Real Madryt wyszedł na Metropolitano by zachować niewielkie szanse na obronę tytułu mistrzowskiego. I zrobił to w sposób niewytłumaczalny i nieakceptowalny: na chodzonego, bez ciśnienia, bez przekonania, bez nastawienia i, co najgorsze, bez rozumienia tego, co chcą grać Modrić i Kroos. Jeśli ich triumwirat w środku pola nie jest w stanie narzucić tej mozolnej, pauzowanej i kontrolowanej gry, dzięki której usypiają mecze w oczekiwaniu na najmniejszą pomyłkę w defensywie rywala, to Los Blancos, bez ognia z przodu i z posklejaną obroną, są zdani na cudy Courtois. Wymieniające szybko i precyzyjnie piłkę Atlético pokazało dużo więcej chęci i futbolu, a dzięki Suárezowi, Llorente i Carrasco pierwsze pół godziny derbów miało tylko jedne barwy: biało-czerwone.
Zidane zdjął więc bezużytecznych Asensio i Rodrygo, a dzięki wejściu Viníciusa i, przede wszystkim, Valverde Real Madryt odzyskał krew, nogi i coś zaczęło się zmieniać. Courtois wybronił kilka okazji Atleti, Simeone wydał rozkaz wycofania swoich żołnierzy i Los Blancos poczuli krew. Kroos, Modrić i Casemiro zaczęli naciskać wobec opieszałości przeciwnika, a kombinacja między Brazylijczykiem i Benzemą na dwie minuty przed końcem dała remis, który nieco tuszuje fatalną postawę Realu Madryt na początku spotkania i tradycyjny ból głowy, któremu towarzyszyło głębokie cofnięcie, kiedy Cholo realizował swój plan.
Derby wygrała Barcelona, która nadchodzi od tyłu z dużo większym impetem niż obie madryckie drużyny i która nie ma nic do stracenia.
Komentarze (18)
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.
Zaloguj się