Menu
/ as.com

Mijatović: Kiedy chodziło o coś osobistego, Sanz poruszał góry

Foto: Mijatović: Kiedy chodziło o coś osobistego, Sanz poruszał góry
Fot. Getty Images

Predrag Mijatović udzielił wywiadu dziennikarzom Asa. Rozmowa dotyczyła głównie zmarłego przed paroma dniami Lorenzo Sanza oraz jego rządów w Realu Madryt.

Kiedy dowiedziałeś się o śmierci Lorenzo Sanza?
Natychmiast, ponieważ w ostatnich dniach pozostawałem nieprzerwanie w kontakcie z jego synem, Fernando. Niestety wiedzieliśmy, że to nieuniknione przez tę przeklętą chorobę. Jestem bardzo smutny.

Naprawdę słychać, że jesteś przybity.
Bo Lorenzo nie był dla mnie prezesem, był przyjacielem. Poza tym odszedł w tak okrutny sposób...

Co mówi jego rodzina?
Że to straszne, iż nawet nie mogli się z nim pożegnać, zobaczyć, uściskać... Nic. Można oszaleć na samą myśl o tym.

Wasze drogi rozeszły się aż 20 lat temu. Najpierw pan odszedł do Fiorentiny, a następnie Lorenzo został zastąpiony przez Florentino.
Co ciekawe, moje relacje z Lorenzo stały się jeszcze lepsze, gdy przestał być prezesem. Nieraz chodziliśmy coś zjeść. To prawda, że miał pewne problemy zdrowotne, ale nie takie, by przyczyniły się one do śmierci. Wszystko było winą wirusa. Kiedy się widywaliśmy, wiele rozmawialiśmy o futbolu. Lubił to, ponieważ piłka była jego wielką pasją. Wypytywał mnie o nowych piłkarzy, komentowaliśmy aktualną sytuację, naprawdę często się spotykaliśmy. Miał pewne marzenie, które niestety się nie spełniło.

Jakie?
Chciał zorganizować kolację dla wszystkich tych, którzy zdobyli siódmy Puchar Europy. Miał zamiar zaprosić nie tylko tych, których sam kupił, lecz wszystkich, włącznie z lekarzami czy ludźmi od kontaktu z mediami. Jego celem było odtworzenie całego ducha tamtych wydarzeń z Amsterdamu. Wspierałem go w tej inicjatywie, ponieważ wydawała mi się wspaniała. Nie można zapominać, że Lorezno był ojcem pokolenia, które przeszło do historii. Był ojcem siódmego Pucharu Europy.

Kiedy się poznaliście?
Wiosną 1996 roku wysłał do mojego domu w Walencji jednego ze swoich wiceprezesów, Ignacio Silvę. W pięć minut przekonał mnie do transferu. Odkąd wyjechałem do Hiszpanii, chciałem grać w najbardziej utytułowanym klubie świata. Ignacio podał mi telefon, na linii był Lorenzo. „Witaj w Realu Madryt. Wiem, że z tobą zdobędziemy wiele tytułów”, powiedział. Najlepsze było to, jak zarządzał moim transferem.

Co masz na myśli?
Choć Real zapłacił za mnie rekordowe 1,5 miliarda starych peset, nigdy nie nakładano na mnie presji. Przeciwnie. Lorenzo mówił mi o wyzwaniach. O wygraniu Pucharu Europy po 32 latach, o Pucharze Interkontytnentalnym po 38 latach... Nigdy jednak nawet nie wspomniał słowem o tym, ile kosztowałem. Nawet jeśli przechodziłem przez gorsze chwile. Był swojskim facetem, z którym łatwo nawiązać bliską wieź. A przecież...

Mów dalej...
Był postury budzącej grozę. Wysoki, silny, zawsze w świetnie skrojonym garniturze. Jeśli go nie znałeś, budziło to respekt. Potem jednak się do ciebie zbliżał, rozmawiałeś z nim i natychmiast miałeś uśmiech na twarzy. Był zabawny, ludzki i nigdy nie przypominał nikomu, że jest prezesem. Wczoraj rozmawiałem z Davorem i Clarence'em i razem doszliśmy do identycznego wniosku: że straciliśmy nie prezesa, lecz przyjaciela. Fenomenalny gość, naprawdę.

Miałeś z nim bezpośredni kontakt za czasów gry w Realu?
Tak. Zarówno ja, jak i moi koledzy. Kiedy negocjowaliśmy premie, rada drużyny zawsze dochodziła z Lorenzo do porozumienia bez żadnych zgrzytów. On starał się wejść w skórę piłkarza. Często bywał na treningach w starym miasteczku sportowym. Kiedy widział, że coś jest nie tak z twoim morale, podchodził, opowiadałeś mu, w czym rzecz i dawał ci rady niczym ojciec lub przyjaciel.

Przypominasz sobie jakiś konkretny przypadek?
Oczywiście. Parę dni przed Klasykiem w 1996 roku mój syn, Andrea, musiał przejść pilnie operację z powodu wodogłowia, na które cierpiał od dziecka i które lata później ostatecznie go pokonało. Możesz sobie tylko wyobrazić, jak to na mnie wpływało. Lorenzo przekazał mi, że cały klub jest do mojej dyspozycji. Pomógł mi zaopiekować się dzieckiem, zaangażował w to pewną rodzinę z Walencji. Przekazał mi też, że zaakceptuje każdą moją decyzję. Kiedy chodziło o coś osobistego, był w stanie przenosić góry. Koniec końców zagrałem, strzeliłem gola na 2:0. Tamtego dnia odkryłem, jak wielcy są piłkarze i prezes Realu Madryt.

Można powiedzieć, że Sanz nieco wyprzedził epokę i rozpoczął w Realu epokę wielkich transferów.
To prawda. Miał kompetentny sztab asystentów, ale też rzadko spotykaną intuicję. Sprowadził do Madrytu graczy, którzy dali mu dwie Ligi Mistrzów. Lorenzo był przekonany, że Davor, Seedorf, Roberto Carlos czy ja jesteśmy w stanie dać klubowi jakościowy skok, pozwalający nam królować w Europie. Zimą sprowadził jeszcze Panucciego, a jeszcze potem Karembeu. Znał się na piłce i czuł, kto może wskoczyć na najwyższy światowy poziom w białej koszulce. Kiedy Lorenzo kogoś chciał, to go miał. Real nie był wtedy zbyt stabilny finansowo, ale Sanz wiedział, że w tym przypadku chodzi o inwestycję. Tytuły balansowały wszystko. Mowa o jednym z najlepszych prezesów Królewskich, choć na stanowisku spędził zaledwie pięć lat.

Nie wszystko było jednak tak kolorowe. Miałeś sprzeczkę z Toshackiem i zdecydowałeś się odejść do Fiorentiny. Dlatego też nie ma cię na zdjęciu z Octavy. Dlaczego Lorenzo nie zapobiegł twojemu odejściu?
Ponieważ szanował moją decyzję. Prosiłem go o to. Moja stosunki z Toshackiem były już nie do naprawienia. Byłem młody i nie potrafiłem ocenić skali błędu, którym była chęć odejścia. Lorenzo był smutny i powtarzał mi, że jestem tu idolem, że trener nie będzie zawsze ten sam i że stanowię część historii klubu. Zaapelowałem jednak, żeby w imię naszej przyjaźni pomógł mi odejść. Tak też zrobił. Błąd był po mojej stronie.

Wczoraj na okładce umieściliśmy Lorenzo noszonego przez zawodników na rękach i całującego Puchar Europy w Amsterdamie. Byłeś bohaterem Séptimy. Jaką część sukcesu przypisałbyś Sanzowi?
Proszę cię, przecież to oczywiste, że maczał w tym palce. Był motorem napędowym ze swoją wizją. Sprowadził pięciu-sześciu bardzo ważnych piłkarzy i rozpoczął odważną przemianę pokoleniową. A przecież miał do dyspozycji o wiele mniejsze środki niż dziś. To zdjęcie z waszej okładki nie powinno dziwić. Prezes był częścią tej paczki z Amsterdamu, był jednym z nas. Postrzegaliśmy go jako kolegę z szatni.

Miałeś świetne stosunki z Lorenzo w dużej mierze także dzięki przyjaźni łączącej cię z jego synem. Podczas świętowania gola z Juventusem pobiegłeś w kierunku ławki, by uścisnąć się z Fernando. Skąd ta zażyłość?
Zawsze byliśmy sąsiadami, złapaliśmy świetny kontakt praktycznie od razu po moim transferze. Ja uchodziłem za wielki transfer, on był chłopakiem ze szkółki, do tego synem prezesa, przez co często spotykała go niezasłużona krytyka. Byłem od niego starszy i starałem mu się pomóc. Nie chciałem, by to wszystko mu zaszkodziło, bo to chłopak o złotym sercu i nie zasługiwał na takie złośliwości. Przed finałem powiedział mi, że strzelę zwycięskiego gola, a niełatwo było na mnie w tamtej chwili stawiać. Do tamtego momentu nie miałem w rozgrywkach ani jednej bramki! Nasza przyjaźń przetrwała, nasze rodziny często się widują. Mamy także ze sobą wiele wspólnego w kwestiach zawodowych. Jest dla mnie niczym brat. To wyjątkowy człowiek i wiem, jak cierpiał z powodu tego, że nie mógł pożegnać się z ojcem. Coś trzeba z tym zrobić.

Co sugerujesz?
Żeby musimy wcielić w życie niespełniony plan Lorenzo. Zaangażuję się w to jako pierwszy. Kiedy wreszcie skończy się ten koszmar z koronawirusem, przyszykujemy Lorenzo hołd w gronie tych, którzy byli w klubie za jego rządów. Niech madridismo pożegna go tak, jak na to zasłużył. Za to, jaki był. A był wielkim prezesem.

Wyłącz AdBlocka, żeby zobaczyć pełną treść artykułu.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!

Komentarze

Wyłącz AdBlocka, żeby brać udział w dyskusji.

Reklamy są jedyną formą, jaka pozwala nam utrzymywać portal, płacić za serwery czy wykorzystywanie zdjęć, by codziennie dostarczyć Ci sporą porcję informacji o Realu Madryt. Dlatego prosimy Cię o wyłączenie AdBlocka, jeśli w pełni chcesz cieszyć się możliwościami nowej strony i korzystać z naszej pracy. Gracias!