeczkę, genialna piętka, którą mu anulowali z powodu spalonego, świetny gol po znakomitym przyjęciu kierunkowym, kolejny dobry strzał, który wybronił Dmitrović… Regularne angażowanie się Asensio w grę ofensywną jest bardzo mocno powiązane ze świetną pierwszą połową w wykonaniu Realu Madryt, który gościł pod bramką rywala z dużo większą łatwością niż zazwyczaj.
Nareszcie widać było, że gra z wiarą, odwagą, cały czas stara się być pod grą, co bez wątpienia sprzyja podtrzymaniu passy strzeleckiej. Zarówno, Zidane, jak i Florentino nigdy nie przestali w niego wierzyć, ponieważ doskonale zdają sobie sprawę z jego potencjału i tego, że madridismo pragnęło cieszyć się z sukcesów jednego z ich najbardziej utalentowanych piłkarzy. Mam nadzieję, że to będzie początek definitywnej eksplozji 25-letniego Marco Asensio.
Komentarze (23)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się