Menu

Prawdziwy Fenomen

Foto: Prawdziwy Fenomen
Fot. Getty Images

Do napisania tego tekstu zabierałem się od kilku ładnych lat. Czekałem jednak na moment, w którym będę mógł odciąć się od świata na parę dni i potraktować temat z należytą dokładnością.

Nie chciałem, by tekst o moim największym piłkarskim idolu po krótkim czasie zaczął budzić we mnie poczucie niedosytu czy niezadowolenia. Od początku stawiałem sobie sprawę jasno: albo wykonam to z pełną pasją, albo wcale. Byłem mu to po prostu dłużny. To dzięki niemu zacząłem przecież interesować się piłką i pokochałem Real Madryt.

Nie wiem, czy wam się ta lektura spodoba czy też nie. Zdecydowana większość z was najpewniej uzna ją za zbyt długą. Wiem jednak, że bez tego, co wam tu zostawiam, kibicowsko nigdy nie miałbym w pełni czystego sumienia.

Przed wami Ronaldo Luís Nazário de Lima od A do Z.

A jak Atlanta 1996
Człowiek zawsze odczuwa sporą satysfakcję, gdy przychodzi mu poznać się na czyimś talencie, nim ten ktoś zdąży wspiąć się na szczyt. Z dumą w głosie możesz wówczas powiedzieć, że zawsze kupowałeś go w managerze albo miałeś okazję widzieć go w akcji, gdy dopiero stawiał pierwsze kroki. Jednym z najbardziej prestiżowych turniejów, gdzie możemy podziwiać przyszłe gwiazdy futbolu, jest turniej olimpijski. Wyjątkiem nie były Igrzyska Olimpijskie w 1996 roku, które odbyły się w Atlancie.

Kluczowym ogniwem Brazylijczyków miał być 19-letni Ronaldo. Problem w jego przypadku polegał jednak na tym, że w Stanach nie za bardzo dało się poznać na jego talencie. Napastnik już wcześniej zdążył bowiem wyrobić sobie solidną markę na rynku. Nie uchodził jeszcze być może za niekwestionowaną światową ikonę futbolu, ale, tak czy inaczej, do USA jechał już po dwóch fantastycznych sezonach w PSV, dwa lata wcześniej został mistrzem świata, a na kilka dni przed Igrzyskami podpisał kontrakt z Barceloną. W kolejnym roku ogłoszono go z kolei laureatem Złotej Piłki.

Turniej w Atlancie był jednak dla Ronaldo w gruncie rzeczy pierwszym poważnym przetarciem w kadrze narodowej. Na mundialu w Stanach Zjednoczonych nie pojawił się na boisku ani na minutę, a przedtem wystąpił jedynie w dwóch sparingach. Tym razem wraz z Bebeto miał zaś stanowić o sile rażenia zespołu. Presja była tym większa, że Brazylijczycy po triumfie w mistrzostwach świata w 1994 roku byli wyjątkowo głodni swojego pierwszego olimpijskiego złota.

Canarinhos na najwyższy stopień podium poczekać musieli jednak jeszcze 20 lat. W Atlancie Brazylijczycy zajęli dopiero 3. miejsce. Niesięgnięcie po najwyższy laur wydawało się czymś wręcz nieprawdopodobnym. W kadrze Zagallo znajdowało się przecież wielu graczy, którzy na amerykańskiej ziemi święcili triumf w mundialu. Ekipa, w której znajdowali się Aldair, Bebeto, Roberto Carlos czy Ronaldo nie mogła tego turnieju nie wygrać. A jednak.

Z walki o złoto wykluczyli ich Nigeryjczycy z Okochą, Babangidą i Kanu w składzie. Afrykanie zwyciężyli w półfinale 4:3 po meczu, który do teraz uznawany jest za jeden z najlepszych w historii turnieju. Następnie zaś pokonali w finale Argentynę 3:2. Brazylia natomiast zwyciężyła z Portugalią 5:0 w meczu o brąz. Co ciekawe, ekipa Zagallo z Nigerią mierzyła się również w fazie grupowej. Brazylia wygrała wówczas 1:0, a autorem zwycięskiej bramki był oczywiście Ronaldo.

Mimo drużynowego niepowodzenia, bo tak trzeba wprost nazwać wynik z Atlanty, pod względem indywidualnym 19-letni napastnik mógł być z siebie zadowolony. 5 goli zapewniło mu tytuł wicekróla strzelców turnieju. Lepsi od niego okazali się jedynie Hernán Crespo i Bebeto, kolega z zespołu. Obaj zanotowali po 6 trafień. Jeśli ktoś jeszcze jakimś cudem przed Igrzyskami o Ronaldo nie słyszał, podczas turnieju mógł nadrobić zaległości z nawiązką.

B jak Barcelona
Wielu do dziś uważa, że mimo całego swojego niepodważalnego geniuszu prezentowanego przez całą karierę, najlepszy czas Ronaldo przypadł na jego pobyt w Barcelonie. Katalończycy pozyskali młodą gwiazdę PSV przed sezonem 1996/97 za 15 milionów euro, a już rok później sprzedali piłkarza do Interu za 28 milionów. Do dziś trudno zrozumieć, jakim cudem ta przygoda trwała tak krótko. 

– Z końcem sezonu byłem już w zasadzie pewny podpisania nowej umowy. Pojechałem na wakacje do Brazylii, a po pięciu dniach dostałem telefon, że kontraktu jednak nie będziemy przedłużać. Sprawa nigdy nie leżała tak naprawdę w moich rękach. Ja chciałem pozostać w Barcelonie. Widocznie klub mnie wystarczająco nie docenił – opowiadał.

Rzekomy brak wiary Barcelony mógł być o tyle dziwny, że przecież napastnik w 49 występach strzelił 47 goli i zaliczył 7 asyst. To liczby, których nie powstydziliby się nawet Cristiano i Messi w szczycie formy. W tym momencie najlepszym rozwiązaniem będzie więc przedstawienie stanowiska drugiej strony.

– Ronaldo chciał zostać, był szczęśliwy i miał zamiar przedłużyć umowę – potwierdził po latach w wywiadzie dla portalu goal.com Joan Gaspart, wówczas wiceprezes Barcelony. – Dokument był już w zasadzie gotowy, spisaliśmy go w obecności piłkarza. Przed parafowaniem kontraktu prezes Josep Lluís Núñez stwierdził, że w dobrym guście będzie to uczcić obiadem. Mieliśmy potem wrócić i złożyć podpisy. W trakcie pobytu w restauracji wznieśliśmy już stosowny toast. Posiłek był jednak błędem. Gdyby nie obiad, Ronaldo zostałby w klubie. W trakcie jedzenia jeden z agentów wyszedł na pół godziny, by odebrać telefon. Dzwonił, jakżeby inaczej, Massimo Moratti, prezes Interu. Podjął on ostateczną próbę przekonania reprezentantów Ronaldo do transferu. Mieli oni część praw do zawodnika, więc tak naprawdę decyzje dotyczące przyszłości nie należały do samego piłkarza. W tamtej chwili nie sądziłem jednak, że tamten telefon był aż tak istotny. Kiedy agent wrócił, przeprosił, wypił kawę, wznieśliśmy toast i wróciliśmy do biur. Wtedy zaczęły się problemy – kontynuuje Gaspart.

– Kiedy tylko pojawiliśmy się znowu w gabinecie, agenci zaczęli rzucać kolejne kłody. Przekazali Ronaldo, by poszedł do domu i że zadzwonią do niego, kiedy będzie miał złożyć podpis. Ronaldo faktycznie pojechał do siebie. Zebranie przedłużało się godzinami. Około ósmej wieczorem zapytałem wprost, czy oni chcą w ogóle podpisywać nową umowę. Cały czas mówili, że tak, ale stawiali też coraz to nowe wymagania finansowe. Ewidentnie szli w stronę zerwania rozmów. Udało im się. Kiedy zgodziliśmy się w pięciu punktach, znaleźli szósty. W jego sprawie również się dogadaliśmy. Potem pojawił się siódmy. Zadzwoniliśmy do Ronaldo, a on w płaczu powiedział, że bardzo mu przykro, ale z Interu przyszła o wiele lepsza oferta. Na drugi dzień Inter przelał 4 miliardy peset, czyli dziś równowartość 28 milionów euro, wysokość klauzuli – kończy wyczerpujące tłumaczenia były wiceprezes Blaugrany.

Gdy w 2002 roku Gaspart był już prezesem, jego zdaniem Ronaldo był skłonny wrócić do stolicy Katalonii. – Zadzwonił i powiedział mi, że jeśli wyrównamy ofertę Realu, wybierze Barcelonę. Nie mogliśmy jednak pozwolić sobie na taką inwestycję w przypadku piłkarza, który odszedł od nas w taki sposób – wyznaje. – Serce Ronaldo bije bardziej dla Barcelony niż dla Realu, ponieważ to z Barcelony ma lepsze wspomnienia – dodaje na koniec. O tym wie już jednak chyba tylko sam Ronnie.

Można się zastanawiać, jak potoczyłaby się historia futbolu, gdyby Ronaldo ostatecznie pozostał w stolicy Katalonii na dłużej. Patrząc na to z naszej perspektywy, chyba lepiej, że stało się tak, jak się koniec końców stało...

C jak Cruzeiro i Corinthians
Czyli kluby, w których Ronaldo zaczynał i kończył piłkarską karierę. Do Cruzeiro trafił z polecenia Jairzinho, innego wybitnego byłego reprezentanta Brazylii. Pozyskanie części praw do 17-letniego wówczas napastnika kosztowało klub z Belo Horizonte 50 tysięcy dolarów. Jairzinho oferował usługi młodziutkiego atakującego również São Paulo, jednak tamtejsi działacze ostatecznie nie zdecydowali się na podpisanie umowy. Rzecz jasna prędko mogli zacząć tego żałować.

W dwa lata Ronaldo stał się jednym z najbardziej wyróżniających się piłkarzy w ojczyźnie. Jego styl oparty na połączeniu siły, zwinności i szybkości był nie do powstrzymania przez brazylijskich defensorów. Na początku września 1993 roku napastnik wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie Cruzeiro, a pod koniec miesiąca mógł nawet zdobyć z tym klubem swoje pierwsze trofeum. W finale Recopy (meczu między zdobywcą Copa Libertadores i Copa Sudamericana) w rzutach karnych lepsza okazała się jednak drużyna São Paulo. Jednej z jedenastek nie wykorzystał zaś strzelający jako czwarty Ronaldo.

Niepowodzenie tamto stało się jednak niewiele znaczącą ciekawostką wobec tego, co wydarzyło się nieco ponad miesiąc później. 7 listopada 1993 17-latek dokonał czegoś, co prędko obiegło całą Brazylię. Cruzeiro wygrało ligową potyczkę z Bahią 6:0, a autorem pięciu trafień był... sami wiecie. – Byłem już na ostatniej prostej kariery. Grałem zawodowo przez 20 lat. Przez cały ten czas tylko ten jeden raz wyciągałem piłkę z siatki aż sześć razy, właśnie wtedy. On był niezwykle czujny pod każdym względem. Kiedy byłem przekonany, że złapię piłkę, on w międzyczasie zdążył strzelić gola – wspominał w 2013 roku Rodolfo Rodríguez, ówczesny bramkarz Bahii.

Kilka dni później Ronaldo otrzymał swoje pierwsze powołanie do reprezentacji. Po kolejnych kilku fantastycznych miesiącach gry w mistrzostwach stanu Minas Gerais załapał się do kadry na mistrzostwa świata w USA (nie dostał tam jednak ani minuty). Potem mógł już śmiało ruszać do Europy – konkretniej do Holandii. W Eindhoven lądował jako piłkarz, który w wieku 18 lat zdobył 44 bramki w 47 oficjalnych występach dla Cruzeiro. Jego transfer kosztował 6 milionów euro. Strach myśleć, ile kosztowałby w dzisiejszych czasach...

* * *

Powrót Ronaldo do ojczyzny po 15 latach był w Brazylii wielkim wydarzeniem. Brazylijczykom w niczym nie przeszkadzał fakt, że napastnik jeszcze przed chwilą miał zerwane więzadła, a ostatnie dwa sezony na europejskich boiskach były – eufemistycznie rzecz ujmując – niezbyt udane. Ronaldo pozostawał w świadomości narodu tym samym Ronaldo, który wyjeżdżał z Kraju Kawy jako 18-letni młokos.

Do sprawności po poważnym urazie atakujący dochodził w Rio de Janeiro, gdzie trenował z tamtejszym Flamengo. W klubie z rodzinnego miasta nigdy jednak nie zagrał. W grudniu 2008 atakujący podpisał bowiem roczny kontrakt z Corinthians, o co zresztą we Flamengo mieli do niego chyba całkiem zrozumiały żal. Trzeba jednak przyznać, że umowa z klubem z São Paulo była wyjątkowo korzystna dla obu stron. Klub ustalił w dokumentach klauzulę wysokości 100 milionów euro, by zabezpieczyć się przed ewentualnym szybkim powrotem Ronaldo do Europy, piłkarz natomiast zagwarantował sobie prawo do pobrania wynagrodzenia za cały kontrakt, jeśli znów przytrafi mu się poważna kontuzja.

W Corinthians Ronaldo spędził łącznie dwa pełne sezony. Godny zapamiętania był zwłaszcza pierwszy. Mimo powrotu po długiej przerwie spowodowanej zerwaniem więzadeł szybko złapał rytm. Pierwszego gola strzelił już w swoim drugim spotkaniu, przeciwko Palmeiras w ramach Campeonato Paulista. Wybrano go najlepszym piłkarzem mistrzostw stanu, a w finale z Santosem zdobył chyba swoją najładniejszą bramkę po powrocie do ojczyzny. Od 3:10:

Napastnika wybrano także najlepszym piłkarzem rozgrywek, a bardzo dobrą formę przełożył na rozgrywki ligowe, gdzie w 20 spotkaniach 12 razy pokonywał bramkarzy. Wynik ten pewnie byłby jeszcze lepszy, gdyby nie to, że z powodu złamania ręki pauzować musiał przez 3 miesiące.

Momenty krytyczne, po których nic nie było już takie samo, stanowiły niepowodzenia w Copa Libertadores. Triumf w najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywkach kontynentu południowoamerykańskiego był główną motywacją Brazylijczyka w momencie podpisywania kontraktu z Corinthians. Za pierwszym razem jego zespół odpadł w maju 2010 w 1/8 z Flamengo przez gorszy stosunek bramek na wyjeździe. W pierwszym meczu Corinthians polegli na wyjeździe 0:1, w rewanżu zaś zwyciężyli 2:1 po golu Ronaldo i samobóju, przy którym napastnik miał udział. To jednak nie wystarczyło do awansu.

Od tamtego czasu R9 szło już tylko gorzej. Po porażce z Flamengo w swoim drugim sezonie ligowym grał już bardzo rzadko, by na sam koniec wspaniałej kariery doznać jeszcze jednej wielkiej klęski w Pucharze Wyzwolicieli. Corinthians odpadło już w eliminacjach z kolumbijskim Deportes Tolima (0:0 i 0:2). Niepowodzenie tamto zabolało atakującego do tego stopnia, że przyrównał je do przegranego finału mundialu we Francji.

Kilka dni po tej kompromitacji, 14 lutego 2011 roku przyszedł czas, by powiedzieć stop. – Jestem tu, by powiedzieć, że kończę karierę zawodową. Karierę piękną i emocjonującą. Wielokrotnie przegrywałem i wygrywałem. Nawiązałem mnóstwo przyjaźni i nie przypominam sobie, bym miał gdzieś wrogów. Bardzo trudno jest zostawić z boku coś, co tak kochałem. Przegrałem jednak ze swoim ciałem. W głowie myślisz, że poradzisz sobie z obrońcą, ale ciało nie jest w stanie tego dokonać. Wszyscy wiedzą, jak wygląda historia moich kontuzji. Zżerały mnie już bóle. Dwa poważne urazy pozbawiły mnie trzech lat kariery. Chciałbym też przeprosić, że zawiodłem w Copa Libertadores – mówił ze łzami w oczach podczas swojej pożegnalnej konferencji prasowej.

Sposób, w jaki Ronaldo kończył karierę, napawał smutkiem. Ktoś taki jak on zasługiwał na dużo milsze pożegnanie z zawodowym futbolem. Z drugiej strony jednak fajnie jest wiedzieć, że po zawieszeniu butów na kołku znalazł sposób na życie po życiu. Najważniejsze, że dziś Brazylijczyk wydaje się w pełni szczęśliwym człowiekiem jako właściciel Realu Valladolid. Dalej spełnia się w futbolu i wreszcie nie musi prowadzić nieustannej walki z ograniczeniami własnego organizmu.

D jak debiut w Realu
Ronaldo był jednym z tych piłkarzy, którzy niekoniecznie umieli się żegnać, ale za to wspaniale się witali. Atakujący z buta wjeżdżał do Eindhoven, Barcelony i Interu. Wyjątkiem nie był również Real Madryt. Po wyczerpujących mistrzostwach świata sztab szkoleniowy opracował dla Brazylijczyka specjalny plan przygotowań. Dlatego też na jego pierwszy mecz w białej koszulce trzeba było czekać aż do 5. kolejki ligowych zmagań.

6 października 2002 roku wreszcie doszło do wydarzenia, na które z niecierpliwością czekali wszyscy kibice Królewskich. W 63. minucie potyczki z Deportivo Alavés przy stanie 2:1 dla Realu Ronaldo zmienił Gutiego. Do zdobycia pierwszej bramki w nowym klubie świeżo upieczony król strzelców mundialu potrzebował... minuty. Podanie górą od Roberto Carlosa, Ronaldo gasi je klatką piersiową, znajdując się praktycznie oko w oko z bramkarzem, pozwala piłce skozłować, a następnie trafia do siatki wspaniałym wolejem.

Na tym jednak się nie skończyło. Po kwadransie na koncie miał już dublet. Po przytomnym zagraniu McManamana Brazylijczyk znalazł się sam na sam z bramkarzem i pokonał go pewnym strzałem przy dalszym słupku. Real ostatecznie wygrał mecz 5:2, a Ronaldo nie mógł przywitać się z kibicami w lepszy sposób. Aż trudno uwierzyć, że od tamtych chwil minęło już ponad 17 lat.

E jak El Fenómeno
Tak właśnie brzmiał najsłynniejszy przydomek napastnika. Trzeba przyznać, że w pełni odzwierciedlał on to, z kim mieliśmy do czynienia. Ronaldo był bowiem napastnikiem kompletnym. Obawiał się go praktycznie każdy przeciwnik. Bali się go nawet tacy mistrzowie, jak Fabio Cannavaro czy Paolo Maldini, co sami potrafili publicznie przyznać. Jorge Valdano natomiast powiedział kiedyś, że gdy atakuje Ronaldo, to tak jak gdyby atakowało całe stado. Był jeden, a wydawało się, że jest ich wielu.

Mianem El Fenómeno ochrzcili go sami kibice. Przydomek ten szybko się przyjął, aż w końcu zaczęli używać go także dziennikarze oraz sami piłkarze. Nazywany jest tak zresztą do dziś. Jak inaczej można by zresztą nazwać kogoś o tak wspaniałym i charakterystycznym stylu gry oraz kogoś, kto w swojej kolekcji ma dwie Złote Piłki, trzy trofea FIFA World Player, dwa razy zgarniał koronę króla strzelców ligi hiszpańskiej (z Realem i Barceloną) oraz zostawał najlepszym strzelcem mistrzostw świata. Jego dziedzictwo już na zawsze pozostanie w historii futbolu.

F jak finał w 1998
Był 10 czerwca 1998 roku. O 21:00 na Stade de France sędzia miał zagwizdać po raz pierwszy w finale mistrzostw świata, gdzie gospodarze mierzyli się z Brazylią. O 14:00 Canarinhos zjedli obiad i rozeszli się do pokojów. Ronaldo, który mieszkał z Roberto Carlosem, postanowił uciąć sobie drzemkę. W pewnym momencie lewy obrońca zaczął krzyczeć, prosząc o pomoc. Niektórzy zawodnicy sądzili, że to po prostu bawiący się przed meczem francuscy kibice.

– Postanowiłem odpocząć po obiedzie, a ostatnie co pamiętam, to moment, gdy się kładłem. Potem miałem atak drgawek, a gdy się obudziłem, byłem otoczony kolegami z drużyny i lekarzami kadry. Nikt nie chciał powiedzieć, co się stało – wspomina napastnik w wywiadzie dla FourFourTwo.

Roberto Carlos wołał o pomoc dla Ronaldo, który wił się w konwulsjach. Edmundo zaczął biegać od pokoju do pokoju w poszukiwaniu lekarza, a César Sampaio starał się udzielić koledze z zespołu pierwszej pomocy. Po minucie drgawki ustały. Ronaldo dalej spał, ale drużyna pozostawała w szoku.

Po przebudzeniu piłkarza przewieziono na badania do jednej z klinik. Reszta zespołu udała się natomiast na stadion. Na godzinę przed rozpoczęciem meczu wybucha bomba: Ronaldo nie ma nawet na ławce rezerwowych. Z początku oficjalną wersją była kontuzja kostki. Selekcjoner Brazylii, Zagallo, w szatni motywował już natomiast swoich podopiecznych przemową o tym, jak w 1962 roku udało się wygrać mundial bez Pelégo. Pół godziny przed startem skład został jednak uaktualniony. Tym razem Ronaldo figurował w wyjściowej jedenastce. Badania nie wykazały nic konkretnego. Napastnik przybył na stadion i powiedział, że może grać.

– Pojechałem na Stade de France, podszedłem do Zagallo i przekazałem mu, że czuję się dobrze. Nie miał innego wyjścia niż zaakceptowanie mojej decyzji – kontynuuje opowieść sam zainteresowany.

Jak można było się spodziewać, kamery kierowały się tylko w stronę jednej osoby. Po części z uwagi na fakt, że był najlepszym piłkarzem świata, po części zaś z racji na przedmeczowe zamieszanie z jego udziałem. Początkowo wyglądało na to, że Ronaldo faktycznie nic nie jest. Szybko można było jednak dojść do wniosku, że cały zespół jest rozproszony, myślami w innym miejscu. El Fenómeno był kompletnie wybity z rytmu, sprawiał wrażenie nafaszerowanego morfiną i środkami na uspokojenie.

Tak pozostało już do samego końca. Brazylia przegrała gładko 0:3. – Popołudniowe wydarzenia prawdopodobnie wpłynęły na całą drużynę. Mój stan mógł napędzić wszystkim stracha. Czegoś takiego nie widzi się codziennie. Czułem jednak obowiązek godnego reprezentowania mojego kraju, nie chciałem zawieść. Byłem w stanie grać – podsumowuje tamte tajemnicze wydarzenia.

G jak grzywka
Upodobanie piłkarzy do częstych zmian fryzur i wymyślania coraz to nowych rozwiązań to coś, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Jedni wycinają sobie gwiazdki, błyskawice czy co tam jeszcze się da, drudzy farbują się we wszystkich kolorach tęczy lub tlenią, jeszcze inni upodabniają swoje włosy do makaronu z zupek chińskich... Wszystkich gwiazdorów będących fanami stylizacji włosów przebił jednak w 2002 roku Ronaldo. Na mistrzostwach świata w Korei i Japonii Brazylijczyk zaprezentował bowiem fryzurę, która może nie przekształciła się w ostatni krzyk mody (przynajmniej wśród piłkarzy, co innego pewnie u dzieciaków na podwórkach), ale w pamięci pozostać mogła na długie lata. El Fenómeno stwierdził po prostu, że ogoli się na łyso z pominięciem grzywki.

Oceny walorów estetycznych powinien dokonać każdy z osobna, o gustach wszak się nie dyskutuje. Przez bardzo długi czas zagadką pozostawało jednak to, dlaczego Ronaldo zdecydował się na coś takiego. Odpowiedź poznaliśmy dopiero po ponad 15 latach. Brazylijczyk wyznał, że zabieg ten miał na celu odwrócenie uwagi od jego problemów zdrowotnych.

Podczas mundialu w 2002 roku napastnik miał niezaleczoną kontuzję pachwiny. Gdy zaś wyszedł na trening w nowej fryzurze, nikt nie mówił już o jego kontuzji, lecz o tym, co ma na głowie. – Stwierdziłem, że zetnę włosy. Kiedy dostrzegłem, że wszyscy sobie żartują z mojej fryzury, doszedłem do wniosku, że wyjdę w niej także na mecz, ponieważ już nikt nie mówił przez to o moich kontuzjach – wspominał nie tak dawno, bo w 2018 roku. 

Article photo

H jak hattrick
Ćwierćfinałowy dwumecz Ligi Mistrzów z Manchesterem United w sezonie 2002/03 był jednym z najbardziej pamiętnych w tym tysiącleciu. A już na pewno jednym z najlepszych w erze Galácticos. Gdyby przyjrzeć się temu z nieco większym dystansem i mniejszą dozą sentymentów, można dojść do całkiem słusznego wniosku, że Królewscy tak na dobrą sprawę nie za bardzo musieli drżeć do końca o awans do półfinału. W obu spotkaniach z Czerwonymi Diabłami otrzymaliśmy jednak z obu stron pokaz tak czystej jakości piłkarskiej, że zapomnienie o tamtych potyczkach byłoby najzwyczajniej w świecie grzechem.

W pierwszym meczu Real pokonał United 3:1 po legendarnym wręcz centrostrzale Figo i dwóch golach Raúla (dla rywali trafił Van Nistelrooy). O wartości dwumeczu w większości stanowiło jednak to, co działo się w rewanżu na Old Trafford. Pod nieobecność kontuzjowanego Raúla Ronaldo zaliczył tam najprawdopodobniej swój najlepszy mecz dla Królewskich.

Fabien Barthez po strzałach El Fenómeno musiał wyciągać piłkę z siatki trzykrotnie. Po krótkim, z bliska po długim i na koniec bomba zza pola. Gdy piłkarz opuszczał boisko, kibice United zgotowali mu owację na stojąco. Gospodarze wygrali co prawda tamten mecz 4:3 (2x Beckham, Van Nistelrooy i samobój Helguery), jednak w żaden sposób nie było w stanie to odwrócić uwagi od fantastycznego popisu brazylijskiego gwiazdora Realu Madryt.

– To były chyba moje pierwsze gole zdobyte w Anglii. Byłem bardzo zaskoczony reakcją fanów United. Kiedy schodziłem z murawy, zgotowali mi owację. Wyjątkowa chwila, nigdy wcześniej czegoś podobnego nie doświadczyłem – powiedział bohater tamtych wydarzeń 12 lat później w wywiadzie dla UEFA.

I jak Inter
Złość Barcelony po odejściu Ronaldo do Interu trwała latami. Ponownie oddajmy głos Joanowi Gaspartowi – Osobiście powiedziałem Morattiemu, że to, co zrobił, było niepoważne. Wiedział, że negocjujemy z piłkarzem i jesteśmy na ostatniej prostej. On jednak zawsze powtarzał, że o niczym nie wiedział. To oczywiste kłamstwo. Za każdym razem mu przypominam, że Ronaldo nie chciał odchodzić do Interu. Chcieli tego jego agenci i przekonali go za pomocą pieniędzy.

Pobyt El Fenómeno w Interze dość trudno jest ocenić w jednoznaczny sposób. Z jednej strony mowa bowiem o piłkarzu, który na boisku wciąż udowadniał, że tamta piłkarska epoka należała do niego. Z drugiej jednak nigdzie indziej aż tak nie dręczyły go poważne kontuzje, o czym mowa za chwilę. 98 meczów w ciągu 5 lat to liczba, chyba wszyscy się z tym zgodzimy, dość niewielka.

W czasie, w którym był zdolny do gry, Ronaldo mimo wszystko cały czas pokazywał światu, jak wielkim jest piłkarzem. Debiutancki sezon w Interze? 47 meczów, 34 gole. Wicemistrzostwo kraju, zdobyty Puchar UEFA, a po drodze Złota Piłka. Później rozpoczęła się już walka z urazami. Najpierw stracone przez kontuzje pół sezonu 1998/99 (28 meczów, 15 goli), a w kolejnych dwóch latach te przeklęte więzadła... Całe szczęście, że udana końcówka sezonu 2001/02 pozwoliła mu ostatecznie załapać się do kadry na mistrzostwa świata.

Warto również zaznaczyć, że i przy odchodzeniu z Interu nie obyło się bez zgrzytów. – Bardzo kochałem Inter, świetnie czułem się w mieście i darzyłem wielkim uczuciem kibiców, być może nawet kibiców z całych Włoch. Z tamtym trenerem nie mogłem dalej tam grać. Héctor Cúper był najgorszym szkoleniowcem, jakiego miałem. Pierwszy raz zdecydowałem się poprosić prezesa o rozmowę. Powiedziałem, że albo odchodzi on, albo ja. Ostatecznie z klubem pożegnałem się ja. Nigdy wcześniej nie stawiałem tak przed kimś sprawy. Szkoda, bo koniec końców opuszczałem Inter w niezbyt ciekawej atmosferze. Z drugiej strony miałem to szczęście, że mogłem rozpocząć nowy etap w Realu Madryt – skomentował w jednym z wywiadów rozstanie z ekipą z Mediolanu R9.

Dla zachowania obiektywizmu w tym miejscu należałoby przedstawić także punkt widzenia Cúpera. Jego zdaniem żaden problem nie istniał, przynajmniej z jego strony. – Nigdy nie miałem problemu z Ronaldo. Nie znam trenera, który wytrzymałby rok z kimś, kogo nie znosi. Takie rzeczy zawsze wychodzą, ale wtedy nic takiego się nie zdarzyło. Odbyłem z nim jedną jedyną rozmowę, 20 dni przed transferem do Realu. Opowiada, że chciałem mu zniszczyć karierę. Wszystko było konsultowane z lekarzami, gdy tylko pojawiało się ryzyko, ściągałem go z boiska. Powiem więcej: on trenował pod moim okiem łącznie przez cztery tygodnie z 70, które trwał sezon. Niech dowód na to, że nie było tak źle stanowi fakt, iż zdążył wrócić do gry, a następnie pojechać na mundial. Nie wiem, czy jestem dobrym trenerem, ale wiem, że nie jestem głupi. Mając w zespole Ronaldo, dbasz o niego. Cúper to tylko wymówka, by odejść do Realu. Wybrał w tym celu atak na trenera, na najsłabszego. Nie mógł przecież źle mówić o prezesie, kibicach, którzy zawsze się o niego troszczyli czy Włoszech jako kraju. Najłatwiej było zaatakować mnie. Nie mam pojęcia, komu uwierzą ludzie. Sądzę jednak, że nikt nie jest na tyle głupi, by dać mu pełną wiarę. Gdyby było tak, jak twierdzi, nie wytrzymałby tyle czasu – odpowiedział na zarzuty argentyński szkoleniowiec.

Komu wierzyć w tej sytuacji? Najwygodniej będzie chyba powiedzieć „pomidor”. Ostatecznie liczył się jedynie efekt – tamtym zamieszaniem Ronaldo utorował sobie drogę do stolicy Hiszpanii.

J jak Joga Bonito
Z portugalskiego po prostu piękna gra. Styl oparty na radości z gry był jedną z głównych charakterystyk ówczesnego złotego pokolenia Brazylijczyków. Nim jednak hasło to mogła podchwycić firma Nike, która później wypuściła szereg kapitalnych reklam pod szyldem właśnie „Joga Bonito”, ktoś Amerykanów musiał kiedyś do tego zainspirować. Dobry trop stanowić może z pewnością to, co Ronaldo wyczyniał w Barcelonie.

K jak kontuzje
Wielcy filozofowie futbolu od zawsze zadają sobie pytanie, czy istnieje życie po zerwanych więzadłach krzyżowych. Najłatwiej byłoby odpowiedzieć, że nie ma jasnej reguły. Jeśli jednak komuś zależy wyłącznie na pozytywnym przesłaniu i optymistycznym zakończeniu, nie ma lepszego sposobu niż opowiedzenie historii Ronaldo z czasów Interu. Nawet jeśli całkiem słusznie można się zastanawiać, ile więcej Ronnie osiągnąłby, gdyby nie poważne urazy, to jednak nie ulega wątpliwości, że tak wspaniałego powrotu po podobnych mękach nie zaliczył chyba żaden inny zawodnik.

Nic nie wskazywało, że tamtego feralnego dnia 21 listopada 1999 roku napastnik przeżyje swój zdecydowanie najgorszy moment w karierze. Przez długi czas wszystko szło zgodnie z planem. Inter w meczu 10. kolejki Serie A wygrywał u siebie z Lecce 4:0, a w 50. minucie spotkania Ronaldo strzelił gola na 5:0 z rzutu karnego podyktowanego po faulu na nim samym.

Niespełna 10 minut później wszystko się posypało, choć sam zainteresowany pewnie jeszcze o tym nie wiedział. W tamtej akcji nic nie wyglądało na tak groźne, jakie w rzeczywistości się okazało. Ronaldo otrzymał piłkę w okolicach koła środkowego, po czym z grymasem bólu szybko zagrał piłkę w stronę skrzydła. Poprosił o zmianę, ale boisko opuszczał o własnych siłach. W tamtej chwili nie mógł się spodziewać, że nie wytrzymały mu więzadła. Nie mógł się spodziewać, że do gry wróci dopiero po pół roku. W najgorszych koszmarach nie przypuszczał też, że najgorsze ma tak naprawdę dopiero nadejść...

12 kwietnia na Stadionie Olimpijskim w Rzymie odbywał się pierwszy mecz finału Pucharu Włoch, gdzie Lazio podejmowało Inter. Przy stanie 2:1 dla gospodarzy (drugiego gola dla rzymian strzelił Diego Simeone) wreszcie można było zobaczyć na boisku tego, za którym wszyscy tak tęsknili. W 58. minucie spotkania Roberto Baggio zmienił wracający po półrocznej przerwie Ronaldo. Brazylijczyk miał ratować wynik, jednak rzeczywistość okazała się o wiele bardziej brutalna.

Po sześciu minutach spędzonych na murawie okazało się bowiem, że jeśli coś przyjdzie mu ratować, to jedynie własną karierę. Na wprost pola karnego Ronaldo na pełnej prędkości zaczyna machać rowerki, aż nagle traci równowagę, pada na murawę, a jego wypisane na twarzy cierpienie od razu pozwala domyślić się, o co chodzi. Znowu to samo. Zerwane więzadła, na domiar złego w tym samym kolanie. Tym razem przerwa trwała ponad rok. Do gry wrócił na chwilę przed mundialem w Korei i Japonii. Kilka zdobytych na ostatniej prostej sezonu bramek wcale nie musiało przekonać Scolariego do zabrania napastnika na turniej. Jak pokazał czas, przeczucie selekcjonera Brazylijczyków opłaciło mu się jednak w stu procentach.

O wiele smutniej wyglądały wydarzenia z sezonu 2007/08. Wówczas Ronaldo był już piłkarzem Milanu. 13 lutego 2008 roku Rossoneri mierzyli się na własnym stadionie z Livorno. Napastnik zameldował się na boisku w 56. minucie w miejsce Alberto Gilardino. Po 5 minutach zaś na boisku zastąpił go Serginho. Tak, Ronaldo znów zerwał więzadła. Tym razem w lewym kolanie. Do kolejnego triumfalnego powrotu już jednak nie doszło. Tamtym 5-minutowym występem okraszonym potworną kontuzją El Fenómeno pożegnał się z Europą.

L jak Liga Mistrzów
Drzazga w oku, cierń w sercu, kamień w bucie. Wybitni uczeni do dziś zastanawiają się, jakim cudem taki piłkarz jak on ani razu w karierze nie miał okazji wznieść ku niebu uszatego pucharu. Liga Mistrzów to w zasadzie jedyne najważniejsze trofeum, które w niezrozumiały sposób nigdy nie trafiło w ręce Ronaldo. 15 lat spędzonych w Europie koniec końców okazało się czasem zbyt krótkim.

To musiało być po prostu jakieś przekleństwo, wyjątkowo złośliwa klątwa. Gdy nawet jego zespół triumfował już w rozgrywkach, on pozostał z pustymi rękami. Milan zdobył bowiem trofeum w sezonie 2006/07, ale Ronaldo nie mógł wziąć udziału w rozgrywkach, ponieważ zabraniały mu tego przepisy – w tym samym sezonie reprezentował już w Champions League barwy Realu Madryt...

Liga Mistrzów, gdyby przyjrzeć się nieco bardziej szczegółowo, w ogólnym znaczeniu nie była dla R9 przyjaznym gruntem. Dość wspomnieć, że w ciągu półtorej dekady w najbardziej prestiżowych rozgrywkach Starego Kontynentu wystąpił w ledwie 40 spotkaniach, w których zdobył 14 bramek. Raz tylko jego zespołom udało się dojść do półfinału. Być może byłby też i pierwszy finał, gdyby nie ten przeklęty karny Figo z Juventusem.

M jak Morientes
Początek Ronaldo w Realu Madryt był jednocześnie początkiem końca innego snajpera Królewskich. Mowa rzecz jasna o Fernando Morientesie. Transfer Brazylijczyka praktycznie z dnia na dzień rozbił duet Morientes-Raúl, który w sezonie 2001/02 uzbierał łącznie 51 goli i prowadził drużynę do triumfu w Lidze Mistrzów.

Gdy tylko w Madrycie oficjalnie ogłoszono sprowadzenie króla strzelców mundialu w Azji, nietrudno było się domyślić, kto ucierpi na tym najbardziej. W sytuacji Morientesa znalezienie złotego środka było w praktyce niemożliwe. Z jednej strony szkoda było z dnia na dzień pozbywać się gracza, który sezon wcześniej zdobył 21 bramek, z drugiej – jego szanse na dalszą regularną grę były praktycznie zerowe.

Hiszpan został w Madrycie przez kolejny rok, ale w ciągu całej kampanii 2002/03 na murawie spędził ledwie 813 minut we wszystkich rozgrywkach (6 goli). Kolejny sezon spędził natomiast już w Monaco, gdzie w Lidze Mistrzów walnie przyczynił się do wyeliminowania Realu Madryt w ćwierćfinale turnieju. Fantastyczna postawa w klubie z księstwa skłoniła działaczy do dania Fernando jeszcze jednej szansy podjęcia walki o wyjściowy skład Królewskich. Po pół roku wszystkie strony doszły mimo to do słusznego wniosku, że nie ma co dalej tego pchać na siłę. Morientes na zasadzie transferu definitywnego odszedł do Liverpoolu. Do dawnego poziomu już jednak nigdy nie nawiązał.

N jak najszybszy gol
14 sekund. Tyle potrzebował Ronaldo, by strzelić najszybszą bramkę w historii derbów Madrytu. Rzecz działa się na Santiago Bernabéu 3 grudnia 2003 roku. Real zaczyna mecz, piłka w okolicy środka boiska trafia do Zidane'a, ten po chwili oddaje do Roberto Carlosa. Lewy obrońca mniej więcej na wysokości 30. metra oddaje piłkę Ronaldo, który... a zresztą, tu nie ma co opowiadać. Zobaczcie sami, nawet jeśli będziecie to oglądać po raz tysięczny.

Diego Simeone jakimś cudem od tamtego czasu wykręcił się z murawy, ale podobno z niewyjaśnionych przyczyn wciąż zdarza mu się budzić oblanym zimnym potem.

Królewscy wygrali tamten mecz 2:0, a trzy dni później zwyciężyli także 2:1 z Barceloną na Camp Nou. Mistrzostwa jednak zdobyć się nie udało. Real zaliczył w sezonie 2003/04 chyba najgorszy finisz sezonu w historii. W 10 ostatnich kolejkach doznaliśmy 7 porażek i oddaliśmy tytuł w ręce Valencii.

O jak ostatni mecz
Po raz ostatni Ronaldo w barwach Realu Madryt wystąpił na początku 2007 roku. Konkretniej – 7 stycznia na Riazor z Deportivo. Napastnik w 57. minucie zmienił Fernando Gago, a Królewscy ostatecznie przegrali spotkanie 0:2.

Mecz ten był poniekąd – powiedzmy sobie szczerze – smutnym zwieńczeniem jego pobytu w Realu Madryt. Trudno bowiem nie odnieść wrażenia, że Ronaldo ze stolicy Hiszpanii powinien był odejść chyba pół roku wcześniej. Sezon 2005/06 w wykonaniu El Fenómeno był jeszcze co najmniej poprawny – w 27 meczach zdobył 15 bramek i zaliczył 3 asysty. Potem jednak przyszło mu się zmagać z podwójnym problemem.

Po pierwsze do Realu trafił Fabio Capello, z którym Brazylijczyk kompletnie się nie dogadywał. Po drugie zaś, do zespołu dołączył Ruud Van Nistelrooy. Holender z miejsca w Madrycie odpalił i w tamtej formie był praktycznie nie do wygryzienia, nawet przez kogoś o takim potencjale, jak Ronaldo.

Do tego samego wniosku z bólem serca doszedł w końcu także sam Ronnie. Przez ostatnie pół roku w stolicy Hiszpanii rozegrał 11 meczów, w których strzelił 3 gole (dublet z Dynamem Kijów w Lidze Mistrzów i gol z Athletikiem w lidze). Następnie za 7,5 miliona euro po niespełna 5 latach ponownie trafił do Mediolanu, tym razem jednak już nie do Interu, lecz do Milanu. – Z Realu odszedłem wbrew własnej woli. Zacząłem mieć problemy z Capello. Kiedy miałem choćby 100 gram nadwagi, odstawiał mnie od zespołu – zdradził po latach powód swoich przenosin do ekipy Rossoneri.

P jak PSV
Legendy głoszą, że w Eindhoven nigdy nie płakano tak głośno, jak latem 1993 i 1996 roku. W pierwszym przypadku łzy polały się po odejściu do Barcelony Romário, który przez 5 lat w PSV strzelił 127 goli w 147 meczach. Drugim razem płakano zaś, gdy ten sam kierunek po dwóch sezonach spędzonych w klubie obrał Ronaldo.

W mieście Philipsa zapewne mało kto był w stanie sobie wyobrazić, że w rok po pozbyciu się Romário trafi do nich piłkarz takiego kalibru jak Ronnie. Nie powinniśmy się zresztą dziwić. Jakim cudem 17-letni chłopak zaczynający przygodę z europejskim futbolem mógł wejść w buty Pana Piłkarza, legendy, drugiego najlepszego strzelca w historii klubu (dopiero lata później Romário na najniższe miejsce podium zepchnął Mateja Kežman). Jakkolwiek dziwnie to dziś zabrzmi, wydanie 5,5 miliona euro na nieopierzonego nastolatka z Cruzeiro było dość ryzykownym posunięciem.

Działacze klubu z Eindhoven byli jednak przekonani do potencjału młodego napastnika. 12 goli w ligowych 14 meczach w swoim pierwszym sezonie w seniorskiej piłce w Brazylii było dobrą wizytówką. Podobnie zresztą jak medal mistrza świata, choć na mundialu w USA Ronaldo był jedynie świadkiem poczynań duetu Romário-Bebeto. Pierwszy z wymienionych na koniec poprzedniego zdania gorąco zresztą zachęcał młodszego kolegę, by wybrał PSV kosztem chociażby Milanu czy Juventusu, które również interesowały się R9. Eindhoven faktycznie okazało się idealną trampoliną do wielkiej kariery.

W odróżnieniu od Romário Ronaldo w Holandii nie zdobył jednak aż tylu trofeów. W ciągu dwóch lat zadowolić się musiał krajowym pucharem oraz 3. miejscem w lidze. Indywidualnie był to mimo wszystko fantastyczny czas. W pierwszym sezonie na Starym Kontynencie strzelił 30 goli w 33 meczach. Tym samym młodziutki Brazylijczyk mógł pochwalić się zdobyciem połowy bramek zespołu w lidze. W debiucie na pokonanie bramkarza Vitesse potrzebował zaledwie 10 minut. Ronaldo miał wówczas wątłą budowę ciała, a gra przeciwko holenderskim obrońcom stanowiła dla niego najlepsze możliwe przetarcie przed wyruszeniem w dalszą drogę. 18-letni Brazylijczyk zdążył też pokazać się w Europie. W swoim debiucie w Pucharze UEFA zdobył 3 bramki z Bayerem Leverkusen. Niemcy wygrali tamten mecz 5:4, a 0:0 w rewanżu dało Aptekarzom awans. Sam Rudi Völler po wszystkim stwierdził jednak, że nigdy nie widział nastolatka prezentującego podobny poziom. O ile sezon 1993/94 był dla kibiców PSV okresem pozbawionym magii po odejściu Romário, o tyle w kampanii 1994/95 na ich oczach rodził się nowy idol.

Tamto PSV mimo wszystko nie przypominało już niemal w niczym ekipy, która w sezonie 1987/88 zdobywała Puchar Europy. Odejście z Holandii, podobnie jak działo się to w późniejszych latach, nie przebiegało w spokojny sposób. Piłkarz się buntował, aż w końcu Barcelona wyłożyła na stół konkretne pieniądze. Ronaldo chcieli praktycznie wszyscy, choć wątpliwości budził stan jego zdrowia. Pod koniec 1996 roku wykryto u niego dziwną chorobę, która powodowała stany zapalne w kolanach. Uniemożliwiło mu to dokończenie swojego drugiego sezonu. W opiekę wzięli go lekarze, którzy przedtem zajmowali się Romário. Rozgrywki kończył z dobrymi liczbami, choć nie były one już aż tak spektakularne, jak w pierwszym roku pobytu. Jednym z klubów najmocniej zabiegających o Brazylijczyka był również Inter. Mediolańczycy, cóż za ironia losu, odrzucili możliwość transferu właśnie z obawy przed problemem gracza z kolanami. Na drodze Barcelony nie stał już praktycznie nikt. Bobby Robson, który miał okazję trenować wcześniej Romário, spotkał na swojej drodze kolejny wielki talent z Brazylii. Etap w PSV Ronaldo zamknął z 53 golami w 55 potyczkach.

R jak Real Madryt
Po tak wspaniałych mistrzostwach świata w Korei i Japonii w wykonaniu Ronaldo, Florentino po prostu nie mógł spojrzeć w kierunku innego piłkarza. Jakkolwiek okrutnie to zabrzmi, Pérez kolekcjonował takich jak on. W dorobku miał już Figo i Zidane'a, Brazylijczyk zaś był oczywistym kolejnym transferem ery Galácticos. Tym bardziej że chodziło nie tylko o kogoś, komu wyszedł jeden turniej, lecz o napastnika znajdującego się na światowym topie od lat. Fakt, że ostatnie dwa sezony w Interze stały pod znakiem bardzo poważnych kontuzji, nie był w stanie przysłonić celu, który postawił przed sobą prezes Los Blancos.

W czasach, gdy wystarczyło, że Florentino jedynie kogoś chce, Ronaldo z koroną króla strzelców mundialu trafił więc do Madrytu z Interu za 45 milionów euro. Z dzisiejszej perspektywy kwota ta wydaje się niska. Z trójki galaktycznych transferów Brazylijczyk był zresztą najtańszy – Figo kosztował 60 milionów, Zidane zaś 75.

Czy się opłaciło? Gdyby było inaczej, tekst ten prawdopodobnie nigdy by nie powstał. Ronaldo dla Królewskich występował przez 4,5 roku, zdobywając w tym czasie 104 bramki i notując 34 asysty. Pod względem indywidualnym, naprawdę trudno nie wspominać jego etapu w Realu Madryt wyjątkowo miło. Wielu było tu wybitnych napastników, lecz naprawdę mało kogo można wspominać z aż taką sympatią. Szkoda jedynie, że nie przełożyło się to na nieco więcej trofeów. Dwa mistrzostwa Hiszpanii (lub jedno, jeśli odjąć to z sezonu 2006/07, gdy odchodził zimą do Milanu), krajowy superpuchar, Superpuchar Europy i Puchar Interkontynentalny to może nie jakaś zupełna pustynia, ale oczekiwania wobec zespołu były znacznie większe. Czy słusznie? Tutaj można by się już spierać przez długie godziny, a i tak prawdopodobnie nie doszlibyśmy do porozumienia.

– Odszedłem do Realu Madryt, bo chciałem grać dla Realu Madryt. To było moje marzenie i walczyłem o nie do ostatniej chwili. W reprezentacji Roberto Carlos mówił mi wiele o tym klubie. Lata później mogłem zobaczyć wszystko na własne oczy,a skala tego wszystkiego była jeszcze większa, niż znałem to z opowieści. To przechodziło wszelkie wyobrażenia. Real to zawsze Real. Wielkie oczekiwania, wielka presja. Związane jest to rzecz jasna z tym, że w klubie są sami najlepsi. Cieszę się, że mogłem pomóc tak wielkiej drużynie – wspomina.

S jak Seleção
8 czerwca 2011 roku na trybunach Estádio do Pacaembu w São Paulo zasiadł komplet ponad 30 tysięcy widzów. Gdyby pojemność obiektu wynosiła trzy razy więcej, z zapełnieniem go również nie byłoby prawdopodobnie najmniejszego problemu. Mecz był w tym przypadku jedynie wymówką. Nawet tak zakochanego w piłce nożnej narodu, jak Brazylijczycy towarzyska potyczka z Rumunią nie mogła ekscytować aż tak bardzo bez konkretnego powodu.

Tamtego dnia z reprezentacją – i z grą w piłkę w ogóle – żegnał się wieloletni idol i bohater ponad 200-milionowego kraju, Ronaldo. Napastnik co prawda zakończył oficjalnie karierę kilka miesięcy wcześniej, jednak na ten ostatni występ musiał dać się namówić. Bez jego zgody do tamtego spotkania przecież w ogóle by nie doszło.

Po odhaczeniu rundy honorowej wokół stadionu przy stanie 1:0 (gol Freda) napastnik w 30. minucie zmienił Nilmara i dograł do końca pierwszą połowę. W tym czasie miał dwie stuprocentowe sytuacje – raz z bardzo bliskiej odległości strzelił w bramkarza, następnie zaś fatalnie przestrzelił. Zamiast jednak pluć sobie w brodę, że w pożegnalnym spotkaniu ostatecznie nie udało mu się wpisać na listę strzelców, z właściwym sobie uśmiechem wolał pośmiać się z tego z kolegami z drużyny. Cały on.

– Chciałbym bardzo podziękować za wszystko, co dla mnie robiliście w trakcie całej mojej kariery. Dziękuję za to, że zaakceptowaliście mnie takiego, jakim jestem. Że wspieraliście mnie niezależnie od tego, czy płakałem czy też się uśmiechałem. Dziękuję z całego serca. Do zobaczenia, tym razem już poza boiskiem – powiedział wyraźnie wzruszony.

Tym samym końca dobiegła reprezentacyjna kariera rozpoczęta pod koniec marca 1994 roku. Trzeba też dodać, że rozpoczęta pod innym imieniem, ponieważ w debiucie (towarzyska potyczka z Argentyną) wystąpić musiał jako... Ronaldinho. Wszystko przez obecność w kadrze niejakiego Ronaldão, czyli Ronaldo Rodriguesa de Jesusa. Niewykluczone, że gdyby napastnik ostatecznie wystąpił w którymś z meczów mistrzostw świata w USA, do dziś znalibyśmy go pod innym pseudonimem (Ronaldão również znalazł się bowiem wśród powołanych na mundial w Stanach).

Article photo

Choć i w barwach Canarinhos nie brakowało u niego upadków, takich jak niepowodzenie na Igrzyskach w Atlancie czy przegranego finału z Francją w 1998, to jednak można by chyba zaryzykować stwierdzenie, że mimo wszystko właśnie w drużynie narodowej Ronaldo mógł poczuć się najbardziej spełniony. Wystarczy napisać, że Ronaldo to czterokrotny uczestnik mistrzostw świata (1994, 1998, 2002, 2006), dwukrotny złoty medalista, król strzelców mundialu w Korei i Japonii, drugi najlepszy strzelec w historii imprezy, dwukrotny zdobywca Copa América oraz triumfator Pucharu Konfederacji. Ronaldo to także 8. zawodnik pod względem liczby występów dla kadry Brazylii (98) oraz 2. najlepszy strzelec (62 bramki) po Pelé (choć kwestią czasu wydaje się, aż obie legendy wyprzedzi Neymar).

Szczytowym okresem był bez najmniejszej wątpliwości wspomniany już przy kilku okazjach mundial w Korei i Japonii. Gdyby wiosnę i lato 2002 w życiu Ronaldo streścić w scenariuszu filmowym, prawdopodobnie zostałby on odrzucony z racji na zbyt nagiętą fabułę. Wielka walka o powrót do formy, kilka goli strzelonych rzutem na taśmę w końcówce sezonu 2001/02, a na koniec nagroda najcenniejsza z możliwych – złoty medal mistrzostw świata, korona króla strzelców i w konsekwencji transfer do Realu Madryt. Ronnie na azjatyckim turnieju strzelił aż 8 goli, tylko w jednym meczu zaliczając pusty przebieg, przeciwko Anglii (słynna bramka Ronaldinho z rzutu wolnego). Od tamtej pory żadnemu z najlepszych strzelców mundiali nie udało się strzelić tylu bramek w jednych mistrzostwach. Zwieńczeniem był rzecz jasna dublet w finale przeciwko Niemcom, u których dostępu do bramki strzegł w tamtych czasach bodaj najlepszy bramkarz świata, Oliver Kahn (pierwsze trafienie po poważnym błędzie golkipera).

Ostatnia wielka impreza Ronaldo dla kadry narodowej, czyli mistrzostwa w 2006 roku w Niemczech pod względem drużynowym były dla Brazylijczyków sporym rozczarowaniem. Z dzisiejszej perspektywy można jednak dostrzec w nim wiele ciekawych smaczków. Przede wszystkim był to turniej, w którym byliśmy świadkami wygaśnięcia pewnego pokolenia. Pokolenia, w którym prym wiodły takie postacie jak Roberto Carlos, Ronaldinho, Cafú, Lúcio czy oczywiście bohater tego tekstu. Symboliczny był też ostatni mecz Canarinhos na tym turnieju. Było bowiem w zasadzie pewne, że ćwierćfinałowe starcie między Brazylią i Francją będzie ostatnim występem na mistrzostwach świata dla Zidane'a lub Ronaldo.

R9 mimo wszystko zdołał też dokonać czegoś, o czym pewnie marzył, ale głośno nie mówił. Trzy gole na turnieju pozwoliły mu stać się na tamten czas najlepszym strzelcem w historii mundialu. Dopiero cztery lata później zdołał go przegonić ten przeklęty Klose, na dodatek golem przeciwko Brazylii w spotkaniu zakończonym zwycięstwem Niemców 7:1...

T jak transwestyci
Przygoda, która, jak określa sam zainteresowany, była najgorszą rzeczą, jaka kiedykolwiek go spotkała. I trudno się temu stwierdzeniu za specjalnie dziwić. Historia z 2008 roku ciągnęła się za nim bardzo długo.

Gdy Brazylijczyk był już piłkarzem Milanu, przechodził przez rehabilitację w swojej ojczyźnie. Pewnego wieczoru postanowił udać się na imprezę w Rio de Janeiro, której nie zapomni już pewnie nigdy. Nie chodziło jednak o przednią zabawę, lecz o... pomylenie kobiet z mężczyznami. Napastnik był już tak pijany, że do hotelu zabrał ze sobą trójkę transwestytów, których wziął za prostytutki. Kiedy na miejscu zdał sobie sprawę z tego, co właśnie się wydarzyło, starał się ich przekupić, by uniknąć skandalu.

Mężczyźni zwietrzyli szansę i chcieli naciągnąć gwiazdora na o wiele większą sumę niż początkowo proponowana. Fortel prawie się powiódł. Dwóch z nich zaakceptowało ofertę, jednak trzeci nie dawał za wygraną. To rozwścieczyło Ronaldo, który zaczął rzucać groźbami. Odwrotu już nie było. Afera wyszła na jaw, a piłkarz jeszcze przez długi czas nie mógł zaznać przez to spokoju.

– To najgorsza rzecz, jaka mnie spotkała w życiu. Błąd, o którym myślę każdego dnia. Wiele się przez niego wycierpiałem w życiu osobistym. Poszedłem ze znajomymi na obiad i wyszliśmy z restauracji o 4:30 rano, potem zrobiłem coś głupiego. Wcześniej pokłóciłem się z narzeczoną. Jakaś dziewczyna podeszła do mojego samochodu, a ja zdecydowałem się skorzystać z jej usług. W motelu zadzwoniła po dwie koleżanki. Następnie zdałem sobie sprawę, że to mężczyźni. Powiedziałem, że zmieniłem zdanie, ale zażądali ode mnie 24 tysięcy funtów albo pójdą do mediów. Potem chcieli jeszcze więcej, ale podjąłem negocjacje, bo zależało mi na uniknięciu problemów. Koniec końców i tak poszli na policję i na mnie nakłamali dla własnych korzyści. Żeby było jasne, nie zwykłem chodzić do prostytutek i nie chcę, by tak mnie postrzegano. Zawsze miałem dziewczynę i nie potrzebuję takich usług. Nie mam też problemów z homoseksualistami, ale wolę kobiety – tłumaczył swoją wersję wydarzeń dziennikarzom Asa.

U jak uśmiech
Wiecznie ucieszoną twarz Ronaldo pamięta się prawie w tym samym stopniu, co jego fantastyczne umiejętności. Ukazywanie uśmiechu i charakterystycznej przerwy między zębami musiało być jednym z ulubionych zajęć realizatorów. Choć praktycznie co mecz widzieliśmy tę samą minę, jej widok nie mógł się nudzić. Napastnik kochał to, co robił i było to po nim po prostu widać. Olbrzymi talent zawsze da się zauważyć z łatwością. Olbrzymi talent połączony z pasją świeci jednak jeszcze wyraźniej. Diastemę Brazylijczyk już zlikwidował, ale do dziś fajnie jest od czasu do czasu widzieć jego uśmiechniętą twarz.

Article photo

V jak Valladolid
Po zawieszeniu butów na kołku Brazylijczyk postanowił zejść z kosmosu, w którym znajdował się przez kilkanaście lat kariery, i przekonać się na własnej skórze, czym jest futbol zwykłych śmiertelników. Jako właściciel Realu Valladolid Ronaldo znajduje się po tej stronie lustra, gdzie z bliska widzi, jak wygląda codzienna walka o przetrwanie, ile nieraz znaczy nadrabianie braków umiejętności ambicją oraz czym różni się uczucie noża na gardle w klubie ze ścisłej światowej czołówki i w zespole, który broni się przed strąceniem w przepaść.

Były napastnik Królewskich kupił klub ze stolicy Kastylii i Leónu niespełna rok temu za około 30 milionów euro. Historia dzisiejszych rywali Realu Madryt od tamtego momentu raczej niewiele ma wspólnego z szaleństwami w stylu szejków. Los Pucelananos mają jeden z najniższych budżetów w lidze, a w zeszłym sezonie dopiero w końcówce zapewnili sobie utrzymanie w Primera División.

Dzień, kiedy Valladolid zapewnił sobie dalszy byt w krajowej elicie, Ronaldo w jednym z wywiadów nazwał później najszczęśliwszym dniem w swoim życiu. Słowa te dość jasno świadczą o podejściu do swojej misji człowieka, który jako zawodnik z najwyższych laurów nie zdobył „tylko” Ligi Mistrzów. Choć na razie raczej nie może być mowy o tworzeniu marki, która w najbliższym czasie będzie regularnie bić się o europejskie puchary, były napastnik nie traci zapału w umacnianiu fundamentów klubu.

W jak waga
Czyli coś, co wypominano mu praktycznie na każdym kroku. Kiedy przychodził do Realu Madryt, jego nadwaga nie była jeszcze aż tak widoczna. Im dalej w las, tym bardziej jednak rzucało się to w oczy. Piłkarzowi zarzucano niesportowy tryb życia, nieumiejętność ograniczania śmieciowego jedzenia i brak chęci jakiejkolwiek poprawy w tym aspekcie. Sęk jednak w tym, że nawet gruby Ronaldo wciąż pozostawał Ronaldo. Mimo zauważalnego brzucha on cały czas prezentował ponadprzeciętną dynamikę i szybkość. Przesadą będzie oczywiście stwierdzenie, że zbyt wysoka waga mu pomagała, ale też trudno było powiedzieć, by specjalnie mu w czymś ona przeszkadzała.

Gdy legendarny atakujący podczas konferencji prasowej zdecydował się poinformować o zakończeniu kariery, postanowił przy okazji zdradzić, że problemy z utrzymaniem należytej wagi spowodowane były niedoczynnością tarczycy. – Myślę, że teraz wielu będzie żałować, że kpiło ze mnie i żartowało sobie z mojej wagi. Nie żywię urazy względem nikogo, chciałem tylko powiedzieć w ostatni dzień mojej sportowej kariery, że cierpię na niedoczynność tarczycy. Problem ten zaburza mój metabolizm i uniemożliwia jego kontrole. Musiałbym przyjmować hormony, które w sporcie uznawane są za doping – wyznał ze łzami w oczach.

W 2012 roku hitem w brazylijskiej telewizji był program, w którym co niedzielę Ronaldo przed kamerami podejmował walkę z nadwagą. Przy współpracy z dietetykami i trenerami były już wtedy piłkarz zdołał zejść ze 120 do 104 kg. Dziś co prawda efektów tamtego wysiłku już raczej nie widać, ale wreszcie może powiedzieć, że chociaż podjął próbę.

Z jak Złota Piłka
W erze Cristiano Ronaldo i Messiego dwie Złote Piłki pewnie nie działają już aż tak na wyobraźnię młodszych kibiców. Umniejszanie zasług Ronaldo byłoby jednak aktem czystej ignorancji. Warto zauważyć, że Brazylijczyk jako ostatni przed Argentyńczykiem i Portugalczykiem potrafił zdobyć tę nagrodę dwa razy. Jest też jednym z zaledwie trzech piłkarzy, którzy najcenniejsze indywidualne wyróżnienie otrzymywali w barwach różnych klubów (pozostali to Cristiano i Cruyff).

Laureatem Złotej Piłki Ronaldo zostawał też w dość sporym odstępie czasu. Po raz pierwszy uhonorowano go w 1997 roku, czyli w okresie, gdy występował w Barcelonie i Interze. Tym samym stał się też najmłodszym zwycięzcą plebiscytu w jego historii. Następną nagrodę zgarnął natomiast w 2002 roku, czyli w trakcie gry dla Interu i Realu, przedzielonej mistrzostwami świata w Korei i Japonii, które stanowiły rzeczywisty argument przy wyborze laureata.

– W moich czasach konkurencja była o wiele większa niż dziś. Nie ujmuję rzecz jasna niczego Cristiano i Messiemu. Kiedy grałem w piłkę, po boiskach biegali jednak jeszcze Zidane, Rivaldo, Figo, a potem także Ronaldinho. To było pokolenie, w którym walka o tytuł najlepszego była dużo bardziej zacięta – mówił Ronaldo w jednym z wywiadów w 2018 roku.

Swoją drogą, w ramach ciekawostki warto wspomnieć, że Real Madryt miał swego czasu niesamowity talent do ściągania piłkarzy, którzy za chwilę mieli zgarnąć Złotą Piłkę. Tak było w przeszłości z Figo (2000), Ronaldo (2002) czy Fabio Cannavaro (2006). Największe zasługi każdego z nich obejmowały poczynania sprzed transferu, jednak po wyróżnienia sięgali już jako zawodnicy Królewskich.

Article photo

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Zgadzam się.